„Święta na ulicy Miłosnej” – część 1. opowiadania

Aniela Adamska strzepała z ramienia wilgotne płatki śniegu, choć to było całkowicie zbędne. Przecież śnieżynki ani nie zawadzały na czerwonym płaszczu, ani jej nie widziały. Nieświadome wyjątkowego gościa powoli spadały na ziemię, jedna za drugą, utrwalając puchową kołderkę chodników i trawników. Ubierały drzewa w najpiękniejsze, białe kreacje, które zwisały z gałęzi niczym tiulowe rękawy balowych sukni.

Ulica też była gotowa na grudniowe świętowanie. Na miejskich latarniach pojawiło się oświetlenie. Pierniczki, dzwoneczki czy sanie świętego Mikołaja dodawały blasku, kiedy zachodziło słońce. W oddali, na centralnym placu miasteczka, dumnie prezentowała się kilkumetrowa choinka ubierana 1 grudnia wspólnie przez włodarzy i mieszkańców. Złotoczerwone bombki, łańcuchy i okazała gwiazda na czubku drzewka były jak latarnia morska prowadząca do brzegu tych, którzy w codziennej gonitwie zapominali o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Górowała nad szopką, która stopniowo miała się zapełniać figurami Świętej Rodziny oraz towarzyszących im zwierząt oraz pasterzy. Póki co, drewnianą konstrukcję wypełniono sianem, a na jej środku ustawiono żłóbek. Był pusty. Jeszcze. 

Aniela szła szybkim krokiem. Pokonywała kolejne metry chodnika, zostawiając ślady butów na nieodśnieżonych fragmentach kostki. Kompletnie się tym nie przejmowała. Miała inne sprawy na głowie. Odkąd bywała tu w innym niż dotąd charakterze, wciąż miała wrażenie, że ktoś na nią czeka. A przecież nikt nie wiedział, że regularnie odwiedza księgarenkę przy ulicy Miłosnej. Bo przecież nikt jej nie widział… Choć właścicielką miejsca była dość krótko, zdążyła je pokochać. Zdążyła pokochać przede wszystkim Olę, do której się tak spieszyła. Olę, która nie miała pojęcia, kto za chwilę przekroczy próg i wprawi w ruch charakterystyczny dzwoneczek.

W księgarence na Miłosnej było dziś wyjątkowo gwarno. Nikt nie zwrócił uwagi na radosny dźwięk, zwiastujący otwarcie drzwi. Może nikogo już nie zdziwił tego dnia? W końcu drzwi otwierały się i zamykały niemal bez przerwy. Trwały przygotowania do „Zaczytanej, świątecznej Miłosnej”, autorskiej akcji Aleksandry Szulc, a właściwie od niedawna Aleksandry Adamskiej. W momencie, w którym Aniela weszła do środka, dziewczyna dyskretnie spoglądała na prawą dłoń i połyskującą na serdecznym palcu złotą obrączkę. 

– Szulcowa, na miłość do literatury! – Do rzeczywistości świeżo upieczoną żonę przywołał głos Zosi, jej najlepszej przyjaciółki. – Trzy miesiące od ślubu, a ty nadal w szoku, że brylanty nosisz. – Rudowłosa fotografka pokręciła głową. – Nie masz innych rzeczy do roboty? – Wskazała dłonią na księgarenkę. – Zaraz zaczynamy, a gwiazdy wystąpienia jeszcze nie ma! 

Aniela uśmiechnęła się pod nosem. Tak, tylko panna Wilczyńska potrafiła sprowadzić Olę na ziemię. I miała rację – roboty było pełno, choć wnętrze księgarenki zapełniało się charakterystycznymi dla świątecznego okresu ozdobami. 

Na środku każdego z okrągłych stolików stały lampki, a właściwie elektryczne świeczki zamknięte w srebrnych latarniach z uchwytem. Otulone były sztucznymi gałązkami choinkowymi, do których przyczepiono złote gwiazdki. Na półkach z książkami pojawiły się światełka, okalając tytuły delikatnym światłem. Śnieżynki, gwiazdki, aniołki – każdy regał miał inny motyw przewodni. Świąteczny klimat dopełniały tekstylia na parapetowych siedziskach – poszewki i koce. Było przytulnie. Po prostu przytulnie. Księgarenka na Miłosnej zamieniła się na księgarenkę na Świątecznej, ale wszystko odbyło się z zachowaniem umiaru. Bożonarodzeniowe i zimowe akcenty stanowiły dodatki, ozdoby. Nie dominowały nad wnętrzem. Aniela pomyślała, że o ten umiar z pewnością zadbała jej synowa. Uśmiechnęła się pod nosem i gwałtownie odwróciła.

Drzwi, które ozdabiał wieniec z czerwoną kokardą, ponownie wprawiły w ruch dzwoneczki. W progu stanęły panie Małecka i Lisiecka. Na wycieraczce strzepały śnieg z butów i trzymając w dłoniach plastikowe torby, zaczęły zdejmować płaszcze.

– Pomogę! – Ola zajęła się ich pakunkami i przejęła siatki od członkiń czytelniczego klubu.

– Punktualność nie jest mocną stroną pań, co? – zagadnęła Zosia, ustawiając obiektyw w swoim aparacie. Skierowała go na przybyłe sąsiadki i zrobiła zdjęcie. – Dzień dobry – uśmiechnęła się szeroko. – A to co? – Na podglądzie fotografii zauważyła białą plamę w rogu i zmrużyła oczy. 

– Dzień dobry. Od przywitania powinnaś zacząć – fuknęła Małecka.

– Śniadanie po roratach się przedłużyło – usprawiedliwiła siebie i koleżankę Lisiecka. 

– To po mszy się coś je?

– Pokarm dla ducha, pokarm dla ciała. 

– Będę pamiętać, pani Tereso! – obiecała fotografka. – Są panie przygotowane?

– Witaj, Anielko! – Adamska podskoczyła, słysząc znajomy głos. Obok niej stanął Władysław, pierwszy właściciel księgarenki na Miłosnej. – Pierniczka? – Podsunął pod jej nos talerzyk wypełniony korzennymi przysmakami, chichocząc jak mały chłopiec. – Małecka ma talent do plotkowania i do pieczenia, tego nie można jej odmówić – przyznał z pełną buzią, odstawiając talerzyk na sąsiadujący z oknem stolik. 

– A ty masz talent do podjadania – westchnęła z przyganą.

– Te pierniczki powstały w szczytnym celu, w doborowym towarzystwie – przypomniał Władysław i natychmiast uchylił kapelusza. Zawsze tak robił, kiedy Ola mijała go podczas jego pobytu w księgarence. Dziewczyna była tego kompletnie nieświadoma, ale uważał, że nie zwalnia go to z dobrego obyczaju. I z ogromnej sympatii, jaką obdarzył pracownicę tego miejsca. – Chyba zaraz się zacznie – szepnął, prostując się. – Na przodzie zostały tylko dwa wolne miejsca, pewnie dla Oli i Zosi. 

– Pewnie tak – potwierdziła Aniela i spojrzała w stronę lady.

Miejsce, gdzie zazwyczaj płacono za zakupione egzemplarze, kawę czy herbatę, które towarzyszyły podczas lektury, zamieniło się w centrum dowodzenia. Na blacie otoczonym zielonymi gałązkami leżały książki o tematyce świątecznej oraz stała tablica. Ola napisała na niej kredą tytuł spotkania. Obok tablicy umieszczono czerwone pudełka ze słodką niespodzianką. Pracownica księgarenki oparła się o blat i uśmiechnęła niepewnie do zebranych. Popatrzyła na każdego gościa. Były członkinie koła czytelniczego, z paniami Lisiecką i Małecką na czele. Przy kolejnym stoliku siedziała Michalina Sarnecka z Krystyną Wolską, babcią jej narzeczonego. Obok nich wolne miejsca zajęli Irena i Antoni. Ola poczuła ciepło w sercu. Uświadomiła sobie, że niedługo będę obchodzić pierwszą rocznicę ślubu. Pamiętała dokładnie zeszłoroczną uroczystość. Ślub w Boże Narodzenie po kilkudziesięciu latach życia osobno. Historia kucharki z willi przy Perłowej i jej ukochanego ze szkolnych lat była idealnym materiałem na książkę! Za nimi na krzesłach siedziały mama i siostra Zosi. Przy kolejnych stolikach na rozpoczęcie świątecznego czytania czekało wielu mieszkańców miasteczka – stali lub okazjonalni klienci księgarenki. „Dobre duchy tego miejsca” – pomyślała Ola, a jej wzrok powiódł ku oknu i parapetowi. Był pusty, nikt nie opierał się o poduszki, nikt nie korzystał z miękkiego siedziska. Czuła, że to pozory. Czuła, że to miejsce jest zajęte. Przez dwoje najważniejszych gości południowego spotkania. Wzięła głęboki oddech. Mogli zaczynać!

– Nie możemy zaczynać! – wyszeptała jej wprost do ucha Zosia. – Rozwadowskiego jeszcze nie ma. – Pojawienie się w miasteczku popularnego aktora zelektryzowało lokalną społeczność. Mężczyzna bywał rzadkim gościem w okolicy i raczej stronił od zainteresowania mieszkańców. Cenił przytulność i prywatność, jaką dawały mu chwile spędzone w willi przy Perłowej. To tam zatrzymywał się, kiedy doglądał remontu domu odziedziczonego po przodkach. 

– Nie przyjechał z willi z Michaliną i panią Krysią? Byłam pewna, że czeka w samochodzie! – jęknęła Ola. – Co my teraz zrobimy? 

– Miśka próbuje się do niego dodzwonić. – Rzeczywiście. Michalina wstała od stolika i podeszła do okna. Przyłożyła telefon do ucha i czekała, aż ktoś po drugiej stronie odbierze połączenie. 

– Nie będziemy tu stały jak dwie solniczki – zdecydowała Zośka. – No co? – wzruszyła ramionami, widząc zdziwione spojrzenie przyjaciółki. – Określenie „słup soli” niezbyt do nas pasuje. – Klasnęła w dłonie i zwróciła się do Krystyny: – Pani Krysiu, jest tu pani w charakterze przedstawiciela willi przy Perłowej – powiedziała głośniej, by zwrócić uwagę wszystkich zebranych. Udało się. Rozmowy przy stolikach ucichły i wszystkie oczy skierowały się w głąb sali. 

– Tak, dzień dobry… – Krystyna delikatnie podniosła się z krzesła i niepewnie uśmiechnęła. Nie spodziewała się osobistego powitania.

– Dzień dobry! Bardzo się cieszymy, że dołączyła pani do akcji… – Fotografka szturchnęła Olę łokciem. 

– „Zaczytana, świąteczna Miłosna”! – dokończyła pracownica księgarni. – Witam wszystkich państwa serdecznie! – w odpowiedzi usłyszała brawa i szept Zośki:

– Wiesz już, co robić. Tylko się nie czerwień jak debiutantka na wydaniu. Idę cykać fotki. – Po chwili kobieta znalazła się między stolikami, a jej twarz zasłonił obiektyw. 

– Cieszę się, że przyjęli państwo moje zaproszenie na przedpołudniowe, właściwie południowe – zerknęła kontrolnie na zegarek na lewym nadgarstku, – spotkanie. Zosia już zaczęła przedstawiać pierwszych honorowych gości, pozwólcie, że będę kontynuować, a właściwie… – Wzięła głęboki oddech. – Zacznę od… pustych krzeseł przy pierwszym stoliku. One… nie czekają ani na mnie, ani na Zosię. One symbolizują puste nakrycie przy wigilijnym stole. – Głos zaczął drżeć, zdradzając emocje. – Dziś nie spotykamy się przy wigilijnym stole, ale na świątecznym czytaniu, w naszej księgarence. Tego miejsca by nie było, gdyby nie dwoje nieobecnych… – Jej wzrok niemal automatycznie powędrował do okna, na parapet. – Władysław Brzozowski i Aniela Adamska. Pierwszy właściciel księgarenki i ostatnia właścicielka tego miejsca – urwała, a w głośniku połączonym z telefonem Zosi wybrzmiały pierwsze dźwięki „Kolędy dla Nieobecnych”. 

A nadzieja znów wstąpi w nas

Nieobecnych pojawią się cienie

Uwierzymy kolejny raz

W jeszcze jedno Boże Narodzenie

I choć przygasł świąteczny gwar

Bo zabrakło znów czyjegoś głosu

Przyjdź tu do nas i z nami trwaj

Wbrew tak zwanej ironii losu

Daj nam wiarę, że to ma sens

Że nie trzeba żałować przyjaciół

Że gdziekolwiek są, dobrze im jest

Bo są z nami choć w innej postaci

I przekonaj, że tak ma być

Że po głosach tych wciąż drży powietrze

Że odeszli po to by żyć

I tym razem będą żyć wiecznie

Kolęda się skończyła, ale cisza trwała. Trwały wspomnienia. Powroty do spotkań z Nieobecnymi wymienionymi przez Olę. Niektórzy z uczestników wydarzenia znali ich osobiście. Inni z opowieści. Wszyscy mieli nadzieję, że Aniela i Władysław są tutaj z nimi. Nie tylko od święta. 

– Dziękuję – szepnęła Ola, ocierając łzy płynące po policzkach.

– Pasuje, co? – zagadnął Władysław, zerkając na Anielę.

– Ogromnie. – Kobieta nie kryła wzruszenia. 

– Cicho… Bo po naszych głosach zaraz zadrży powietrze. 

– Dziękuję za tę chwilę refleksji i wspomnień ku czci pani Anieli i pana Władysławowi – Ola uśmiechnęła się z wdzięcznością do zebranych. Pozwolą państwo, że będę kontynuować. Witam serdecznie przedstawicielki willi przy Perłowej, panią Krysię i panią Irenę. – Rozległy się oklaski. – Panie zorganizowały mikołajkową akcję pieczenia pierniczków. Brali w niej udział podopieczni fundacji kancelarii Adamski&Partnerzy. Cieszę się, że we wspólne przygotowywanie wypieków włączyły się przedstawicielki naszego koła czytelniczego – uśmiechnęła się do kobiet. – Pierniczki czekają tutaj – wskazała dłonią na ladę. – W związku z tym, że nasz artysta utknął w korku i dołączy do nas z drobnym opóźnieniem, już teraz zapraszam do degustacji. 

Tak jak przypuszczała, zaproszenia do wspólnego zajadania słodkości, nie trzeba było dwa razy powtarzać. W parach albo pojedynczo goście księgarenki zaczęli podchodzić do blatu, na którym czekały pudełka wypełnione pierniczkami. Po chwili na talerzykach – oczywiście ze świątecznym wzrokiem – zaczęły pojawiać się charakterystyczne dla tego korzennego wypieku kształty. Choinki, gwiazdki, aniołki, bałwanki. Ola zauważyła też ciastko w kształcie pieska. 

– A to jakaś niespodzianka? – zapytała Wiktoria, siostra Zosi. Z dna jednego z pudełek wyciągnęła czerwoną kopertę. Podała ją Oli. 

– Czy to należy do kogoś z państwa? – zapytała, ale nikt nie zareagował.

– Otwórz – ponagliła ją Zosia. – Może to od samego Mikołaja. 

Aleksandra delikatnie rozerwała kopertę i wyjęła z niej kartkę. Spoglądał na nią kudłaty piesek w czapce Mikołaja. Miał duży, czarny nosek, który wyróżniał się na tle jasnego futerka. Pod szyją zwierzaka zauważyła czerwoną obrożę z klamerką w kształcie śnieżynki. Płatki śniegu otaczały pupila. Przeczytała wydrukowane złotym atramentem życzenia Wesołych Świąt. Otworzyła kartkę. Zobaczyła pismo, charakterystyczne dla dziecka. Duże niekoniecznie pisane w jednej linii, literki. Problemy z ortografią, interpunkcją. Jednak poprawność językowa nie miała znaczenia, kiedy do głosu dochodziło serce. Ola była pewna, że to właśnie ono dyktowało wyjątkowy list.

– Co tam jest napisane? – drążyła Wiktoria.

– „Kochany święty Mikołaju! – Adamska odchrząknęła i zaczęła czytać. – Nie zawsze bywałem grzeczny w przedszkolu, ale mamusi słuchałem. Dlatego chciałem cię prosić o książkę o samolotach w twardej oprawie i – wzięła głęboki oddech – o wigilię w cieple, z dużą choinką, prezentem dla mamy i pysznymi daniami. I żeby było dużo ludzi przy stole, bo z mamusią jesteśmy tylko we dwoje i mama mówi, kiedy klęczy z różańcem, że czuje się bardzo samotna. Z góry dziękuję. Życzę szerokiej drogi tobie i reniferom”. – Zamknęła kartkę i pociągnęła nosem. W księgarence zapanowała cisza. Ucichły rozmowy. Nie chrupano ciastek, nie mieszano herbat. Nikt nie spodziewał się, że w pudełku ze słodyczami znajdą tak osobistą wiadomość. Prośbę. Wołanie o pomoc. 

– Trzeba go znaleźć! – oznajmiła Grażyna Wolska, która weszła do księgarenki w trakcie pierniczkowego poczęstunku. Nie patrzyła ani na Olę, ani na kobiety związane z willą przy Perłowej, której była właścicielką. Skupiała się na strzepaniu z rękawa płaszcza płatków śniegu, jakby się obawiała, że przysłonią panterkowy print. – Podarować tę książkę, a na wigilię zaprosić do nas, do willi – powiedziała tonem, jakby to była najbardziej oczywista sprawa na świecie. – Mamy dużą choinkę i w tym roku będzie tłoczno. 

– Myślisz, że to jest możliwe? – Krystyna zapytała córkę, z trudem hamując wzruszenie.

– Przecież święta to czas cudów, prawda?

ciąg dalszy nastąpi…


„Święta na ulicy Miłosnej” to opowiadanie świąteczne nawiązujące do powieści obyczajowych „Księgarenka na Miłosnej” i „Willa przy Perłowej”.

Tło na głównym zdjęciu wygenerowała sztuczna inteligencja

„Mikołaj z ulicy Świątecznej” – część 2.

Read More
Mikołaj z ulicy Świątecznej - okładka

– Wesołych Świąt!

– Wesołych Świąt!

Za Zuzanną trzasnęły drzwi od biblioteki. Agata przekręciła kluczyk w zamku i odetchnęła głęboko. Właśnie rozpoczęła świąteczną przerwę i urlop – do pracy miała wrócić dopiero po Nowym Roku. Wolne dni zamierzała spędzić z rodzicami i, chociaż to było zupełnie niemożliwe, nacieszyć się nimi na zapas. Co prawda planowała wyjazd do Londynu podczas ferii zimowych, ale na ten moment luty wydawał się dość odległym terminem. Do przylotu rodziców pozostało już niewiele czasu, Agata mogła zacząć odliczać godziny. Jutro, w wigilię, mieli być razem i wspólnie świętować Narodzenie Chrystusa.

Z uśmiechem na ustach owijała szyję chustą, którą dostała od dziadka na urodziny. Na głowę włożyła czapkę, zapięła płaszcz. Była gotowa do wyjścia.

Miejsce pracy opuściła kilka minut po osiemnastej. Zapowiadał się pracowity wieczór – zamierzała ubrać choinkę, którą przed rozpoczęciem zmiany sąsiad z parteru pomógł jej wnieść na górę i upiec sernik – ulubione ciasto taty. Mimo to się nie spieszyła . Celebrowała drogę do domu. Tak, celebrowała. Z radością pozwalała opadać śnieżnym płatkom na czapkę i obserwowała, jak śnieżynki tkają białe dywany na chodnikach i ulicach. Białe święta – marzenie wielu miało się spełnić. Agata sama siebie nie poznawała. Przecież początek adwentu, początek oczekiwania, był trudny. Wypełniony złością, smutkiem, tęsknotą. Wszystko się zmieniło, odkąd spotkała świętego Mikołaja…

Była wdzięczna, że pracownik agencji eventowej się rozchorował i wnuk pani Basi musiał go zastąpić. Od ich rozmowy w bibliotece, od wspólnego wykrawania pierniczków wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. Na nowo poczuła, że święta mogą przynieść coś dobrego. Cud. Przestała tylko oglądać się za siebie i z nieśmiałym uśmiechem patrzyła w przyszłość. Myślała nie tylko o tym, że to będą pierwsze święta bez ukochanego dziadka. Wyczekiwała chwili, w której spotka dawno niewidzianych rodziców i przełamie się z nimi opłatkiem, zmówi modlitwę, spożyje posiłek, a później wspólnie pójdą kolędować przed pasterką w parafialnym kościele. Mikołaj miał rację – puste miejsce przy stole będzie symbolizować brak babci i dziadka, ale jednocześnie będzie źródłem pamięci o dobrych chwilach, uśmiechach, drobnych gestach.

Pokrążona w myślach, dotarła pod kamienicę. Ulica Świąteczna – jakże mogłoby być inaczej – była gotowa na święta. Wejścia do poszczególnych klatek kamienicy oświetlono lampkami w kształcie gwiazdek, na dziedzińcu ustawiono sanie wypełnione prezentami. Pojazdu pilnowały renifery. Na środku zaś dumnie prezentowała się…

– Choinka! – szepnęła sama do siebie Agata, widząc przystrojone drzewko. No tak, przecież wczoraj przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej pukał do każdego, by zaprosić do zbiorowego ubierania. Widocznie albo się spóźniła, albo chętnych do tworzenia nowej tradycji nie było wielu. Chociaż choinka była już praktycznie gotowa. Nawet lampki się świeciły, rozjaśniając przestrzeń dookoła. Do kompletu brakowało tylko gwiazdy na czubku, którą właśnie zawieszał stojący na drabinie… – Mikołaj? – Stanęła na placach, by lepiej widzieć ukrytą między gałęziami postać.

– Poznałaś po reniferach? – zapytał wnuk sąsiadki, schodząc ostrożnie w dół po szczebelkach.

– No jasne, bo stroju nie masz służbowego.

– Jestem Mikołajem z ulicy Świątecznej, a nie świętym – wyjaśnił, zeskakując na chodnik. – Wesołych Świąt, to już jutro – uśmiechnął się do Agaty.

– Nie mogę się doczekać. – Nie potrafiła ukryć swojej radości. – Jutro o tej porze będziemy z rodzicami jeść kolację i śpiewać kolędy.

– Cieszę się, że przestałaś się zamartwiać, a w Bożym Narodzeniu zobaczyłaś czas światła i nadziei – jego uśmiech był mniej promienny niż bibliotekarki. Agata od razu to wyłapała.

– Ty też potrzebujesz tej nadziei, prawda? – Bogiem a prawdą odkąd dowiedziała się o jego miesięcznym urlopie, chciała go zapytać o przyczyny tak nagłego i długiego zarazem przyjazdu do Polski. – Czy w Niemczech coś się stało? Jeżeli nie chcesz mówić, to nie mów, ale czasem dobrze się wygadać osobie, która nie zna nas zbyt dobrze. Patrzy na sprawę innym okiem i pomaga zobaczyć światło i nadzieję.

Mikołaj złożył drabinę.

– Dasz mi pięć minut? – zapytał poważnie.

***

Zgodziła się poczekać. Wrócił po kilku minutach – z kocem pod pachą i dwoma parującymi kubkami, których zawartość na kilkustopniowym mrozie niemal od razu wystygła. Koc rozłożył na stojącej pod choinką ławce, a przygotowanym napojem okazała się być czekolada.

– Prawda jest taka, że musiałem uciekać – przyznał Mikołaj po chwili ciszy. Agata zanurzyła usta w brązowym napoju i nie przerywała opowieści. – Zostałem oskarżony o coś, czego nie zrobiłem. Chodzi o pracę, długo by opowiadać o szczegółach. Przyjaciele okazali się wrogami, nie miałem nikogo, kto by mnie bronił, choć i tak nie powinienem – prawda leży po mojej stronie i każdy to wie. Jeśli dojdzie do sprawy, szef przegra i to z kretesem. Mści się za błędy własnego syna – westchnął. – Adwokat poradził, bym na razie usunął się w cień, nabrał do sprawy dystansu. Moja matka uważa, że nie mam się czym przejmować, skupia się na nowym związku, więc…

– Została ci babcia?

– Ona nic nie wie.

– Ode mnie się nie dowie.

– Dzięki – pokiwał głową Mikołaj, wpatrując się we wciąż pełen kubek. – Masz rację. Została mi tylko ona. Jest prawdziwa, czuła. Zależy jej na mnie.

– Na pewno widzi, że jest coś nie tak…

– Powiem jej, ale jeszcze nie teraz. Na pewno nie przed wigilią. Chcę, by te pierwsze od lat wspólne święta były dla niej pełne uśmiechu.

***

– Jest taki dzień, drodzy państwo. Żadnych łez, żadnych konfliktów. Dzień miłości, ciepła, światła. To właśnie dziś. Wigilia. Nasza audycja może się zacząć tylko od jednego utworu. „Dzień jeden w roku” zespołu Czer… – Agata w ostatniej chwili wyłączyła radio i znowu zalała się łzami. Tak, dziś był dla niej dzień łez i samotności. Z samego rana zadzwonił telefon. Mama. Odwołano wszystkie loty z Wielkiej Brytanii. Anglia nie pamiętała takiej śnieżycy. Ruch lotniczy był całkowicie sparaliżowany.

Pierwsza wigilia bez dziadka okazała się samotną wigilią. Agata przełknęła gorzkie łzy. Choć przez ostatnie miesiące mieszkała sama, nigdy nie czuła się tak samotna, jak w tej chwili. Przecież wszystko było gotowe – uszka i pierogi z kapustą zrobiła z wyprzedzeniem i zamroziła, piernik czekał od poniedziałku, a sernik wyjęła z piekarnika kilka minut po północy. Dziś razem z mamą miały kroić warzywa na sałatkę. Sama będzie… Nie… Po co miała obierać, kroić, mieszać? Sama przecież tego wszystkiego nie zje! Miała rację. Czuła, gdy zaczął się grudzień, że te święta nie przyniosą niczego dobrego. Że będą źródłem łez i tęsknoty. Pomyliła się tylko w jednym – płakała i tęskniła nie tyle za dziadkiem, co za rodzicami, którzy przecież mieli tu być i dbać o to, by na stole został tylko jeden pusty talerz.

Rozmyślania przerwał jej dzwonek do drzwi. Niedbale przetarła oczy i niechętnie przeszła do przedpokoju. Otworzyła. Na klatce stał Mikołaj z gałązką jemioły.

– Babcia powiedziała, że jak mężczyzna pierwszy wejdzie do… – umilkł, widząc zapłakaną twarz Agaty. – Co się stało?

Nie miała siły tego tłumaczyć. Po prostu znowu wybuchła płaczem.

***

– Lepiej?

– Tak, dziękuję.

Gdy Agata przestała płakać, posadził ją na kanapie i przykrył kocem, a sam zajął się przygotowaniem herbaty. Jemiołę rzucił niedbale na kuchenny blat.

– Kolację oczywiście zjesz u nas, babcia by mi nie wybaczyła, gdybym cię nie zaprosił. – Mikołaj usiadł obok niej. – Zaczynamy o 17:00.

– To nie tak miało być – pociągnęła nosem. – Nie miałam być sama.

– Ale nie będziesz sama! Będzie babcia, będę ja. Z góry będą na nas patrzeć twoi dziadkowie, a rodzice na pewno myślami będą z tobą.

Agata pokiwała głową z grzeczności. Nic nie było w stanie jej przekonać do tego, że puste miejsca zostaną wypełnione.

***

– Proszę.

– Dziękuję.

Agata drżącą dłonią wzięła z talerzyka opłatek. Stała między panią Basią a Mikołajem na środku dużego pokoju. Zerkała na ubraną przez sąsiadów choinkę i walczyła ze sobą, by się nie rozpłakać. Z jednej strony czuła ogromną wdzięczność za zaproszenie, z drugiej wciąż obwiniała w sercu pogodę, linie lotnicze…

– Moje dziecko, nie zamartwiaj się. Wolałabyś, by lecieli w taką pogodę? To by było skrajne niebezpieczeństwo, katastrofa gotowa! A tak przylecą cali i zdrowi jutro lub najdalej pojutrze. Najważniejsze, że mają kogo odwiedzić i ty masz na kogo czekać. – Starsza pani uścisnęła jej dłoń. – Mimo smutku, który wypełnia twoje serce, życzę ci, byś otworzyła się na radość, którą niesie On – zerknęła wymownie na szopkę ustawioną na wigilijnym stole obok świecy Caritasu. Figurki stały nierówno, tuż pod nie podłożono sianko. – Na miłość, którą On jest. Na światło, które wraz z Jego nadejściem wypełniło mrok. Uwierz w cud Bożego Narodzenia i pozwól, by dokonało się w tobie. – Pani Basia ułamała kawałek opłatka.

– Wesołych świąt – powiedziała cicho Agata, dzieląc się również opłatkiem.

– Włączę gaz pod barszczem. – Sąsiadka przeszła do kuchni. Agata i Mikołaj zostali sami w pokoju. Stanęli naprzeciwko siebie, przy choince, z opłatkami w dłoni.

– Pamiętaj, że to miejsce – chłopak wymownie spojrzał na dodatkowe nakrycie – będzie puste tylko do momentu zakończenia śnieżycy. Oni tu będą, przytulą cię.

– Dziękuję.

– I uśmiechnij się, proszę. Nie jesteś sama.

– Wiem…

– Twój czas oczekiwania jeszcze trwa, ale proszę, weź głęboki oddech, bo ta noc zdarza się raz do roku. Nie możesz przegapić swojego cudu. Oni naprawdę przylecą, kto wie, może już są w drodze, sama mówiłaś, że nie zamierzają ruszać się z lotniska.

– Masz rację, po prostu…

– Każdy z nas czasem czuje się samotny, ale ty nie zostałaś sama. Masz moją babcię i swojego prywatnego świątecznego Mikołaja – uśmiechnął się. Nie mogła tego nie odwzajemnić. – Co więcej, prywatny Mikołaj zostaje na dłużej, nie wracam po Nowym Roku do Niemiec, przynajmniej nie tak od razu. Okazało się, że matka wszystko powiedziała babci i razem stwierdziły, że nie ma sensu, żebym jechał przed wyjaśnieniem tego wszystkiego.

– Czyli wiedziała od początku?

– Miłość zawsze wie, kiedy drugie serce potrzebuje przytulenia. Życzę ci, by nigdy nie zabrakło w twoim życiu kogoś, kto cię przytuli. Słowem, uśmiechem czy gestem. I by światło w twoim sercu nigdy nie zgasło. Nawet w śnieżną noc. Ta noc jest przede wszystkim cicha. I święta. I na tym się skup. – Przełamali się opłatkiem.

– Dziękuję ci za wszystko. – Agata pocałowała sąsiada w policzek. – A ja tobie życzę, żeby wszystko, co złe, wypełniło dobro i byś już nie musiał uciekać.

– Mam nadzieję, że się spełni – uśmiechnął się.

– Barszcz zaraz będzie gotowy! – Do pokoju wróciła pani Basia. – Siadajcie, dzieci!

***

Ten wieczór nie mógł mieć innego finału. We troje zajęli miejsca na drewnianej ławce w głównej nawie. Agata z zachwytem przyglądała się choinkom ustawionym po obu stronach głównej nawy i z uśmiechem spoglądała na szopkę. Nad żłóbkiem z figurą Pana Jezusa intensywnie świeciła gwiazda. Jasno pokazywała drogę, nie tylko pasterzom czy mędrcom ze wschodu. Wlewała i w jej serce światło. Nadzieję. Kolacja upłynęła w bardzo miłej atmosferze. Po smutku, który towarzyszył życzeniom, przyszedł śmiech, wspomnienia i anegdoty. Nie było czasu na łzy. Był czas na obecność. Na uśmiech, na oczy, w których radość przeplatała się z odbitym płomieniem świecy. Było dobre jedzenie, byli dobrzy ludzie. Agata nie była sama. Tego wigilijnego wieczoru na własnej skórze się przekonała, że prawdziwych sąsiadów poznaje się w śnieżnej biedzie. Przecież to sam Mikołaj zapukał do jej drzwi, by spełnić świąteczne marzenia. Śniła o rodzinnej wigilii. I taką dostała, choć z ludźmi, którzy towarzyszyli jej przy stole, nie była spokrewniona.

Cicha noc

Święta noc

Organista zaintonował kolędę. Przez rękawiczki poczuła, jak jej dłoń dotyka dłoń Mikołaja. Mężczyzna tak jak ona patrzył na gwiazdę. Wyglądał światła. Nie wiedziała, że przez dłuższą chwilę patrzył na nią, na jej zamyśloną twarz. I ona też stała się dla niego źródłem światła. Pozostawało mieć nadzieję, że jemioła nie zwiędnie na blacie przy ulicy Świątecznej, zanim wypełni swoją świąteczną misję…

Koniec…

Część 1.