„Święta na ulicy Miłosnej” – część 2. opowiadania

część pierwsza opowiadania – przeczytaj

Grudzień – ulica Perłowa

Willa przy ulicy Perłowej, która od wielu miesięcy pełniła funkcję centrum imprez rodzinnych, okazjonalnych, kulturalnych, wraz z częścią hotelową, zaczynała wyciszać się dopiero w okresie świąt Bożego Narodzenia. Gwar rozmów gości w stołówce, dyskusje pracowników odpowiedzialnych za porządki w pokojach czy podawanie posiłków, szum przy recepcji zamieniały się w melodię dyktowaną przez świąteczne piosenki, kolędy i pastorałki. Dyskusje przy weselnych stołach z kolei zamieniały się w świąteczne spotkania bogate we wspomnienia, bliskość i obecność. Grażyna Wolska, właścicielka willi, troszczyła się także o wystrój miejsca. Osobiście dbała, by ani w częściach wspólnych, ani w apartamentach gości nie brakowało akcentów związanych z zimą i Bożym Narodzeniem. Centralną ozdobę stanowiła choinka, ustawiona w pomieszczeniu jadalnym. Piękna, rozłożysta, pachnąca, zapraszała, by usiąść w jej blasku z kubkiem herbaty z goździkami i pomarańczą i delektować się chwilą. 

Dziś choinka była towarzyszką, obserwatorką spotkania „komitetu ratunkowego”, jak nazwała ekipę Grażyna. Razem z Krystyną, swoją matką, Ireną, Michaliną, Olą i Zosią postanowiła dotrzymać słowa danego podczas spotkania w księgarence na Miłosnej. Wierzyła. Grażyna Wolska wierzyła, że znalezienie nadawcy kartki schowanej w pudełku z pierniczkami jest możliwe. I możliwe jest spełnienie jego marzenia. Choć dziecięcego, to jednocześnie bardzo dojrzałego i wypływającego prosto z serca… W oczach społeczności miasteczka Grażyna była nie do końca odpowiedzialną bizneswoman. Przecież gdyby nie interwencja i marketingowe działania Michaliny, Willa musiałaby zostać sprzedana, a Wolscy straciliby nie tylko miejsce pracy, ale i dach nad głową. Z pomocą Sarneckiej udało się przywrócić miejscu dawną świetność, popularność i uznanie w oczach klientów. A Grażyna… Może nie zawsze w życiu wszystko liczyła na kalkulatorze. Może zapominała o tym, jak ważny w prowadzeniu własnej działalności bywał Excel, ale nigdy nie zapominała, że należy słuchać głosu serca. I to nie tylko w sprawach damsko-męskich. W biznesie serce nie zawsze było dobrym doradcą. Jednak w życiu, w sytuacji, w której można było sprawić, że drugi człowiek może doświadczy świątecznego cudu – tylko serce mogło być suflerem. 

– A co ty masz na sobie? – westchnęła Krystyna, kiedy córka usiadła przy stole  na krześle ustawionym najbliżej świątecznego drzewka. Irena, honorowa szefowa kuchni willi, zmierzyła swoją przełożoną surowym wzrokiem (przynajmniej tak nazywała ją oficjalnie, bo nie było tajemnicą, że Irena Markiewicz nie przywiązywała wagi do poleceń Grażyny, a w kuchni panowała monarchia absolutna).

Grażyna, do czerwonej sukienki z długim rękawem, wykończonej białą tkaniną przypominającą ptasie pióra, założyła na włosy opaskę imitującą rogi renifera. Słysząc pytanie matki, machnęła ręką i otworzyła teczkę w choinki i aniołki. Na samym wierzchu dokumentów leżała czerwona koperta, której zawartość wszystkie członkinie komitetu ratunkowego znały na pamięć. 

– „Kochany święty Mikołaju! Nie zawsze byłem grzeczny w przedszkolu, ale mamusi słuchałem. Dlatego chciałem cię prosić o książkę o samolotach w twardej oprawie i o wigilię w cieple, z dużą choinką, prezentem dla mamy i pysznymi daniami. I żeby było dużo ludzi przy stole, bo z mamusią jesteśmy tylko we dwoje i mama mówi, kiedy klęczy z różańcem, że czuje się bardzo samotna. Z góry dziękuję. Życzę szerokiej drogi tobie i reniferom” – przeczytała Grażyna. – Co wiemy do tej pory? – zapytała tonem śledczego, który w serialach kryminalnych przewodził naradom zespołu.

– Że Zosia i Ola się spóźniają, a miały pozyskać listę podopiecznych fundacji Adamskich i porozmawiać z panią Agnieszką – odpowiedziała Michalina, nalewając sobie filiżankę kawy. – Czy czuję cynamon? – uniosła brew.

– Wigilia za kilka dni, nie rozumiem, dlaczego dziwi cię akcent świąteczny. – Grażyna wzruszyła ramionami. – Co wiemy? – powtórzyła. – Zostały trzy miejsca przy wigilijnym stole. W tym roku w willi jest wyjątkowe obłożenie – zajrzała do notatek. – Wy z Adasiem i twój stryj będziecie, prawda? – spojrzała na przyszłą synową. Michalina pokiwała głową. – No ja myślę! Markiewiczowie? – uśmiechnęła się do Ireny. 

– Będziemy – potwierdziła kobieta, sięgając po imbryk. – Herbatki, Krysiu? – zwróciła się do przyjaciółki. 

– Poproszę! A dziewczyny powinny tu być, może coś się stało? – zmartwiła się Wolska. 

– Mamo, proszę, nie wyglądaj smutku tam, gdzie go nie ma – westchnęła Grażyna. – Zaraz…

– Przepraszamy za spóźnienie! – Jak na zawołanie drzwi willi otworzyły się, a w progu stanęły Zosia i Ola. – Po prostu „już nie panna Szulc” nie mogła rozstać się z teściową – wyjaśniła ich spóźnienie Zośka. 

– Mama Filipa jest zainteresowana naszą akcją i chętnie się włączy. To ona zdradziła mi tożsamość chłopczyka, który napisał kartkę – doprecyzowała Ola, ściągając szalik. Kurtkę położyła na wolne krzesło, a sama zajęła miejsce obok Michaliny. 

– Mamy pewność, że to on? – Oczy Krystyny delikatnie zawilgotniały. Była ogromnie poruszona dziecięcym wołaniem o spełnienie marzenia i pragnieniem doświadczenia świątecznego cudu.

– Wśród dzieciaków, które piekły tu z wami pierniczki było tylko czterech chłopców. Potwierdza to lista z kancelarii i moje zdjęcia. – Zosia położyła na stole laptop i podniosła ekran. Komputer natychmiast był gotowy do pracy. Zaczęła poszukiwania odpowiedniego folderu. – Zdaniem Agnieszki – miała na myśli matkę Filipa a teściową przyjaciółki – do marzenia o książce o samolotach i gwarnej wigilii pasuje tylko jeden. – Klikała, aż w końcu znalazła właściwą fotografię i wyświetliła ją na całym ekranie.

– Piotruś! – wykrzyknęła Krystyna, złączając ręce jak do modlitwy. – Był moją parą do pieczenia! Rzeczywiście, teraz mi się przypomina… Mówił, że mieszka z mamą, a jak będzie dorosły, to zostanie pilotem i otworzy w miasteczku lotnisko… 

– Piotruś, podobnie jak moja Wiktoria ma porażenie mózgowe, ale jest w lepszym stanie. Nie wymaga ciągłej opieki. Ale to możliwe dzięki ciągłej rehabilitacji. Oddaję głos mojej psiapsi. 

– Jest podopiecznym fundacji od dwóch lat. Agnieszka…

– Mówisz do swojej teściowej po imieniu?

– Czy to jest w tym momencie najważniejsze?

– Nie, ale mnie intryguje.

– Dziewczyny, do brzegu! – Irena przerwała przekomarzanie przyjaciółek. – Spieszę się nieco… – przyznała. 

– Ma pani randkę z mężem? – zainteresowała się Zosia, ale pod wpływem spojrzenia kobiety nieco się zmieszała: – Nie powinnam pytać ani przerywać Oli. 

– Jest podopiecznym fundacji od dwóch lat – powtórzyła pracownica księgarenki na Miłosnej. – Ojciec zostawił jego i matkę, gdy tylko poznali diagnozę…

– Typowe… – Zosia nie mogła powstrzymać się od komentarza, bowiem jej rodzina też doświadczyła takiej postawy ze strony męża i ojca. 

– Wychowuje go matka. Piotruś chodzi do zerówki, z której najczęściej odbierają go wolontariuszki fundacji. Czeka na matkę w świetlicy przy kancelarii. Jego mama pracuje na dwa etaty. Mąż, zanim odszedł, narobił długów. On zniknął z życia rodziny, ale nie wierzyciele. By nie stracić małego mieszkanka niedaleko rynku, pracuje, ile może, by pokrywać zobowiązania. Fundacja sponsoruje mu rehabilitację metodą Vojty i konsultacje u neurologa w Warszawie. O dziadkach nic nie wiadomo. Matka chłopczyka o nich nie mówi, a on przyznał kiedyś, że nigdy ich nie widział. 

– Zobaczcie, jak to jest… – Michalina nie odrywała wzroku od wyświetlonego na ekranie portretu chłopczyka. Był uśmiechnięty od ucha do ucha. Trzymał w rączkach wałek do ciasta i wykonywał polecenia Krystyny, ujętej w tle. – Mógłby poprosić o zdrowie. Sprawne nogi. A prosi o książkę i wigilię na wiele osób. A my mamy książki na wyciągnięcie ręki. Narzekamy czasem na tłumne święta, że dojazdy, przygotowania, że już ustać na tych nogach przy kuchni nie możemy… A on oddałby wszystko, żeby to mieć… 

– I dlatego ma nas. – Grażyna klasnęła w ręce. – Pomocnice świętego Mikołaja! 

– Tylko jest jeden problem. Duży problem.

– Jaki? – Wszystkie kobiety zwróciły wzrok na Olę.

– Agnieszka jest pewna, że matka Piotrusia nie przyjmie zaproszenia na wigilię, jeśli ktokolwiek z nas porozmawia z nią o tej sytuacji. Będzie zbyt skrępowana.

Irena pokiwała głową. Jakby jej to nie dziwiło. Jakby rozumiała… Ona przez lata też była zdana tylko na siebie. Co prawda nie była samotną matką, nie miała dzieci, ale wiedziała, co to znaczy zostać samemu na świecie. Jedynym miejscem, gdzie czuła się potrzebna, była praca. Kuchnia w willi przy Perłowej. Właścicielka tego lokalu, a właściwie matka właścicielki, stała się jej przyjaciółką. Grażyna też traktowała ją ciepło i z szacunkiem. To z nimi spędzała święta i towarzyszyła Wolskim podczas ważnych uroczystości. Dlatego, że ich znała. Dlatego, że godziny spędzała po ich dachem. Willa była przecież też domem dla Wolskich, zajmowali kilka pokoi, które stanowiły część prywatną budynku. Ale do ludzi, których widziała pierwszy raz w życiu albo znała tylko z widzenia, nigdy nie poszłaby na wigilię. Nie spędziłaby z nimi jednego z najważniejszych wieczorów w roku. Nawet, jeśli ten wieczór zapowiadał noc największego cudu. Zdana tylko na siebie, choć nigdy nie powiedziała tego głośno, bała się litości, współczucia dla jej sytuacji i samotności. Wszystko się zmieniło, gdy po latach do miasteczka wróciła jej wielka miłość z młodzieńczych lat. Spotkanie absolwentów liceum stało się pretekstem do spotkania dwojga zakochanych. Uczucie odżyło. A może po prostu nigdy nie zgasło…? A potem jeszcze te listy, które przez kilkadziesiąt lat czekały na lekturę w sekretarzyku… Ostatecznie uczucie miało swój finał przed ołtarzem. Irena wiedziała, że nie każda historia się tak kończy. Czuła, że mama Piotrusia kompletnie nie wierzy w dobre zakończenie. Choć pewnie musiała wierzyć. Za siebie i niepełnosprawnego synka, który do końca nie był świadomy, co czeka go w przyszłości. Ale z drugiej strony jej historia nie miałaby szczęśliwego zakończenia bez wsparcia Michaliny, Krystyny, nawet Grażyna była w to zaangażowana… Może i coś przed nią ukryły, może działały bez porozumienia z nią, ale… Zerknęła na ślubną obrączkę. Tak, była na jej serdecznym palcu. Prawdziwa. Złota. Nałożona z miłości. 

– I co teraz? – jęknęła żałośnie Grażyna. – A ja już widziałam oczyma duszy i serca taki piękny obrazek, jak siadają z nami przy wigilijnym stole… – westchnęła. 

– Niech pamięta, że życie to nie film ani powieść świąteczna – powiedziała cicho Irena, zerkając na pięknie przystrojoną choinkę. – Ale szczęściu czasem trzeba pomóc – uśmiechnęła się delikatnie. Michalina pomyślała, że uśmiechnięta Irenka wygląda młodziej. Łagodniej. I że coraz częściej widzi ją w takim wydaniu. I doskonale wiedziała, co kobieta rozumie pod pojęciem pomocy szczęściu. 

– Skoro Piotruś zostawił nam list, my też możemy zostawić jemu, prawda? – zaproponowała Sarnecka.

– Co masz na myśli? – Grażyna zmrużyła oczy. 

– Mikołaj odpowie na list, prawda? – Krystyna bezbłędnie odczytała pomysł Miśki.

– A ten list będzie ukryty w książce o samolotach. – Ola wyjęła z torby egzemplarz przyniesiony z księgarenki. Twarda oprawa, ciekawostki związane z  pięknie wykonane ilustracje… Miała nadzieję, że chłopczyk będzie zachwycony! 

– To kto ma ładne pismo i będzie sekretarką świętego Mikołaja? – Zosia aż podskoczyła na krześle. 

23 grudnia – ulica Spełnionych Marzeń

Piotruś wstał kilkanaście minut przed mamą. Zerkał, jak głęboko śpi otulona kołdrą. Sam jednak siedział na podłodze i z niedowierzaniem patrzył przez okno w dużym pokoju. Latarnie doskonale oświetlały okolicę. Śnieg. Wszędzie mnóstwo śniegu! Kolejne białe święta! A mama narzekała, że w Boże Narodzenie rzadko bywa biało i zimno. A tu proszę! Rzeczywiście mieszkali na ulicy Spełnionych Marzeń! W tym roku zostały mu jeszcze dwa marzenia do spełnienia… Był jeszcze czas. Wierzył, że Mikołaj zdąży. 

– Przecież on nigdy się nie spóźnił z prezentem dla mnie! I bardzo wierzę w te świąteczne cuda! – wykrzyknął podekscytowany, czym obudził mamę. 

– Roraty? Wstajemy na roraty? – Ewa natychmiast podniosła głowę z poduszki. 

– Mamusiu, musimy wziąć sanki do kościoła! Jest mnóstwo śniegu. – Kobieta podeszła do okna i delikatnie odsunęła firankę. – Mamusiu, myślisz, że sanie Mikołaja są gotowe do podróży w taki śnieg? Skoro ludzie wymieniają opony na zimowe, on pewnie musi wymienić coś w saniach, prawda?

– Być może… – Ewa stłumiła westchnienie. Znowu będzie musiała odśnieżać przed magazynem… 

– To ja się szybciutko ubieram, mamusiu! I ruszamy! – Chłopczyk zerwał się i pobiegł do swojego pokoju. 

Mama ruszyła za nim i zamknęła się w niewielkiej łazience. Spojrzała w lustro. Zobaczyła w nim zmęczoną kobietę, która czekała na święta tylko po to, by mieć kilka dni wolnego od pracy. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Przecież powinna czekać na coś innego, prawda? Ale nie potrafiła. Nie umiała, od kiedy byli z Piotrusiem zdani tylko na siebie. Dobrze, że mogła liczyć na fundację. Na ich wsparcie finansowe, na opiekę wolontariuszek. Dziewczyny były niczym elfy, a mecenas Adamski był ich prywatnym świętym Mikołajem… Te porównania choć na kilka sekund wywołały uśmiech na jej twarzy. Kąciki ust szybko opadły, a dłonie zaczęły delikatnie drżeć. Zapomniała! Kompletnie zapomniała o prezencie pod choinkę dla Piotrusia! Już dawno upatrzył sobie książkę o samolotach. Od tamtej wizyty w księgarence na Miłosnej ciągle powtarzał, że poprosi o nią Mikołaja… I poprosił o nią w liście, który wspólnie pisali. Wzięła głęboki oddech. Może zdąży tam podejść, idąc z magazynu na osiedle willowe, na którym sprzątała? 

– Mamusiu, jestem gotowy! – Usłyszała dziecięcy głos. Odkręciła wodę. Mieli kilka minut do wyjścia. 

Po otwarciu drzwi wejściowych do ich niewielkiego mieszkanka, azylu i bezpiecznej przystani, zamiast postawić kolejne kroki, zatrzymali się i z niedowierzaniem patrzyli na wycieraczkę.

– Mamusiu, Mikołaj się pomylił! Zamiast jutro, przyniósł mi prezent dzisiaj! – Chłopczyk podniósł pudełko opakowane w papier prezentowy. Na jego środku, za pomocą czerwonej kokardki, nadawca umieścił karteczkę z napisem PIOTRUŚ. – Otworzymy?

– Tak… – Ewa cofnęła się do mieszkania. Sama była ciekawa, co jest w środku. Kto mógł to zostawić? Czy to był element jakiejś fundacyjnej akcji? Nic nie słyszała o świątecznych paczkach, a zwykle pani Agnieszka z wyprzedzeniem mówiła o różnych inicjatywach. 

Piotruś nie zrzucił kurtki ani nie zdjął butów. Niosąc dumnie pudełko, wszedł do swojego pokoju i uklęknął z prezentem na dywanie. Nie było mowy o delikatności. Niemal rozdarł papier i wyjął z niego książkę. Tę samą, którą widział na Miłosnej i którą zamówił u świętego Mikołaja.

– Mamusiu! On przeczytał list, który pisaliśmy razem i spełnił moje marzenie! – wykrzyknął. 

Ewa zamrugała. Nie miała pojęcia, jak to się mogło stać! Kto, dlaczego…

– A co to? – Chłopczyk obracał w dłoniach kopertę, która była ukryta za okładką. Była czerwona, w takim samym odcieniu jak ta, którą zostawił w pudełku z pierniczkami.

– Daj, zobaczymy. – Mama przejęła od niego korespondencję i delikatnie otworzyła kopertę. W środku czekała kartka świąteczna, a w niej życzenia. I zaproszenie. 

Co tam jest napisane? – Piotruś nie mógł odczytać odręcznego pisma.

– Święty Mikołaj z ulicy Perłowej – Ewa poczuła, jak gula w gardle rośnie do niebotycznych rozmiarów, – zaprasza nas na gwarną wigilię…

– Ten list też przeczytał! – Piotruś spróbował podskoczyć, ale częściowy niedowład nóżki uniemożliwił mu to. Mimo to jego radość ze spełniających się marzeń była widoczna gołym okiem. 

– Jaki list, o co chodzi, synku?

– O wigilię moich marzeń, mamusiu! I twoich też! Ja wiem, że ty też byś tak chciała!

– Co bym chciała?

– Odpocząć. Ja myślę, że ty byś bardzo chciała, żeby ktoś przygotował Wigilię za ciebie i żebyś nie musiała się martwić, czy ze wszystkim zdążysz i nie chcesz tęsknić za tatą. Ja wszystko słyszałem – przyznał, siadając na matczynych kolanach. – Jak klęczałaś, to mówiłaś. Ja nie spałem i słyszałem, jak prosisz, więc ja też poprosiłem.

– Kogo poprosiłeś, gdzie?

– Świętego Mikołaja w moim liście!

– Nic tam nie pisaliśmy o Wigilii… 

– Ale ja sam – przyznał z dumą – napisałem drugi list! I dotarł do Mikołaja, i on spełni nasze marzenie! Mamusiu, to świąteczny cud! Babcia Krysia, z którą piekłem pierniczki, miała rację! Cuda się zdarzają, tylko trzeba w nie mocno wierzyć. A ja mocno wierzyłem! – Piotruś przytulił mamę z całych, dziecięcych sił. Ewa natomiast, resztkami sił, tłumiła płacz, wtulając się w kruche ciało synka. To ona miała się nim opiekować, a tym razem to on zaopiekował się nią… Tylko komu powierzył list? Jak trafił do właścicielki willi? Było wiele pytań. A odpowiedź mogła znaleźć tylko w jednym miejscu.

24 grudnia – Willa przy Perłowej

– Nie ma ich! – Grażyna nerwowo rozglądała się po jadalni, w której gromadzili się goście willi i goście zaproszeni przez nią, gospodynię. Jej mama, syn z ukochaną, Irena i Antoni… Ci, których kochała, choć nie zawsze potrafiła to okazać, siedzieli na swoich miejscach. Dwa krzesła, sąsiadujące bezpośrednio z Michaliną, wciąż były puste… 

– Na pewno dostarczyłem paczkę pod wskazany adres – powiedział Adam, zanim matka po raz kolejny zdążyła mu zadać to pytanie. 

– Widocznie nie uwierzyła w zaproszenie dołączone do książki – stwierdziła Irena.

– Irenko, dlaczego jesteś taka sceptyczna? – Antoni, jej mąż, delikatnie pogładził pomarszczoną dłoń. 

– Jestem realistką. W przeciwieństwie do was. Dorośli ludzie, a… – Nie dokończyła. Bo się pomyliła. Nie była realistką, była pesymistką. Pomyliła się. Ewa uwierzyła w zaproszenie. Uwierzyła w świąteczny cud. 

Ewa od progu rozglądała się za Grażyną, chciała wyjaśnić, wytłumaczyć ich obecność. Przeprosić, że nie zadzwoniła wcześniej, że nie dopytała, czy to wszystko prawda. Przeprosić, że  w ogóle przyszli… Ale nie potrafiła odmówić Piotrusiowi, który od rana szykował się do wyjścia i powtarzał, że marzenia się spełniają i trzeba wierzyć w cuda. Miała tyle do powiedzenia, ale zamiast tego, postanowiła po prostu się przywitać. I doświadczyć tego cudu Bożego Narodzenia…  Weszła do jadalni, trzymając synka za rękę. A może to on ją trzymał? Kuśtykając w butach, do których dołączone były ortezy, niemal wbiegł do środka. Tak, to on ciągnął ją za sobą. Tak jak swoim listem pociągnął ją w stronę świątecznej magii. Ale czy to była magia? Nie. To były po prostu wrażliwe serca, który nie przeszły obojętnie obok wołania dziecka. Wołania o chwilę wytchnienia dla mamy. Wołania o obecność innych ludzi, gwar, który znał z opowieści kolegów i szkolnych lektur czy filmów. Wołania o wsparcie dla kobiety, która robiła dla niego wszystko. Zapewne nie rozumiał tego tak, jak dorośli. Ale widział. I czuł. A dziecięce serce czuje mocniej i nie kalkuluje. Nie wstydzi się. Nie krępuje. Marzy i wierzy w cuda. A oni, osoby zgromadzone przy wigilijnym stole? Nie zadbali o świąteczną magię. Oni po prostu pomogli im doświadczyć cudu Bożego Narodzenia. 

Opowiadanie świąteczne jest inspirowane bohaterami moich powieści – „Księgarenka na Miłosnej” i „Willa przy Perłowej”. Jeśli opowiadanie przypadło Państwu do gustu, zapraszam do lektury książek.