„Święta na ulicy Miłosnej” – część 2. opowiadania

część pierwsza opowiadania – przeczytaj

Grudzień – ulica Perłowa

Willa przy ulicy Perłowej, która od wielu miesięcy pełniła funkcję centrum imprez rodzinnych, okazjonalnych, kulturalnych, wraz z częścią hotelową, zaczynała wyciszać się dopiero w okresie świąt Bożego Narodzenia. Gwar rozmów gości w stołówce, dyskusje pracowników odpowiedzialnych za porządki w pokojach czy podawanie posiłków, szum przy recepcji zamieniały się w melodię dyktowaną przez świąteczne piosenki, kolędy i pastorałki. Dyskusje przy weselnych stołach z kolei zamieniały się w świąteczne spotkania bogate we wspomnienia, bliskość i obecność. Grażyna Wolska, właścicielka willi, troszczyła się także o wystrój miejsca. Osobiście dbała, by ani w częściach wspólnych, ani w apartamentach gości nie brakowało akcentów związanych z zimą i Bożym Narodzeniem. Centralną ozdobę stanowiła choinka, ustawiona w pomieszczeniu jadalnym. Piękna, rozłożysta, pachnąca, zapraszała, by usiąść w jej blasku z kubkiem herbaty z goździkami i pomarańczą i delektować się chwilą. 

Dziś choinka była towarzyszką, obserwatorką spotkania „komitetu ratunkowego”, jak nazwała ekipę Grażyna. Razem z Krystyną, swoją matką, Ireną, Michaliną, Olą i Zosią postanowiła dotrzymać słowa danego podczas spotkania w księgarence na Miłosnej. Wierzyła. Grażyna Wolska wierzyła, że znalezienie nadawcy kartki schowanej w pudełku z pierniczkami jest możliwe. I możliwe jest spełnienie jego marzenia. Choć dziecięcego, to jednocześnie bardzo dojrzałego i wypływającego prosto z serca… W oczach społeczności miasteczka Grażyna była nie do końca odpowiedzialną bizneswoman. Przecież gdyby nie interwencja i marketingowe działania Michaliny, Willa musiałaby zostać sprzedana, a Wolscy straciliby nie tylko miejsce pracy, ale i dach nad głową. Z pomocą Sarneckiej udało się przywrócić miejscu dawną świetność, popularność i uznanie w oczach klientów. A Grażyna… Może nie zawsze w życiu wszystko liczyła na kalkulatorze. Może zapominała o tym, jak ważny w prowadzeniu własnej działalności bywał Excel, ale nigdy nie zapominała, że należy słuchać głosu serca. I to nie tylko w sprawach damsko-męskich. W biznesie serce nie zawsze było dobrym doradcą. Jednak w życiu, w sytuacji, w której można było sprawić, że drugi człowiek może doświadczy świątecznego cudu – tylko serce mogło być suflerem. 

– A co ty masz na sobie? – westchnęła Krystyna, kiedy córka usiadła przy stole  na krześle ustawionym najbliżej świątecznego drzewka. Irena, honorowa szefowa kuchni willi, zmierzyła swoją przełożoną surowym wzrokiem (przynajmniej tak nazywała ją oficjalnie, bo nie było tajemnicą, że Irena Markiewicz nie przywiązywała wagi do poleceń Grażyny, a w kuchni panowała monarchia absolutna).

Grażyna, do czerwonej sukienki z długim rękawem, wykończonej białą tkaniną przypominającą ptasie pióra, założyła na włosy opaskę imitującą rogi renifera. Słysząc pytanie matki, machnęła ręką i otworzyła teczkę w choinki i aniołki. Na samym wierzchu dokumentów leżała czerwona koperta, której zawartość wszystkie członkinie komitetu ratunkowego znały na pamięć. 

– „Kochany święty Mikołaju! Nie zawsze byłem grzeczny w przedszkolu, ale mamusi słuchałem. Dlatego chciałem cię prosić o książkę o samolotach w twardej oprawie i o wigilię w cieple, z dużą choinką, prezentem dla mamy i pysznymi daniami. I żeby było dużo ludzi przy stole, bo z mamusią jesteśmy tylko we dwoje i mama mówi, kiedy klęczy z różańcem, że czuje się bardzo samotna. Z góry dziękuję. Życzę szerokiej drogi tobie i reniferom” – przeczytała Grażyna. – Co wiemy do tej pory? – zapytała tonem śledczego, który w serialach kryminalnych przewodził naradom zespołu.

– Że Zosia i Ola się spóźniają, a miały pozyskać listę podopiecznych fundacji Adamskich i porozmawiać z panią Agnieszką – odpowiedziała Michalina, nalewając sobie filiżankę kawy. – Czy czuję cynamon? – uniosła brew.

– Wigilia za kilka dni, nie rozumiem, dlaczego dziwi cię akcent świąteczny. – Grażyna wzruszyła ramionami. – Co wiemy? – powtórzyła. – Zostały trzy miejsca przy wigilijnym stole. W tym roku w willi jest wyjątkowe obłożenie – zajrzała do notatek. – Wy z Adasiem i twój stryj będziecie, prawda? – spojrzała na przyszłą synową. Michalina pokiwała głową. – No ja myślę! Markiewiczowie? – uśmiechnęła się do Ireny. 

– Będziemy – potwierdziła kobieta, sięgając po imbryk. – Herbatki, Krysiu? – zwróciła się do przyjaciółki. 

– Poproszę! A dziewczyny powinny tu być, może coś się stało? – zmartwiła się Wolska. 

– Mamo, proszę, nie wyglądaj smutku tam, gdzie go nie ma – westchnęła Grażyna. – Zaraz…

– Przepraszamy za spóźnienie! – Jak na zawołanie drzwi willi otworzyły się, a w progu stanęły Zosia i Ola. – Po prostu „już nie panna Szulc” nie mogła rozstać się z teściową – wyjaśniła ich spóźnienie Zośka. 

– Mama Filipa jest zainteresowana naszą akcją i chętnie się włączy. To ona zdradziła mi tożsamość chłopczyka, który napisał kartkę – doprecyzowała Ola, ściągając szalik. Kurtkę położyła na wolne krzesło, a sama zajęła miejsce obok Michaliny. 

– Mamy pewność, że to on? – Oczy Krystyny delikatnie zawilgotniały. Była ogromnie poruszona dziecięcym wołaniem o spełnienie marzenia i pragnieniem doświadczenia świątecznego cudu.

– Wśród dzieciaków, które piekły tu z wami pierniczki było tylko czterech chłopców. Potwierdza to lista z kancelarii i moje zdjęcia. – Zosia położyła na stole laptop i podniosła ekran. Komputer natychmiast był gotowy do pracy. Zaczęła poszukiwania odpowiedniego folderu. – Zdaniem Agnieszki – miała na myśli matkę Filipa a teściową przyjaciółki – do marzenia o książce o samolotach i gwarnej wigilii pasuje tylko jeden. – Klikała, aż w końcu znalazła właściwą fotografię i wyświetliła ją na całym ekranie.

– Piotruś! – wykrzyknęła Krystyna, złączając ręce jak do modlitwy. – Był moją parą do pieczenia! Rzeczywiście, teraz mi się przypomina… Mówił, że mieszka z mamą, a jak będzie dorosły, to zostanie pilotem i otworzy w miasteczku lotnisko… 

– Piotruś, podobnie jak moja Wiktoria ma porażenie mózgowe, ale jest w lepszym stanie. Nie wymaga ciągłej opieki. Ale to możliwe dzięki ciągłej rehabilitacji. Oddaję głos mojej psiapsi. 

– Jest podopiecznym fundacji od dwóch lat. Agnieszka…

– Mówisz do swojej teściowej po imieniu?

– Czy to jest w tym momencie najważniejsze?

– Nie, ale mnie intryguje.

– Dziewczyny, do brzegu! – Irena przerwała przekomarzanie przyjaciółek. – Spieszę się nieco… – przyznała. 

– Ma pani randkę z mężem? – zainteresowała się Zosia, ale pod wpływem spojrzenia kobiety nieco się zmieszała: – Nie powinnam pytać ani przerywać Oli. 

– Jest podopiecznym fundacji od dwóch lat – powtórzyła pracownica księgarenki na Miłosnej. – Ojciec zostawił jego i matkę, gdy tylko poznali diagnozę…

– Typowe… – Zosia nie mogła powstrzymać się od komentarza, bowiem jej rodzina też doświadczyła takiej postawy ze strony męża i ojca. 

– Wychowuje go matka. Piotruś chodzi do zerówki, z której najczęściej odbierają go wolontariuszki fundacji. Czeka na matkę w świetlicy przy kancelarii. Jego mama pracuje na dwa etaty. Mąż, zanim odszedł, narobił długów. On zniknął z życia rodziny, ale nie wierzyciele. By nie stracić małego mieszkanka niedaleko rynku, pracuje, ile może, by pokrywać zobowiązania. Fundacja sponsoruje mu rehabilitację metodą Vojty i konsultacje u neurologa w Warszawie. O dziadkach nic nie wiadomo. Matka chłopczyka o nich nie mówi, a on przyznał kiedyś, że nigdy ich nie widział. 

– Zobaczcie, jak to jest… – Michalina nie odrywała wzroku od wyświetlonego na ekranie portretu chłopczyka. Był uśmiechnięty od ucha do ucha. Trzymał w rączkach wałek do ciasta i wykonywał polecenia Krystyny, ujętej w tle. – Mógłby poprosić o zdrowie. Sprawne nogi. A prosi o książkę i wigilię na wiele osób. A my mamy książki na wyciągnięcie ręki. Narzekamy czasem na tłumne święta, że dojazdy, przygotowania, że już ustać na tych nogach przy kuchni nie możemy… A on oddałby wszystko, żeby to mieć… 

– I dlatego ma nas. – Grażyna klasnęła w ręce. – Pomocnice świętego Mikołaja! 

– Tylko jest jeden problem. Duży problem.

– Jaki? – Wszystkie kobiety zwróciły wzrok na Olę.

– Agnieszka jest pewna, że matka Piotrusia nie przyjmie zaproszenia na wigilię, jeśli ktokolwiek z nas porozmawia z nią o tej sytuacji. Będzie zbyt skrępowana.

Irena pokiwała głową. Jakby jej to nie dziwiło. Jakby rozumiała… Ona przez lata też była zdana tylko na siebie. Co prawda nie była samotną matką, nie miała dzieci, ale wiedziała, co to znaczy zostać samemu na świecie. Jedynym miejscem, gdzie czuła się potrzebna, była praca. Kuchnia w willi przy Perłowej. Właścicielka tego lokalu, a właściwie matka właścicielki, stała się jej przyjaciółką. Grażyna też traktowała ją ciepło i z szacunkiem. To z nimi spędzała święta i towarzyszyła Wolskim podczas ważnych uroczystości. Dlatego, że ich znała. Dlatego, że godziny spędzała po ich dachem. Willa była przecież też domem dla Wolskich, zajmowali kilka pokoi, które stanowiły część prywatną budynku. Ale do ludzi, których widziała pierwszy raz w życiu albo znała tylko z widzenia, nigdy nie poszłaby na wigilię. Nie spędziłaby z nimi jednego z najważniejszych wieczorów w roku. Nawet, jeśli ten wieczór zapowiadał noc największego cudu. Zdana tylko na siebie, choć nigdy nie powiedziała tego głośno, bała się litości, współczucia dla jej sytuacji i samotności. Wszystko się zmieniło, gdy po latach do miasteczka wróciła jej wielka miłość z młodzieńczych lat. Spotkanie absolwentów liceum stało się pretekstem do spotkania dwojga zakochanych. Uczucie odżyło. A może po prostu nigdy nie zgasło…? A potem jeszcze te listy, które przez kilkadziesiąt lat czekały na lekturę w sekretarzyku… Ostatecznie uczucie miało swój finał przed ołtarzem. Irena wiedziała, że nie każda historia się tak kończy. Czuła, że mama Piotrusia kompletnie nie wierzy w dobre zakończenie. Choć pewnie musiała wierzyć. Za siebie i niepełnosprawnego synka, który do końca nie był świadomy, co czeka go w przyszłości. Ale z drugiej strony jej historia nie miałaby szczęśliwego zakończenia bez wsparcia Michaliny, Krystyny, nawet Grażyna była w to zaangażowana… Może i coś przed nią ukryły, może działały bez porozumienia z nią, ale… Zerknęła na ślubną obrączkę. Tak, była na jej serdecznym palcu. Prawdziwa. Złota. Nałożona z miłości. 

– I co teraz? – jęknęła żałośnie Grażyna. – A ja już widziałam oczyma duszy i serca taki piękny obrazek, jak siadają z nami przy wigilijnym stole… – westchnęła. 

– Niech pamięta, że życie to nie film ani powieść świąteczna – powiedziała cicho Irena, zerkając na pięknie przystrojoną choinkę. – Ale szczęściu czasem trzeba pomóc – uśmiechnęła się delikatnie. Michalina pomyślała, że uśmiechnięta Irenka wygląda młodziej. Łagodniej. I że coraz częściej widzi ją w takim wydaniu. I doskonale wiedziała, co kobieta rozumie pod pojęciem pomocy szczęściu. 

– Skoro Piotruś zostawił nam list, my też możemy zostawić jemu, prawda? – zaproponowała Sarnecka.

– Co masz na myśli? – Grażyna zmrużyła oczy. 

– Mikołaj odpowie na list, prawda? – Krystyna bezbłędnie odczytała pomysł Miśki.

– A ten list będzie ukryty w książce o samolotach. – Ola wyjęła z torby egzemplarz przyniesiony z księgarenki. Twarda oprawa, ciekawostki związane z  pięknie wykonane ilustracje… Miała nadzieję, że chłopczyk będzie zachwycony! 

– To kto ma ładne pismo i będzie sekretarką świętego Mikołaja? – Zosia aż podskoczyła na krześle. 

23 grudnia – ulica Spełnionych Marzeń

Piotruś wstał kilkanaście minut przed mamą. Zerkał, jak głęboko śpi otulona kołdrą. Sam jednak siedział na podłodze i z niedowierzaniem patrzył przez okno w dużym pokoju. Latarnie doskonale oświetlały okolicę. Śnieg. Wszędzie mnóstwo śniegu! Kolejne białe święta! A mama narzekała, że w Boże Narodzenie rzadko bywa biało i zimno. A tu proszę! Rzeczywiście mieszkali na ulicy Spełnionych Marzeń! W tym roku zostały mu jeszcze dwa marzenia do spełnienia… Był jeszcze czas. Wierzył, że Mikołaj zdąży. 

– Przecież on nigdy się nie spóźnił z prezentem dla mnie! I bardzo wierzę w te świąteczne cuda! – wykrzyknął podekscytowany, czym obudził mamę. 

– Roraty? Wstajemy na roraty? – Ewa natychmiast podniosła głowę z poduszki. 

– Mamusiu, musimy wziąć sanki do kościoła! Jest mnóstwo śniegu. – Kobieta podeszła do okna i delikatnie odsunęła firankę. – Mamusiu, myślisz, że sanie Mikołaja są gotowe do podróży w taki śnieg? Skoro ludzie wymieniają opony na zimowe, on pewnie musi wymienić coś w saniach, prawda?

– Być może… – Ewa stłumiła westchnienie. Znowu będzie musiała odśnieżać przed magazynem… 

– To ja się szybciutko ubieram, mamusiu! I ruszamy! – Chłopczyk zerwał się i pobiegł do swojego pokoju. 

Mama ruszyła za nim i zamknęła się w niewielkiej łazience. Spojrzała w lustro. Zobaczyła w nim zmęczoną kobietę, która czekała na święta tylko po to, by mieć kilka dni wolnego od pracy. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Przecież powinna czekać na coś innego, prawda? Ale nie potrafiła. Nie umiała, od kiedy byli z Piotrusiem zdani tylko na siebie. Dobrze, że mogła liczyć na fundację. Na ich wsparcie finansowe, na opiekę wolontariuszek. Dziewczyny były niczym elfy, a mecenas Adamski był ich prywatnym świętym Mikołajem… Te porównania choć na kilka sekund wywołały uśmiech na jej twarzy. Kąciki ust szybko opadły, a dłonie zaczęły delikatnie drżeć. Zapomniała! Kompletnie zapomniała o prezencie pod choinkę dla Piotrusia! Już dawno upatrzył sobie książkę o samolotach. Od tamtej wizyty w księgarence na Miłosnej ciągle powtarzał, że poprosi o nią Mikołaja… I poprosił o nią w liście, który wspólnie pisali. Wzięła głęboki oddech. Może zdąży tam podejść, idąc z magazynu na osiedle willowe, na którym sprzątała? 

– Mamusiu, jestem gotowy! – Usłyszała dziecięcy głos. Odkręciła wodę. Mieli kilka minut do wyjścia. 

Po otwarciu drzwi wejściowych do ich niewielkiego mieszkanka, azylu i bezpiecznej przystani, zamiast postawić kolejne kroki, zatrzymali się i z niedowierzaniem patrzyli na wycieraczkę.

– Mamusiu, Mikołaj się pomylił! Zamiast jutro, przyniósł mi prezent dzisiaj! – Chłopczyk podniósł pudełko opakowane w papier prezentowy. Na jego środku, za pomocą czerwonej kokardki, nadawca umieścił karteczkę z napisem PIOTRUŚ. – Otworzymy?

– Tak… – Ewa cofnęła się do mieszkania. Sama była ciekawa, co jest w środku. Kto mógł to zostawić? Czy to był element jakiejś fundacyjnej akcji? Nic nie słyszała o świątecznych paczkach, a zwykle pani Agnieszka z wyprzedzeniem mówiła o różnych inicjatywach. 

Piotruś nie zrzucił kurtki ani nie zdjął butów. Niosąc dumnie pudełko, wszedł do swojego pokoju i uklęknął z prezentem na dywanie. Nie było mowy o delikatności. Niemal rozdarł papier i wyjął z niego książkę. Tę samą, którą widział na Miłosnej i którą zamówił u świętego Mikołaja.

– Mamusiu! On przeczytał list, który pisaliśmy razem i spełnił moje marzenie! – wykrzyknął. 

Ewa zamrugała. Nie miała pojęcia, jak to się mogło stać! Kto, dlaczego…

– A co to? – Chłopczyk obracał w dłoniach kopertę, która była ukryta za okładką. Była czerwona, w takim samym odcieniu jak ta, którą zostawił w pudełku z pierniczkami.

– Daj, zobaczymy. – Mama przejęła od niego korespondencję i delikatnie otworzyła kopertę. W środku czekała kartka świąteczna, a w niej życzenia. I zaproszenie. 

Co tam jest napisane? – Piotruś nie mógł odczytać odręcznego pisma.

– Święty Mikołaj z ulicy Perłowej – Ewa poczuła, jak gula w gardle rośnie do niebotycznych rozmiarów, – zaprasza nas na gwarną wigilię…

– Ten list też przeczytał! – Piotruś spróbował podskoczyć, ale częściowy niedowład nóżki uniemożliwił mu to. Mimo to jego radość ze spełniających się marzeń była widoczna gołym okiem. 

– Jaki list, o co chodzi, synku?

– O wigilię moich marzeń, mamusiu! I twoich też! Ja wiem, że ty też byś tak chciała!

– Co bym chciała?

– Odpocząć. Ja myślę, że ty byś bardzo chciała, żeby ktoś przygotował Wigilię za ciebie i żebyś nie musiała się martwić, czy ze wszystkim zdążysz i nie chcesz tęsknić za tatą. Ja wszystko słyszałem – przyznał, siadając na matczynych kolanach. – Jak klęczałaś, to mówiłaś. Ja nie spałem i słyszałem, jak prosisz, więc ja też poprosiłem.

– Kogo poprosiłeś, gdzie?

– Świętego Mikołaja w moim liście!

– Nic tam nie pisaliśmy o Wigilii… 

– Ale ja sam – przyznał z dumą – napisałem drugi list! I dotarł do Mikołaja, i on spełni nasze marzenie! Mamusiu, to świąteczny cud! Babcia Krysia, z którą piekłem pierniczki, miała rację! Cuda się zdarzają, tylko trzeba w nie mocno wierzyć. A ja mocno wierzyłem! – Piotruś przytulił mamę z całych, dziecięcych sił. Ewa natomiast, resztkami sił, tłumiła płacz, wtulając się w kruche ciało synka. To ona miała się nim opiekować, a tym razem to on zaopiekował się nią… Tylko komu powierzył list? Jak trafił do właścicielki willi? Było wiele pytań. A odpowiedź mogła znaleźć tylko w jednym miejscu.

24 grudnia – Willa przy Perłowej

– Nie ma ich! – Grażyna nerwowo rozglądała się po jadalni, w której gromadzili się goście willi i goście zaproszeni przez nią, gospodynię. Jej mama, syn z ukochaną, Irena i Antoni… Ci, których kochała, choć nie zawsze potrafiła to okazać, siedzieli na swoich miejscach. Dwa krzesła, sąsiadujące bezpośrednio z Michaliną, wciąż były puste… 

– Na pewno dostarczyłem paczkę pod wskazany adres – powiedział Adam, zanim matka po raz kolejny zdążyła mu zadać to pytanie. 

– Widocznie nie uwierzyła w zaproszenie dołączone do książki – stwierdziła Irena.

– Irenko, dlaczego jesteś taka sceptyczna? – Antoni, jej mąż, delikatnie pogładził pomarszczoną dłoń. 

– Jestem realistką. W przeciwieństwie do was. Dorośli ludzie, a… – Nie dokończyła. Bo się pomyliła. Nie była realistką, była pesymistką. Pomyliła się. Ewa uwierzyła w zaproszenie. Uwierzyła w świąteczny cud. 

Ewa od progu rozglądała się za Grażyną, chciała wyjaśnić, wytłumaczyć ich obecność. Przeprosić, że nie zadzwoniła wcześniej, że nie dopytała, czy to wszystko prawda. Przeprosić, że  w ogóle przyszli… Ale nie potrafiła odmówić Piotrusiowi, który od rana szykował się do wyjścia i powtarzał, że marzenia się spełniają i trzeba wierzyć w cuda. Miała tyle do powiedzenia, ale zamiast tego, postanowiła po prostu się przywitać. I doświadczyć tego cudu Bożego Narodzenia…  Weszła do jadalni, trzymając synka za rękę. A może to on ją trzymał? Kuśtykając w butach, do których dołączone były ortezy, niemal wbiegł do środka. Tak, to on ciągnął ją za sobą. Tak jak swoim listem pociągnął ją w stronę świątecznej magii. Ale czy to była magia? Nie. To były po prostu wrażliwe serca, który nie przeszły obojętnie obok wołania dziecka. Wołania o chwilę wytchnienia dla mamy. Wołania o obecność innych ludzi, gwar, który znał z opowieści kolegów i szkolnych lektur czy filmów. Wołania o wsparcie dla kobiety, która robiła dla niego wszystko. Zapewne nie rozumiał tego tak, jak dorośli. Ale widział. I czuł. A dziecięce serce czuje mocniej i nie kalkuluje. Nie wstydzi się. Nie krępuje. Marzy i wierzy w cuda. A oni, osoby zgromadzone przy wigilijnym stole? Nie zadbali o świąteczną magię. Oni po prostu pomogli im doświadczyć cudu Bożego Narodzenia. 

Opowiadanie świąteczne jest inspirowane bohaterami moich powieści – „Księgarenka na Miłosnej” i „Willa przy Perłowej”. Jeśli opowiadanie przypadło Państwu do gustu, zapraszam do lektury książek.

„Święta na ulicy Miłosnej” – część 1. opowiadania

Aniela Adamska strzepała z ramienia wilgotne płatki śniegu, choć to było całkowicie zbędne. Przecież śnieżynki ani nie zawadzały na czerwonym płaszczu, ani jej nie widziały. Nieświadome wyjątkowego gościa powoli spadały na ziemię, jedna za drugą, utrwalając puchową kołderkę chodników i trawników. Ubierały drzewa w najpiękniejsze, białe kreacje, które zwisały z gałęzi niczym tiulowe rękawy balowych sukni.

Ulica też była gotowa na grudniowe świętowanie. Na miejskich latarniach pojawiło się oświetlenie. Pierniczki, dzwoneczki czy sanie świętego Mikołaja dodawały blasku, kiedy zachodziło słońce. W oddali, na centralnym placu miasteczka, dumnie prezentowała się kilkumetrowa choinka ubierana 1 grudnia wspólnie przez włodarzy i mieszkańców. Złotoczerwone bombki, łańcuchy i okazała gwiazda na czubku drzewka były jak latarnia morska prowadząca do brzegu tych, którzy w codziennej gonitwie zapominali o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Górowała nad szopką, która stopniowo miała się zapełniać figurami Świętej Rodziny oraz towarzyszących im zwierząt oraz pasterzy. Póki co, drewnianą konstrukcję wypełniono sianem, a na jej środku ustawiono żłóbek. Był pusty. Jeszcze. 

Aniela szła szybkim krokiem. Pokonywała kolejne metry chodnika, zostawiając ślady butów na nieodśnieżonych fragmentach kostki. Kompletnie się tym nie przejmowała. Miała inne sprawy na głowie. Odkąd bywała tu w innym niż dotąd charakterze, wciąż miała wrażenie, że ktoś na nią czeka. A przecież nikt nie wiedział, że regularnie odwiedza księgarenkę przy ulicy Miłosnej. Bo przecież nikt jej nie widział… Choć właścicielką miejsca była dość krótko, zdążyła je pokochać. Zdążyła pokochać przede wszystkim Olę, do której się tak spieszyła. Olę, która nie miała pojęcia, kto za chwilę przekroczy próg i wprawi w ruch charakterystyczny dzwoneczek.

W księgarence na Miłosnej było dziś wyjątkowo gwarno. Nikt nie zwrócił uwagi na radosny dźwięk, zwiastujący otwarcie drzwi. Może nikogo już nie zdziwił tego dnia? W końcu drzwi otwierały się i zamykały niemal bez przerwy. Trwały przygotowania do „Zaczytanej, świątecznej Miłosnej”, autorskiej akcji Aleksandry Szulc, a właściwie od niedawna Aleksandry Adamskiej. W momencie, w którym Aniela weszła do środka, dziewczyna dyskretnie spoglądała na prawą dłoń i połyskującą na serdecznym palcu złotą obrączkę. 

– Szulcowa, na miłość do literatury! – Do rzeczywistości świeżo upieczoną żonę przywołał głos Zosi, jej najlepszej przyjaciółki. – Trzy miesiące od ślubu, a ty nadal w szoku, że brylanty nosisz. – Rudowłosa fotografka pokręciła głową. – Nie masz innych rzeczy do roboty? – Wskazała dłonią na księgarenkę. – Zaraz zaczynamy, a gwiazdy wystąpienia jeszcze nie ma! 

Aniela uśmiechnęła się pod nosem. Tak, tylko panna Wilczyńska potrafiła sprowadzić Olę na ziemię. I miała rację – roboty było pełno, choć wnętrze księgarenki zapełniało się charakterystycznymi dla świątecznego okresu ozdobami. 

Na środku każdego z okrągłych stolików stały lampki, a właściwie elektryczne świeczki zamknięte w srebrnych latarniach z uchwytem. Otulone były sztucznymi gałązkami choinkowymi, do których przyczepiono złote gwiazdki. Na półkach z książkami pojawiły się światełka, okalając tytuły delikatnym światłem. Śnieżynki, gwiazdki, aniołki – każdy regał miał inny motyw przewodni. Świąteczny klimat dopełniały tekstylia na parapetowych siedziskach – poszewki i koce. Było przytulnie. Po prostu przytulnie. Księgarenka na Miłosnej zamieniła się na księgarenkę na Świątecznej, ale wszystko odbyło się z zachowaniem umiaru. Bożonarodzeniowe i zimowe akcenty stanowiły dodatki, ozdoby. Nie dominowały nad wnętrzem. Aniela pomyślała, że o ten umiar z pewnością zadbała jej synowa. Uśmiechnęła się pod nosem i gwałtownie odwróciła.

Drzwi, które ozdabiał wieniec z czerwoną kokardą, ponownie wprawiły w ruch dzwoneczki. W progu stanęły panie Małecka i Lisiecka. Na wycieraczce strzepały śnieg z butów i trzymając w dłoniach plastikowe torby, zaczęły zdejmować płaszcze.

– Pomogę! – Ola zajęła się ich pakunkami i przejęła siatki od członkiń czytelniczego klubu.

– Punktualność nie jest mocną stroną pań, co? – zagadnęła Zosia, ustawiając obiektyw w swoim aparacie. Skierowała go na przybyłe sąsiadki i zrobiła zdjęcie. – Dzień dobry – uśmiechnęła się szeroko. – A to co? – Na podglądzie fotografii zauważyła białą plamę w rogu i zmrużyła oczy. 

– Dzień dobry. Od przywitania powinnaś zacząć – fuknęła Małecka.

– Śniadanie po roratach się przedłużyło – usprawiedliwiła siebie i koleżankę Lisiecka. 

– To po mszy się coś je?

– Pokarm dla ducha, pokarm dla ciała. 

– Będę pamiętać, pani Tereso! – obiecała fotografka. – Są panie przygotowane?

– Witaj, Anielko! – Adamska podskoczyła, słysząc znajomy głos. Obok niej stanął Władysław, pierwszy właściciel księgarenki na Miłosnej. – Pierniczka? – Podsunął pod jej nos talerzyk wypełniony korzennymi przysmakami, chichocząc jak mały chłopiec. – Małecka ma talent do plotkowania i do pieczenia, tego nie można jej odmówić – przyznał z pełną buzią, odstawiając talerzyk na sąsiadujący z oknem stolik. 

– A ty masz talent do podjadania – westchnęła z przyganą.

– Te pierniczki powstały w szczytnym celu, w doborowym towarzystwie – przypomniał Władysław i natychmiast uchylił kapelusza. Zawsze tak robił, kiedy Ola mijała go podczas jego pobytu w księgarence. Dziewczyna była tego kompletnie nieświadoma, ale uważał, że nie zwalnia go to z dobrego obyczaju. I z ogromnej sympatii, jaką obdarzył pracownicę tego miejsca. – Chyba zaraz się zacznie – szepnął, prostując się. – Na przodzie zostały tylko dwa wolne miejsca, pewnie dla Oli i Zosi. 

– Pewnie tak – potwierdziła Aniela i spojrzała w stronę lady.

Miejsce, gdzie zazwyczaj płacono za zakupione egzemplarze, kawę czy herbatę, które towarzyszyły podczas lektury, zamieniło się w centrum dowodzenia. Na blacie otoczonym zielonymi gałązkami leżały książki o tematyce świątecznej oraz stała tablica. Ola napisała na niej kredą tytuł spotkania. Obok tablicy umieszczono czerwone pudełka ze słodką niespodzianką. Pracownica księgarenki oparła się o blat i uśmiechnęła niepewnie do zebranych. Popatrzyła na każdego gościa. Były członkinie koła czytelniczego, z paniami Lisiecką i Małecką na czele. Przy kolejnym stoliku siedziała Michalina Sarnecka z Krystyną Wolską, babcią jej narzeczonego. Obok nich wolne miejsca zajęli Irena i Antoni. Ola poczuła ciepło w sercu. Uświadomiła sobie, że niedługo będę obchodzić pierwszą rocznicę ślubu. Pamiętała dokładnie zeszłoroczną uroczystość. Ślub w Boże Narodzenie po kilkudziesięciu latach życia osobno. Historia kucharki z willi przy Perłowej i jej ukochanego ze szkolnych lat była idealnym materiałem na książkę! Za nimi na krzesłach siedziały mama i siostra Zosi. Przy kolejnych stolikach na rozpoczęcie świątecznego czytania czekało wielu mieszkańców miasteczka – stali lub okazjonalni klienci księgarenki. „Dobre duchy tego miejsca” – pomyślała Ola, a jej wzrok powiódł ku oknu i parapetowi. Był pusty, nikt nie opierał się o poduszki, nikt nie korzystał z miękkiego siedziska. Czuła, że to pozory. Czuła, że to miejsce jest zajęte. Przez dwoje najważniejszych gości południowego spotkania. Wzięła głęboki oddech. Mogli zaczynać!

– Nie możemy zaczynać! – wyszeptała jej wprost do ucha Zosia. – Rozwadowskiego jeszcze nie ma. – Pojawienie się w miasteczku popularnego aktora zelektryzowało lokalną społeczność. Mężczyzna bywał rzadkim gościem w okolicy i raczej stronił od zainteresowania mieszkańców. Cenił przytulność i prywatność, jaką dawały mu chwile spędzone w willi przy Perłowej. To tam zatrzymywał się, kiedy doglądał remontu domu odziedziczonego po przodkach. 

– Nie przyjechał z willi z Michaliną i panią Krysią? Byłam pewna, że czeka w samochodzie! – jęknęła Ola. – Co my teraz zrobimy? 

– Miśka próbuje się do niego dodzwonić. – Rzeczywiście. Michalina wstała od stolika i podeszła do okna. Przyłożyła telefon do ucha i czekała, aż ktoś po drugiej stronie odbierze połączenie. 

– Nie będziemy tu stały jak dwie solniczki – zdecydowała Zośka. – No co? – wzruszyła ramionami, widząc zdziwione spojrzenie przyjaciółki. – Określenie „słup soli” niezbyt do nas pasuje. – Klasnęła w dłonie i zwróciła się do Krystyny: – Pani Krysiu, jest tu pani w charakterze przedstawiciela willi przy Perłowej – powiedziała głośniej, by zwrócić uwagę wszystkich zebranych. Udało się. Rozmowy przy stolikach ucichły i wszystkie oczy skierowały się w głąb sali. 

– Tak, dzień dobry… – Krystyna delikatnie podniosła się z krzesła i niepewnie uśmiechnęła. Nie spodziewała się osobistego powitania.

– Dzień dobry! Bardzo się cieszymy, że dołączyła pani do akcji… – Fotografka szturchnęła Olę łokciem. 

– „Zaczytana, świąteczna Miłosna”! – dokończyła pracownica księgarni. – Witam wszystkich państwa serdecznie! – w odpowiedzi usłyszała brawa i szept Zośki:

– Wiesz już, co robić. Tylko się nie czerwień jak debiutantka na wydaniu. Idę cykać fotki. – Po chwili kobieta znalazła się między stolikami, a jej twarz zasłonił obiektyw. 

– Cieszę się, że przyjęli państwo moje zaproszenie na przedpołudniowe, właściwie południowe – zerknęła kontrolnie na zegarek na lewym nadgarstku, – spotkanie. Zosia już zaczęła przedstawiać pierwszych honorowych gości, pozwólcie, że będę kontynuować, a właściwie… – Wzięła głęboki oddech. – Zacznę od… pustych krzeseł przy pierwszym stoliku. One… nie czekają ani na mnie, ani na Zosię. One symbolizują puste nakrycie przy wigilijnym stole. – Głos zaczął drżeć, zdradzając emocje. – Dziś nie spotykamy się przy wigilijnym stole, ale na świątecznym czytaniu, w naszej księgarence. Tego miejsca by nie było, gdyby nie dwoje nieobecnych… – Jej wzrok niemal automatycznie powędrował do okna, na parapet. – Władysław Brzozowski i Aniela Adamska. Pierwszy właściciel księgarenki i ostatnia właścicielka tego miejsca – urwała, a w głośniku połączonym z telefonem Zosi wybrzmiały pierwsze dźwięki „Kolędy dla Nieobecnych”. 

A nadzieja znów wstąpi w nas

Nieobecnych pojawią się cienie

Uwierzymy kolejny raz

W jeszcze jedno Boże Narodzenie

I choć przygasł świąteczny gwar

Bo zabrakło znów czyjegoś głosu

Przyjdź tu do nas i z nami trwaj

Wbrew tak zwanej ironii losu

Daj nam wiarę, że to ma sens

Że nie trzeba żałować przyjaciół

Że gdziekolwiek są, dobrze im jest

Bo są z nami choć w innej postaci

I przekonaj, że tak ma być

Że po głosach tych wciąż drży powietrze

Że odeszli po to by żyć

I tym razem będą żyć wiecznie

Kolęda się skończyła, ale cisza trwała. Trwały wspomnienia. Powroty do spotkań z Nieobecnymi wymienionymi przez Olę. Niektórzy z uczestników wydarzenia znali ich osobiście. Inni z opowieści. Wszyscy mieli nadzieję, że Aniela i Władysław są tutaj z nimi. Nie tylko od święta. 

– Dziękuję – szepnęła Ola, ocierając łzy płynące po policzkach.

– Pasuje, co? – zagadnął Władysław, zerkając na Anielę.

– Ogromnie. – Kobieta nie kryła wzruszenia. 

– Cicho… Bo po naszych głosach zaraz zadrży powietrze. 

– Dziękuję za tę chwilę refleksji i wspomnień ku czci pani Anieli i pana Władysławowi – Ola uśmiechnęła się z wdzięcznością do zebranych. Pozwolą państwo, że będę kontynuować. Witam serdecznie przedstawicielki willi przy Perłowej, panią Krysię i panią Irenę. – Rozległy się oklaski. – Panie zorganizowały mikołajkową akcję pieczenia pierniczków. Brali w niej udział podopieczni fundacji kancelarii Adamski&Partnerzy. Cieszę się, że we wspólne przygotowywanie wypieków włączyły się przedstawicielki naszego koła czytelniczego – uśmiechnęła się do kobiet. – Pierniczki czekają tutaj – wskazała dłonią na ladę. – W związku z tym, że nasz artysta utknął w korku i dołączy do nas z drobnym opóźnieniem, już teraz zapraszam do degustacji. 

Tak jak przypuszczała, zaproszenia do wspólnego zajadania słodkości, nie trzeba było dwa razy powtarzać. W parach albo pojedynczo goście księgarenki zaczęli podchodzić do blatu, na którym czekały pudełka wypełnione pierniczkami. Po chwili na talerzykach – oczywiście ze świątecznym wzrokiem – zaczęły pojawiać się charakterystyczne dla tego korzennego wypieku kształty. Choinki, gwiazdki, aniołki, bałwanki. Ola zauważyła też ciastko w kształcie pieska. 

– A to jakaś niespodzianka? – zapytała Wiktoria, siostra Zosi. Z dna jednego z pudełek wyciągnęła czerwoną kopertę. Podała ją Oli. 

– Czy to należy do kogoś z państwa? – zapytała, ale nikt nie zareagował.

– Otwórz – ponagliła ją Zosia. – Może to od samego Mikołaja. 

Aleksandra delikatnie rozerwała kopertę i wyjęła z niej kartkę. Spoglądał na nią kudłaty piesek w czapce Mikołaja. Miał duży, czarny nosek, który wyróżniał się na tle jasnego futerka. Pod szyją zwierzaka zauważyła czerwoną obrożę z klamerką w kształcie śnieżynki. Płatki śniegu otaczały pupila. Przeczytała wydrukowane złotym atramentem życzenia Wesołych Świąt. Otworzyła kartkę. Zobaczyła pismo, charakterystyczne dla dziecka. Duże niekoniecznie pisane w jednej linii, literki. Problemy z ortografią, interpunkcją. Jednak poprawność językowa nie miała znaczenia, kiedy do głosu dochodziło serce. Ola była pewna, że to właśnie ono dyktowało wyjątkowy list.

– Co tam jest napisane? – drążyła Wiktoria.

– „Kochany święty Mikołaju! – Adamska odchrząknęła i zaczęła czytać. – Nie zawsze bywałem grzeczny w przedszkolu, ale mamusi słuchałem. Dlatego chciałem cię prosić o książkę o samolotach w twardej oprawie i – wzięła głęboki oddech – o wigilię w cieple, z dużą choinką, prezentem dla mamy i pysznymi daniami. I żeby było dużo ludzi przy stole, bo z mamusią jesteśmy tylko we dwoje i mama mówi, kiedy klęczy z różańcem, że czuje się bardzo samotna. Z góry dziękuję. Życzę szerokiej drogi tobie i reniferom”. – Zamknęła kartkę i pociągnęła nosem. W księgarence zapanowała cisza. Ucichły rozmowy. Nie chrupano ciastek, nie mieszano herbat. Nikt nie spodziewał się, że w pudełku ze słodyczami znajdą tak osobistą wiadomość. Prośbę. Wołanie o pomoc. 

– Trzeba go znaleźć! – oznajmiła Grażyna Wolska, która weszła do księgarenki w trakcie pierniczkowego poczęstunku. Nie patrzyła ani na Olę, ani na kobiety związane z willą przy Perłowej, której była właścicielką. Skupiała się na strzepaniu z rękawa płaszcza płatków śniegu, jakby się obawiała, że przysłonią panterkowy print. – Podarować tę książkę, a na wigilię zaprosić do nas, do willi – powiedziała tonem, jakby to była najbardziej oczywista sprawa na świecie. – Mamy dużą choinkę i w tym roku będzie tłoczno. 

– Myślisz, że to jest możliwe? – Krystyna zapytała córkę, z trudem hamując wzruszenie.

– Przecież święta to czas cudów, prawda?

ciąg dalszy nastąpi…


„Święta na ulicy Miłosnej” to opowiadanie świąteczne nawiązujące do powieści obyczajowych „Księgarenka na Miłosnej” i „Willa przy Perłowej”.

Tło na głównym zdjęciu wygenerowała sztuczna inteligencja