„Motyl i skrzypce” – Kristy Cambron

Read More
motyl i skrzypce

Kristy Cambron, Motyl i skrzypce, Wydawnictwo Znak 2020.

Po kilku pierwszych rozdziałach, byłam pewna, co napiszę w recenzji. Po kilku kolejnych zmieniłam zdanie o 180 stopni. Teraz, kiedy jestem już po lekturze całości, właściwie nie wiem, co mam napisać. Bez wątpienia Motyl i skrzypce to książka, którą część z Was pokocha całym sercem, a część nie pozostawi suchej nitki, a pozostali… Tak jak ja, będą stali na rozdrożu.

Kiedy najbliższa osoba skazuje cię na śmierć w Auschwitz. Dramatyczna historia o sile kobiet i miłości.
Adele von Bron, utalentowana skrzypaczka, poświęciła wszystko, żeby ratować ostatnich wiedeńskich Żydów. Kiedy na polecenie własnego ojca, wysokiego rangą generała Trzeciej Rzeszy, trafiła do obozu w Auschwitz, jej piękny świat legł w gruzach. Przerażającą codziennością stały się głód, strach i cierpienie. Kilkadziesiąt lat późnej Sera James, właścicielka galerii sztuki na Manhattanie, angażuje się w poszukiwania portretu młodej skrzypaczki, który pierwszy raz ujrzała, będąc jeszcze dzieckiem. Podczas próby odnalezienia zaginionego arcydzieła los stawia na jej drodze Williama Hanovera, którego dziadek może być kluczem do rozwiązania zagadki dziewczyny z obrazu.
„Motyl i skrzypce” to poruszająca opowieść o odkrywaniu piękna w najstraszniejszych miejscach: mrocznych zakątkach Auschwitz i zakamarkach poranionych serc. To również historia o tym, jak nie stracić wiary w Boga nawet w samym środku piekła.

Nie chcę Wam streszczać fabuły ani jakoś obszernie charakteryzować bohaterek. To, co najważniejsze, przeczytacie w powyższym opisie wydawcy i przede wszystkim w książce. Pozwólcie, że od razu przejdę do refleksji nad powieścią.

Głupio to zabrzmi, ale mam wrażenie, że obecnie w literaturze występuje zjawisko, które określam „moda na Auschwitz”. Niemal w każdym miesiącu kolejni pisarze proponują nam kolejne tytuły – bardziej lub mniej – oparte na faktach. Po okresie, w którym wydawano wspomnienia ocalałych czy publikacje opracowane na temat dokumentów czy zdjęć, przyszedł moment, w którym po tematy związane z obozem koncentracyjnym sięgnąć może właściwie każdy i, co bardzo boli, mieszać go z różnymi gatunkami.

Przyznam szczerze, że do niedawna książki, w których choć marginalnie pojawiał się wątek obozów koncentracyjnych, omijałam szerokim łukiem. Po prostu się ich bałam. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nigdy. Dlatego stroniłam od książek poruszających tę tematykę – bałam się obrazów, które będą pojawiać się w mojej głowie. To nie tak, że uciekam od historii, wręcz przeciwnie. Interesuję się okresem II wojny światowej, jednak to, co działo się w Auschwitz… Nie jestem w stanie udźwignąć ciężaru okrucieństwa, obdarcia z godności, śmierci, która nie miała sensu… W obozach koncentracyjnych zginęły miliony. Muszę jednak napisać, że czytając Motyl i skrzypce, tego ciężaru nie czułam…

Kristy Cambron dość umiejętnie omija fakty, które były codziennością dla więźniów obozu – masowe egzekucje, głód, paraliżujący strach. W książce skupia się przede wszystkim na losach członków orkiestry. To, co dzieje się poza ich barakiem, pozostaje tłem. Czytając, miałam wrażenie, że Adele i jej koleżanki nie do końca znalazły się w środku tego piekła. Raczej w przedsionku. Fakt ten jest zapewne zaletą dla osób, które lubią sięgać po literaturę z wątkami wojennymi, jednak boją się brutalnych opisów.

To, co mi się w tej książce nie podobało, to zestawienie wątków. Narracja prowadzona jest dwutorowo. Fabuła dotyczy zarówno wydarzeń z Auschwitz w okresie II wojny światowej, jak i losów właścicielki nowojorskiej galerii sztuki w czasach współczesnych. Właśnie ten drugi wątek nie do końca mi pasował. Myślę, że autorka powinna się skupić na jednym, a nie mieszać dwa. Albo czytamy o losach skrzypaczki Adele uwięzionej w obozie od początku do końca, albo Sera – zakochana w swoim „tymczasowym pracodawcy” kobieta, wysłuchuje opowieści o losie członkiń orkiestry przy okazji wizyty w Paryżu. Myślę, że przy dobrym researchu i wsparciu historyków Kristy Cambron doskonale by sobie poradziła z napisaniem powieści tylko o Adele. O jej życiu w Austrii, miłości do muzyki i Vladimira, o wywózce do Auschwitz i konieczności gry w obozowej orkiestrze… Żadnych wątków współczesnych i historii rodem ze współczesnych amerykańskich komedii romantycznych! Uważam, że dzięki temu książka byłaby jeszcze bardziej wartościowa, a zdania czytelniczek nie byłyby aż tak podzielone.

motyl i skrzypce

Pamiętajmy jednak, że Motyl i skrzypce to nie literatura faktu. To fabuła z elementami historii, a jej celem jest nie tyle nauka, co zachęcenie czytelnika do poszerzenia wiedzy i sięgnięcia po bardziej fachowe publikacje. W tym przypadku Autorka się spisała – zaciekawiona, jeszcze w trakcie lektury, poszukiwałam informacji o obozowej orkiestrze oraz o dziełach sztuki, które znaleziono po wyzwoleniu Auschwitz.

Poruszająca historia? Tak! Były łzy? Tak! Powieść o sile kobiet? Tak. Miłość w Auschwitz? Nie do końca. Mam wrażenie, że obóz koncentracyjny jest tu tylko tłem, niestety. Wiem, że życie toczy się dalej, mam świadomość, że żyjemy w innych czasach. Ale po co zestawiać przeszłość i teraźniejszość w taki sposób? Naprawdę można było to napisać inaczej. Złośliwi mogą teraz mruczeć pod nosem: „Jak jesteś taka mądra, to sama napisz”. Nie. Nie śmiem dotykać się tematu Auschwitz. To dla mnie sacrum, które, oczywiście nie we wszystkich wydanych w Polsce książkach, powoli zaczyna być ze swojej świętości obdzierane…

Kto powinien przeczytać książkę „Motyl i skrzypce”?

Podsumowując: czy polecam powieść Motyl i skrzypce? Tak, jeśli nie lubicie dominacji wątku historycznego w książce; jeśli lektura, mimo nawiązań do tragicznych wydarzeń, ma przebiegać lekko; jeśli lubicie mieszanki historii XX wieku i współczesnego romansu; jeśli brakuje Wam w powieściach wątków religijnych i opisu relacji człowieka i Boga. O tym, dlaczego jestem na „nie”, chyba dość wyraźnie napisałam powyżej. Pozostając na rozdrożu, zachęcam Was do dyskusji – jeśli jesteście już po lekturze książki, chętnie przeczytam Wasze refleksje.

„Okno z widokiem” – Magdalena Kordel (#MamaDropsaCzyta)

Read More
okno z widokiem

Magdalena Kordel, Okno z widokiem, Wydawnictwo Znak 2020.
Seria: „Uroczysko”
#MamaDropsaCzyta

W jednym z wywiadów z Magdaleną Kordel znalazłam takie definicje „Malowniczego”:

„Malownicze jest tam, gdzie mogę oddychać pełną piersią, gdzie czuję, że życie cudownie smakuje, a dni, które upływają, nie są stracone , a zyskane”.

Prywatne „Malownicze” Magdaleny Kordel znajduje się w górach, w Dukli, miejsce zapamiętane z dzieciństwa, mające w sobie magię, spokój, wewnętrzny czar. Drugie „Malownicze” jest w Sudetach – na szlakach i w Kłodzku, gdzie z rodziną znajdą swój wymarzony dom. Trochę dalszym „Malowniczem” jest Toskania pachnąca ziołami, pomidorami, kawą, oliwkami. Seria „Uroczysko” zaczęła powstawać w momencie, w którym cały świat Magdaleny i męża zawalił się im na głowę. Rzeczywistość ich dopadła. Postanowiła więc napisać książkę – zaklęcie, która sprawi, że do jej rodziny znowu zawita szczęście a los się odwróci. I święcie w to uwierzyła, ponieważ wydawca zaproponował współpracę. Zaklęcie więc zadziałało.

„Okno z widokiem” powraca!

Powieść „Okno z widokiem” ukazała się drukiem po raz pierwszy w 2011 roku, a została wznowiona 27 stycznia 2020 roku. Przenosi nas do Malowniczego – miasteczka położonego wśród sudeckich gór. Tu przeszłość miesza się z teraźniejszością, a skrywane od lat sekrety rodzinne wychodzą na jaw. Dla głównej bohaterki Róży Malownicze było od zawsze ostoją, bowiem zawsze czekała tu na nią jej ukochana Babcia Matylda, która była jej opoką. Wnuczka zbudowała z babcią lepsze więzi niż z matką. Tu po babci odziedziczyła znajomości z diabłem, który stał się jej obsesją. Na szczęście szybko została z niej wyleczona. Wpadła jednak w drugą, bowiem diabła wymieniła na św. Antoniego, którego figurka stała w kapliczce na rozstajnych drogach. I zaczęła ubijać interesy ze świętym. Lubiła siedzieć pod kapliczką i rozmyślać pod czujnym okiem Antoniego o różnych sprawach. A w rodzinie aż huczało z powodu skandali, za które była odpowiedzialna oczywiście babcia. Po latach pojawił się i zamieszkał z Matyldą narzeczony Julek, wyczekiwany zakazany owoc, którego Róża bardzo polubiła. Okazał się najwspanialszym dziadkiem na świecie. Jego niezwykłą historię poznajemy w powieści. Po latach dorosła Róża, archeolog na uniwersytecie, w związku ze skandalem, pewną aferą na uczelni uciekła do Malowniczego, które w dzieciństwie było jej ostoją. Jak zawsze czekała na nią babcia Matylda ze swoim niemężem, która wyczuła od razu, że stało się coś naprawdę poważnego. I tu czekała na nią wstrząsająca wiadomość – pewien inwestor chce zrównać z ziemią teren, na którym stoi uwielbiana przez różę kapliczka św. Antoniego. Oczywiście wiązało się to z usunięciem zabytkowej kapliczki. Miałoby już nie być Antoniego na rozstajnych drogach? Ani samych rozstajnych dróg, po których, jak wiadomo, błąkają się licha i czarty? Czułam się tak, jakby ktoś miał mi wyrwać kawałek serca. Róża postanowiła więc zawalczyć o ten piękny sentymentalny zakątek – jej raj na ziemi. Jako pracownik naukowy, archeolog, wreszcie jako osoba twardo stąpająca po ziemi poczyniła szybko pewne plany i postanowiła zaangażować niemal każdego, kto stanął jej na drodze. Zaczęła od rozmowy z księdzem proboszczem, który również upodobał sobie to miejsce. I to on przypominając historię tego miejsca, podsunął Róży pomysł, co konkretnie zrobić. Pod kapliczką mogły spoczywać średniowieczne szczątki zapomnianej karczmy. Do pomocy włączył się archeolog z prawdziwego zdarzenia, wyjątkowy człowiek, profesor Rajtczak z uczelni, który z grupą studentów podczas wakacji prowadził prace badawcze. Przyjazd do Malowniczego byłby dla dociekliwej i pełnej energii do działania grupy czymś frapującym. Miejscowy historyk pasjonat również włączył się do działania. Burmistrz przyrzekł również pomoc. Chodziło o to, żeby zaskoczyć kapliczkowego agresora. Profesor z proboszczem dopuścili się nawet „oszustwa w imię nauki”. Ale to tajemnica! Czy plan Róży i jej przyjaciół się powiódł? Czy udało się im ocalić ukochaną ostoję? A jak potoczy się życie prywatne bohaterki?

Powieść jest pełna ciepła, bo pokazuje nam, jak ważne w naszym życiu są relacje, więzi międzyludzkie, przyjaźń, miłość. Prawdą też okazało się stwierdzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a tych ostatnich garstka, bo garstka, ale się jednak ostała. To dawało nadzieję, a jak wiadomo, kiedy tli się nadzieja, chce się dalej żyć. Babcię Matyldę i Różę łączy wspaniała miłość. Bohaterki świetnie się dogadują, chociaż nie brakuje między nimi utarczek słownych. Także Julek okazał się najlepszym dziadkiem na świecie. I to on opowiedział Róży historię św. Antoniego, któremu też wiele zawdzięczał. Poznajemy tez wzruszającą historię miłości Matyldy i Juliusza. Różę odwiedziła przyjaciółka Patrycja, która znalazła się w trudnej sytuacji wyrolowana przez nieformalnego wspólnika. Pokochała Malownicze, w którym znalazła swoje miejsce i sposób na życie. Rozmowa przyjaciółek sprawiała, że nie było dla nich rzeczy niemożliwych, wszystko można załatwić i że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Rysiek, przyjaciel z dzieciństwa również pokochał malownicze i wrócił tu z żoną, rezygnując z posady naukowca. Każdy z nas powinien odnaleźć właściwe miejsce w życiu – swoje „Malownicze”. Magdalena Kordel uświadamia nam też, że w życiu najważniejsze jest robić to, co się kocha.  Jak mówią mędrcy, to podobno jest gwarancją szczęścia. A że ja zamierzałam być szczęśliwa, nie miałam innego wyboru niż nadal podążać wyboistą, krętą ścieżką pracownika naukowego.

Pisarka nadała lekki, zabawny ton swojej powieści, aż skrzy się tu od śmiesznych sytuacji, dobrego humoru czasem zabarwionego nutką ironii. Powieść się wręcz pochłania, ciekawa fabuła, wartka akcja, pełna nagłych zwrotów, wyraziści bohaterowie. Poruszyła też poważne tematy, jak potrzeba przyjaźni, prawo do szczęścia, tęsknota za miłością, potrzeba odnalezienia swojego miejsca na ziemi – „Malowniczego”, domu lub pokoju, lub okna z widokiem na…

Życie to jedno wielkie pasmo niespodzianek, dzięki którym właśnie chce nam się krok za krokiem cały czas iść do przodu. I najważniejsze, by wciąż mieć do dyspozycji pokój z widokiem. Taki, który jeśli nawet czasami niknąłby w deszczu, to potem znów by się ukazywał w całej okazałości.

Polecam książkę do czytania na tę aurę wiosenno-jesienną, jaką mamy za oknem tej zimy. Wystarczy milutki koc, kubek ulubionej herbaty, jakieś zwierzę do głaskania i przenosimy się do Malowniczego.

„Saturn” – Agnieszka Lingas-Łoniewska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
saturn

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Saturn, Wydawnictwo Burda 2020.
Seria: „Bezlitosna siła”
#MamaDropsaCzyta

 15 stycznia premierę miała najnowsza powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej „Saturn”, trzeci tom serii „Bezlitosna siła”. To historia o kolejnej parze bohaterów, Konradzie Klajzerze, na ringu Saturnie, i czerwonowłosej dziewczynie, zawsze noszącej bluzki z długim rękawem i pachnącej jak owocowy sad – Inez. Dowiadujemy się także, jak potoczyły się losy bohaterów poprzednich tomów. Zgadzam się ze stwierdzeniem w opisie wydawcy, że powieść Pisarki to emocjonalna jazda bez trzymanki.

Kim jest Saturn?

„Bezlitosna siła” to cztery opowieści o mężczyznach uprawiających walki MMA, z mroczną przeszłością, od której chcą się uwolnić. To także historie kobiet, które doświadczyły przemocy, a pomoc znalazły w fundacji FemiHelp, wspierającej ofiary agresji ze strony mężczyzn. Konrad i Inez, podobnie jak bohaterowie wcześniejszych historii Konstanty i Anita czy Patryk i Martyna, przeszli przez piekło zgotowane im przez bliskich. Pisarka połączyła te dwa światy, wyzwalając w bohaterach bezlitosną siłę, której nikt nie pokona i nie zniszczy. Bohaterowie odnaleźli miłość, szczęście, odzyskali wiarę w drugiego człowieka. Mogli żyć, marzyć, robić plany na przyszłość, wyznaczać cele w życiu. Świetnie zbudowany i przystojny Konrad pracował w klubie, planował koncerty muzyczne, lubił swoją pracę. Dawała mu satysfakcję i kasę. Był także zawodnikiem uprawiającym walki MMA. Treningi i walki utrzymywały jego ciało w formie i wyłączały myślenie, powrót do przeszłości. Nie miał sercowych problemów, w podziemiu jako Saturn miał jedynie fanki oferujące swoje wdzięki. Aż wreszcie poznał dzięki siostrze piękną Inez, słodką landrynkę, makową panienkę, krasnala – po prostu utonął w jej pięknych, wielkich i niebieskich oczach. Obie pracowały w fundacji, Inez czuwała nad organizacją aukcji, której przedmiotem były obrazy i rzeźby wykonane przez mieszkanki Domu dla Mam założonego przez Martynę. Konrad w towarzystwie Inez zaczął odczuwać emocje, które do tej pory były mu obce. Dziewczynę również do niego ciągnęło, ale oboje nie chcieli się z tym zdradzić, więc się wkurzali na siebie i udawali, że z trudem znoszą swoje towarzystwo. Inez wiedziała, że jego i Anitę łączy coś dziwnego z przeszłości, ale nie więzy krwi, że był złym chłopcem, jakich ona unikała, że zaprzyjaźnił się z Kastorem i Polluksem. Zazdrościła im, że mają siebie, że mogą na siebie zawsze liczyć. Ona najlepiej czuła się w fundacji, gdzie uzyskała pomoc, dostała pracę i przyjaźń, która pomogła się jej podnieść z traumatycznych przejść. Zaczynała na nowo marzyć dzięki terapii u Liwii. Po tym, co przeszła w życiu potrzebowała spokoju i stabilności. A jak już wspomniałam, przeszła przez piekło, które zgotowali jej człowiek, którego kochała i miała na jego punkcie obsesję. Gdy się wyrwała z rąk bandyty, pomogły jej dziewczyny z fundacji FemiHelp. Lecz po latach przeszłość znowu ją dopadła i to w momencie, w którym poznała i pokochała Konrada i tak bardzo chciała żyć kolorowo. Nie była już sama. Patrząc na blizny Inez, chłopak chciał wziąć jej ciężar na siebie. Konrad od małego był karmiony nienawiścią, głównie do ojca, który zgotował mu piekło na ziemi. Matka wciąż nieobecna zamknęła się w swoim świecie. Nie liczył się z niczym i z nikim, szedł przez życie i niszczył. W sytuacjach ekstremalnych budził się w nim potwór. Pragnął wydostać  z bagna przyrodnią siostrę Anitę i siebie. I udało mu się to dzięki miłości do siostry i przyjaźni z jej facetem. A gdy zakochał się w Inez, tak bardzo chciał chodzić z nią na randki, do kina, na kolację, potańczyć. Ciągle o niej myślał i jej pragnął. Miłość sprawiła, że się zmienił i uwierzył w szansę na normalne życie.  Opowiedział dziewczynie o swojej przeszłości, jakim strasznym był gnojem. Udało się mu uwolnić od ojca oprawcy. O tym i o losie matki dowiecie się już z powieści. Na ringu Konrad zmieniał się w nieustraszonego i niezwyciężonego Saturna. Kiedyś nakręcała go nienawiść a teraz miłość. Pisarka stworzyła tak sugestywne i obrazowe opisy jego walk, że podczas czytania ogarniał mnie strach, który narastał z każdą sekundą. Słyszałam odgłosy ciosów, oddechy walczących, reakcję publiczności, jej szaleństwo. Widziałam też bladą Inez, która tak bardzo się o niego bała.  Demony przeszłości dopadły i Konrada. Czy tak potwornie okaleczeni przez życie, będą się mogli z nimi uporać? Czy są w stanie pomóc sobie wzajemnie zagoić wszystkie rany zwłaszcza te umiejscowione głęboko w sercu?

 Ty siedziałaś w recepcji, a kiedy wszedłem, spojrzałaś na mnie tymi cholernie wielkimi niebieskimi oczami, a w moim czarnym sercu coś drgnęło. Coś, czego nigdy nie czułem. W co nie wierzyłem, bo nie miałem powodów, aby wierzyć, aby w ogóle wiedzieć, że coś takiego istnieje. I już od tamtej chwili wiedziałem, ze nie będę się mógł uwolnić od twojego widoku. Zapadłaś mi w głowę, serce, miałem cię wszędzie, czułem cię. – ja tez cię czułam. I czuję. Wciąż, nieustannie. – Odwróciłam się, stanęłam na palcach, objęłam ramionami jego szyję. – Kocham cię.- Jesteś moim światem. Wprowadziłaś do mojego życia kolory. Kocham cię, Inez.

„Saturn” to kolejna świetna powieść z pazurem o sile miłości, która potrafi zatriumfować nad każdym złem, która może uleczyć wszystkie rany i blizny. To także opowieść o sile przyjaźni i o tęsknotach za kolorowym światem po przejściu przez piekło zgotowane przez bliskich.  Powieść wręcz pochłonęłam, wyzwoliła we mnie całą paletę emocji. Oj dzieje się tu, dzieje! Fabuła obfituje w wydarzenia, akcja trzyma w napięciu, mnóstwo zwrotów akcji, niesamowite emocje po zejściu do podziemia, by obserwować walki na ringu i walki z demonami przeszłości. Bohaterowie właściwie wykreowani, wyposażeni przez Pisarkę w cechy negatywne i pozytywne, podlegający przemianie dzięki sile miłości i przyjaźni. Nie są sami w walce ze złem po odbiciu się od dna. Dzięki indywidualizacji języka są autentyczni. Pisarka lubi łączyć wątki, więc i tu mamy do czynienia z wybuchową mieszanką: historia sensacyjna  pełna tajemnic świetnie współgrająca z wątkami obyczajowymi, miłosnymi, psychologicznymi. Seria „Bezlitosna siła” wymagała od Pisarki ogromnego nakładu pracy, rzetelnego przygotowania, profesjonalnego researchu. Dzięki temu udało się stworzyć wiarygodny świat z prawdziwymi bohaterami.

Wydawnictwu Burda Książki dziękuję za egzemplarz do recenzji.        

„Niespokojne serca” – Agata Sawicka (#MamaDropsaCzyta)

Read More
niespokojne-serca-dwor-w-zaleszycach

Agata Sawicka, Niespokojne serca, Wydawnictwo Dragon 2020.
#MamaDropsaCzyta

12 lutego to dzień premiery niezwykle udanego debiutu Agaty Sawickiej „Niespokojne serca”, I tomu serii „Dwór w Zaleszycach”. Powieść urzekła mnie okładką i opisem od wydawcy. Pochłonęłam ją w ciągu dwóch dni, mimo czterystu stron odczuwam niedosyt, bo zżerała mnie ciekawość, co dalej będzie się działo w życiu bohaterów? Jest to wzruszająca opowieść o miłości, która nie powinna się zdarzyć i o sile, jaką daje podążanie za głosem serca, za marzeniami.

Główną bohaterką jest Julianna Zabłocka. Poznajemy ją w dniu, w którym została skreślona z listy studentów znienawidzonego prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Znalazła się na prawie, bo tak chcieli jej rodzice – wzięty prawnik i sędzia. A Julianna kochała historię, w tajemnicy przed rodzicami zapisała się i zaliczyła ze świetnymi wynikami pierwszy rok na wymarzonym kierunku. W tym dniu zakończyła też związek ze swoim chłopakiem, którego tak naprawdę nie kochała. Marcin okazał się dupkiem, z którym nie chciała mieć nic wspólnego. Po ostrej wymianie zdań z rodzicami, którzy nie rozumieli jej decyzji, postanowiła pójść za głosem serca i zacząć spełniać swoje marzenia. Mając ze sobą jedną walizkę i niewiele ponad 200 złotych w kieszeni, Julianna opuściła dom i wyruszyła w podróż w nieznane. Wsiadła do pociągu do Krakowa, zostawiając swoje przewidywalne życie, by ruszyć „(…) za swoim pragnieniem. Pragnieniem niezależności i życia w zgodzie z samą sobą, swoimi wartościami i marzeniami. Ruszała w nieznane, naprzeciw przygodzie…”. A początki bywają przecież trudne. Miała jednak szczęście trafiać na dobrych ludzi, którzy pomogli jej w podróży, gdy przez przypadek „wylądowała” w Zaleszycach, które urzekły bohaterkę pięknymi widokami, znalazła się w zupełnie innym świecie. Czy to był przypadek? Kto sprawił, że na drodze dziewczyny pojawiła się niezwykle sympatyczna Nusia, babcia Nusia, u której zamieszkała i czuła się szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Podczas podróży  do nowego domu zachwycił, zauroczył od pierwszego wejrzenia dziewczynę taki oto widok. Kiedy wyłoniły się zza zakrętu, ich oczom ukazał się dostojny dwór szlachecki. Ze wszystkich stron otoczony był laskiem, a do jego frontu wiodła alejka, po której obydwu stronach również wznosiły się drzewa. Przed dworem rozpościerała się strzyżona trawa, a wśród niej polne kwiatki. W świetle zachodzącego słońca było w tym widoku coś urzekającego… magicznego. (…)był murowany i pomalowany na jasnokremowo. Na ganek, wsparty po obydwu stronach para kolumn, prowadziło kilka niskich schodków. Dwuskrzydłowe drzwi wejściowe oraz obramowanie malutkich okienek wraz z ich otwartymi okiennicami wykonane były z ciemnobrązowego drewna. Na parapetach stały donice z czerwonymi, różowymi i białymi kwiatami. Dwór był duży, parterowy, ale musiał mieć również strych, gdyż na dachu widać było dwa niewielkie okna. Nusia opowiedziała dziewczynie historię dworu, obecnie przeszedł gruntowny remont i miał być oddany dla zwiedzających, już otwarto w jednej z sal kawiarenkę. Julianna uwielbiała takie historie pełne tajemnic, które zawsze warto odkryć. W nowym miejscu, w Bieluniu, bohaterka szybko się zaaklimatyzowała, znajdując w osobie Nusi prawdziwą babcię, za którą tęskniła. Z każdym dniem czuła się tu coraz bardziej szczęśliwa. Poznała też tajemniczego i intrygującego Henryka, lokatora Nusi, pana Ignacego, „chodzący wzór mądrości” z którym się jej świetnie rozmawiało i można się było wiele nauczyć. Zawsze miał w zanadrzu jakąś cenną życiową radę. Znaleźć w życiu swoje powołanie nie jest rzeczą prostą i jeśli się uda, można to uznać za prawdziwy i wielki dar. Niekorzystanie z niego byłoby niemal grzechem. Najbardziej poruszające były jej codzienne rozmowy z Nusią, które utwierdzały ją z każdym dniem w przekonaniu, że postąpiła słusznie, wybierając swoją drogę i podążając za swoimi marzeniami. Bohaterki połączyło pokrewieństwo dusz. Tego jej brakowało w relacjach z matką, z rodzicami. Miejscem, które ciągnęło ją do siebie jak magnes, był piękny i dostojny dwór, „niemy świadek przemijających czasów i ludzkich losów”, serce Bielunia. Julianna jako pasjonatka historii i niepoprawna romantyczka postanowiła zwiedzić to miejsce. Czy to przypadek? Nusia uważała, że to Bóg celowo połączył ich drogi, że ma w tym jakiś cel. A towarzyszył temu cały splot dziwnych wydarzeń. Znaleziony w zrujnowanym domu zeszyt staje się kluczem do tajemnicy z przeszłości……

Agata Sawicka napisała niezwykłą,  piękną i mądrą powieść o miłości, o przyjaźni, o więziach rodzinnych, o powołaniu człowieka. Uświadomiła, jak ważne w życiu człowieka jest podążanie za marzeniami, pragnieniami. Wtedy życie nabiera sensu, realizacja postawionych zadań jest dużo łatwiejsza. Człowiek przez całe życie uczy się odkrywać siebie. Nie można wywierać presji na drugiego człowieka i uczynić z jego życia tylko pasma obowiązków. Wszak pieniądze szczęścia nie dają i nie są najważniejsze. Do szczęścia potrzebny jest nam drugi człowiek, obcowanie z nim, tworzenie więzi.

Powieść jest podzielona na rozdziały, zapiski Eweliny są napisane pochyłą czcionką. Rozdział 3. Autorka poświęciła Danusi, czyli Nusi, wówczas akcja powieści przenosi się do 1964 r. Powieść czyta się lekko, bowiem jest napisana pięknym językiem, niezwykle plastycznym, obrazowym. Opisy są nasycone poetyzmami, dostarczają czytelnikowi wiele różnorodnych wrażeń. Zachwyt bohaterki nad pięknem natury udziela się i czytelnikowi. Czas akcji płynie niespiesznie, ale przyśpiesza, nabiera tempa w rozdziałach poświęconych historii Emilii, Nusi.

Pani Agacie Sawickiej raz jeszcze gratuluję niezwykle udanego i tak dojrzałego debiutu.  Wydawnictwu Dragon dziękuję pięknie za egzemplarz powieści do recenzji. A Czytelniczkom życzę wielu wrażeń podczas lektury. Naprawdę warto sięgnąć po tę znakomitą powieść. Ja nie mogę się doczekać kolejnego tomu.    

„Zaczekaj na miłość” – Ilona Gołębiewska (Dwór na Lipowym Wzgórzu)

Read More
zaczekaj na miłość

Ilona Gołębiewska, Zaczekaj na miłość, Wydawnictwo Muza 2020.
Saga: „Dwór na Lipowym Wzgórzu”

„Zaczekaj na miłość… Taką prawdziwą, która nie tylko uczyni z ciebie najszczęśliwszą kobietę na świecie, ale i pozwoli otworzyć serce na to, co piękne i dobre. Cierpliwie czekaj, a życie ci to sowicie wynagrodzi”.

Och, jak ja lubię wracać na Lipowe Wzgórze! Miejsce, gdzie czas płynie inaczej – wolniej, w duchu miłości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa. W gronie życzliwych osób, które dopingują i trzymają kciuki; które bezinteresownie wyciągają pomocną dłoń. We dworze na Wzgórzu rządzą silne kobiety – trzy pokolenia rodu Horczyńskich. To ich niesamowita więź, ich troski, ich tęsknoty są tematem sagi. Mojej ulubionej sagi Ilony Gołębiewskiej.

„Zaczekaj na miłość” – historia Klary

Klara ma niecałe trzydzieści lat i świat u swoich stóp. Kariera modelki, apartament w z jednej z najlepszych dzielnic Paryża i czarujący partner – wydaje się, że wnuczka Anieli i córka Sabiny ma wszystko. To tylko pozory. Bańka mydlana – bańka złudzeń, pozorów pęka, a wraz z nią serce dziewczyny. Burzliwe rozstanie i osobisty dramat zmuszają Klarę do powrotu do Polski. Czuje, że jej poturbowana dusza tylko tam, pod czujnym okiem babci, znajdzie ukojenie – tylko na Lipowym Wzgórzu…

Niezwykły Dwór na Lipowym Wzgórzu

To miejsce, które łączy wszystkie bohaterki sagi i poszczególne tomy – to tam głównie rozgrywa się akcja powieści. Posiadłość należała do ojca Anieli. Po wojnie trafiła w ręce państwa, ale po latach walki Anieli udało się odzyskać dwór. Stworzyła w nim Akademię Sztuk Anielskich i… przystań. Starsza pani – utalentowana malarka ciesząca się międzynarodową sławą – jest niczym ratownik, lipowy anioł. Miód na serce poturbowanych rozbitków. W tej części koło ratunkowe rzuca starszej wnuczce, Klarze. Muszę przyznać, że uwielbiam czytać fragmenty, które dotyczą tego uroczego miejsca na Podlasiu. Tak jak napisałam we wstępie – tam odpoczywają bohaterowie, a wraz z nimi czytelnik. Dodatkowo Ilona Gołębiewska dba o język, o styl swoich książek. Czytając podlaskie fragmenty, faktycznie przenoszą się w tę część Polski. Widzę piękny ogród i zakamarki dworu, czuję zapach lipy oraz aromaty dochodzące z kuchni Basi, dotykam płótna i pędzli gospodyni… Wchodzę w tę historię wszystkimi zmysłami! Kompletnie zatracam się w świecie wykreowanym przez autorkę.

Czy złamane serce potrafi pokochać jeszcze raz?

Wróćmy jednak do Klary. Zaczekaj na miłość to jej opowieść. Opowieść o zaufaniu, które łatwo stracić, a trudno odbudować; o miłości, która, metaforycznie, potrafi zabić, ale i wskrzesić do życia; i oczywiście – jak to u Horczyńskich bywa – rodzinnych sekretach. Po paryskim, tragicznym w skutkach epizodzie, Klara buduje swoje życie na nowo. Zaczyna od początku – zarówno w sferze zawodowej, jak i osobistej. Rozlicza się z (bolesną) przeszłością i, podobnie jak to bywało w poprzednich tomach, przekonuje się o wartości oraz sile rodzinnych więzów.

„Człowiek nigdy nie dowie się, ile ma w sobie odwagi, dopóki nie odrzuci strachu. Zabija on więcej marzeń niż porażka. A od życia otrzymasz tyle, po ile odważysz się sięgnąć. Nie odkładaj tego na później”.

Tytuł powieści i cytat, od którego rozpoczęłam recenzję, wskazują, że Ilona Gołębiewska proponuje nam książkę o miłości. Zgadza się. Autorka jednak zdaje sobie sprawę z tego, jak delikatna to materia. Cieszę się, że nie ogranicza się tylko do jednego wymiaru tego najpiękniejszego uczucia. Zaczekaj na miłość dotyczy bowiem nie tylko relacji damsko-męskich. Owszem, one są ważne – Lipowe Wzgórze będzie świadkiem ślubu i wesela, a i w życiu Klary pojawi się pewien bogaty przedsiębiorca. Jednak miłość, i w wątkach podlaskich, i tych rozgrywających się w Warszawie czy Białymstoku, ma różne oblicza. Dotyczy relacji między matką a córką, babcią a wnuczką czy więzi rodzeństwa.  Tak jak i w życiu – miłości te tkane są z przeróżnych nici. Jedne trwają, inne się zrywają.

Polubiłam Klarę. Mamy kilka wspólnych cech. Jej historia, historia jej bliskich, przyjaciół, chwilami bawi, chwilami wzrusza do łez. Nie jest bajkowa, idylliczna. To nie kolejna komedia romantyczna z nierealnym zaskoczeniem. To powieść o prawdziwych ludziach. Prawdziwych problemach. Klara popełnia błędy, wskutek czego doświadcza bólu, cierpienia. Poznaje smak porażki zarówno na gruncie zawodowym, jak i prywatnym. Zraniona, przestaje wierzyć w miłość i szczerość drugiego człowieka. Wiarę tę odzyskuje stopniowo – dzięki obecności babci, matki, przyjaciółki czy poznanego przypadkowo Jakuba. Nie skupia się jednak tylko na swoich problemach – aktywnie uczestnicy w życiu pozostałych mieszkańców dworu, angażuje się w przygotowania do wesela. Stopniowo zamyka za sobą drzwi przeszłości i otwiera się na nowe rozdziały życia. Myślę, że w pewien sposób może inspirować młode dziewczyny, które zranione przez poprzednich partnerów znów czekają na miłość.

Miłość jest obecnością, zaufaniem, intymnością, emocjami, uwielbieniem, odwagą, siłą i wiarą w lepsze jutro. Ale żeby szczerze kogoś pokochać, trzeba najpierw wszystko sobie wybaczyć i zamknąć drzwi, za którymi chowa się przeszłość. I okazać zaufanie.

„Zaczekaj na miłość” – czy to koniec sagi?

Należy zaznaczyć, że na końcu książki znajdują się przepisy Basi – gospodyni z Lipowego Wzgórza, a także streszczenia poprzednich powieści Ilony Gołębiewskiej. Zastanawiacie się, czy by poznać losy Klary, musicie wpierw przeczytać poprzednie tomy sagi? Teoretycznie nie – Ilona subtelnie nawiązuje do poprzednich tomów, a rozgrywające się w nich ważne wydarzenia przypomina. Myślę jednak, że aby w pełni poczuć historię Klary, wejść w jej świat, warto przeczytać Podaruj mi jutro i Pozwól mi kochać. Klara to wnuczka i córka bohaterek cyklu. Decyzje Anieli i Sabiny miały często pośredni lub i bezpośredni wpływ na losy dziewczyny, a przeszłość babki i matki, jej relacje, ukształtowały modelkę. Polecam zatem lekturę poprzednich tomów, to będzie mile spędzony czas. Jeśli raz odwiedzicie Lipowe Wzgórze, z pewnością będziecie chcieli tam wrócić. Cieszę się, że i ja będę miała jeszcze jedną okazję – wiosną ukaże się kolejny tom – poświęcony siostrze Klary. Już nie mogę się doczekać spotkania z najmłodszą z Horczyńskich!

„Gra w życie” – sztuka Maxa Frischa w Teatrze Ateneum

Read More
gra w życie plakat

„Gra w życie” – sztuka Maxa Frischa w reżyserii Aleksandra Kaniewskiego

Nie samymi książkami żyje człowiek. Także Drops. Dlatego po tekście o serialu „Stulecie Winnych”, zapraszam Was na kolejny, niezwiązany z literaturą post (w żadnym wypadku nie jest to recenzja!). Pozwólcie, że opowiem Wam o mojej kolejnej miłości – teatrze. Data na publikację wpisu nie jest przypadkowa. Dziś swoje urodziny obchodzi Magdalena Schejbal, moja ulubiona aktorka, która gra w pewnym godnym polecenia spektaklu. Zapraszam na wycieczkę do Teatru Ateneum w Warszawie!

„Gra w życie” toczy się od 2018 r.

Po raz pierwszy na spektaklu „Gra w życie” byłam z Mamą we wrześniu 2018 roku. Ależ to były emocje! Właśnie za nie kocham teatr! Ten ucisk w żołądku po kolejnym dzwonku, szybsze bicie serca, gdy gasną światła, dreszcz przy dźwięku zasuwanej na drzwiach kotary… I wszystko się zaczyna… Teatr przenosi mnie do innego świata. Patrząc na scenę, koncentruję się na kolejnych wydarzeniach – śmiesznych bądź tragicznych. Odpływam. Zanurzam się w rzeczywistości, na którą umówili się reżyser, autor, obsada i… ja. Wszystko bowiem zależy od interpretacji. A ta, w sztuce „Gra w życie”, jest bardzo ważna.

gra w życie schejbal
© Bartek Warzecha

Magdalena Schejbal – nie tylko policjantka Basia

Zacznę od tego, dlaczego wybrałam akurat to przedstawienie. Po pierwsze, Magdalena Schejbal. Basia z mojego ulubionego serialu „Kryminalni”, emitowanego w latach 2004-2008 w TVN. Jak ja to oglądałam… Słowem się w pokoju nie można było odezwać, serio. Prowadziłam też blog z opowiadaniami, który przepadł razem z platformą Onetu. Mordowałam, porywałam, okradałam… Poważnie. To była moja pierwsza przygoda z blogowaniem. Ale ja nie o tym. Ja o Magdzie. Teatr daje niesamowitą możliwość poznania ulubionych aktorów od innej strony. W teatrze nie można powtórzyć sceny. Teatr to uczta na żywo. I praca na żywo. Taka… gra w czyjeś życie na oczach widzów. Wizyty w Ateneum są więc dla mnie szansą na poznanie Magdy jako aktorki. Podkomisarz Storosz kojarzy się większości widzów serialu najpierw z wystraszonym kurczakiem, a później z zakochaną po uszy w Zakościelnym policjantką, do której wzdychał prokurator. To błąd, bo Magda potrafi zdecydowanie więcej i jest, w moim odczuciu, naprawdę dobrą aktorką. Gra całą sobą – mimiką, głosem, spojrzeniem, gestem. A zachwycić w tej sztuce nie jest łatwo. Bo i sztuka nie jest łatwa. Wymaga od widza intelektualnego zaangażowania.

O co toczy się ta gra?

Kürmann chciałby raz jeszcze przeżyć swoje życie, uniknąć popełnionych błędów, a w kluczowych momentach – mając świadomość późniejszych wydarzeń – podjąć zupełnie inne decyzje. Otrzymuje taką możliwość i na naszych oczach rozgrywa się rodzaj improwizowanego spektaklu teatralnego z Kürmannem w roli głównej. Prowadzący/Reżyser – cierpliwie i empatycznie prowadzi swojego bohatera przez meandry jego własnej biografii, wspierając go, pomagając podjąć decyzje i udzielając rad, nierzadko kąśliwych. Tworząc warianty swojego życia, Kürmann posiłkuje się doświadczeniem, inteligencją i moralnością, jednak sytuacja komplikuje się, gdy w grę wchodzą uczucia…

Uczucia, czyli postać Magdy. Uczucia, czyli Antoinette Stein. Kobieta, która po przyjęcia u Kürmanna zostaje dłużej… Na śniadanie. A potem na jeszcze dłużej… Gorący romans, ślub, codzienność i… Żal. Chęć zmiany podjętych decyzji. Cofnięcia czasu. Cofnięcia się do pamiętnej nocy, kiedy zegar z pozytywką wybijał tę samą melodię. Do nocy, kiedy on zamawiał taksówkę, a ona chciała zapalić papierosa. Do nocy, w której Hannes poznał  Antoinette. Kürmann chce cofnąć czas. Chce zagrać w życie od nowa.  

gra w życie damięcki
© Bartek Warzecha

Wiele twarzy Grzegorza Damięckiego, wiele twarzy Hannesa Kürmanna

W życie gra, a właściwie chce grać, Grzegorz Damięcki – to on wciela się w postać Hannesa Kürmanna. To drugi powód, dla którego spędzałyśmy z Mamą pewien sobotni wieczór w Teatrze Ateneum. Obie uwielbiamy Pana Grzegorza i wszystkie jego wcielenia – filmowe, serialowe, teatralne właśnie, a ja dodam do tego jeszcze audiobookowe. Talent, uroda, wdzięk i klasa, której brakuje niektórym aktorom. W Ateneum on tak naprawdę nie gra Hannesa. On nim jest. Cały wchodzi w postać, która się miota. Zmienia, szarpie się ze sobą, unika błędów, ucieka… Ale ucieka przed tym, co nieuniknione. Przed tym, co i tak go dopada. Przed tym, co jest sensem ludzkiego życia.

Wspomniałam wyżej, że spektakl wymaga zaangażowania od widza. Nic go nie rozprasza – scenografia jest surowa: białe ściany na kółkach, kilka rekwizytów. Moim zdaniem zasiadając na widowni przy ulicy Jaracza, patrząc na Hannesa i jego żonę, nie sposób uciec od pewnych refleksji. Nie sposób nie zatrzymać się i zastanowić, czy samemu nie miałoby się ochoty zagrać; z pomocą reżysera, dyskutując z Alter ego (w tej roli Krzysztof Tyniec), próbować zmienić swój los. Podjąć inne decyzje. Hannes próbował kilka razy. Efekt zawsze był ten sam. Ilekroć myślę o tym spektaklu, tym mam poczucie, że on po prostu wybierał miłość. Bez mrugnięcia okiem zmieniał to, co dotyczyło jego kariery czy zdrowia. A miłość, Antoinette Stein, pojawia się w każdej wersji życia. A przecież on tak bardzo tego nie chce… A jednak. Panna Stein jest. Bo przed przeznaczeniem nie da się uciec. Przed miłością nie da się uciec, bo to ona jest powołaniem człowieka. Owszem, ma różne twarze, ale w przypadku Kürmanna ewidentnie miała twarz Antoinette.

Gra w życie toczy się w Teatrze Ateneum

Gorąco polecam Wam spektakl „Gra w życie” w Teatrze Ateneum. To gwarancja duchowej uczty, refleksji, obcowania z utalentowanymi ludźmi. To przedstawienie zapada w pamięć. Wkracza w rzeczywistość widza. Zaprasza do gry z własnymi wspomnieniami. Skłania do rachunku sumienia. Hannes Kürmann wybierał miłość. Wy wybierzcie sztukę. To nie będzie łatwa rozrywka. Ale czy życie jest łatwe…?

Nieraz myślę: a gdyby tak zacząć życie na nowo? I to z całością świadomością? Gdyby jedno życie można było przeżyć, jak to mówią, na brudno, a drugie na czysto? Sądzę, że wtedy każdy z nas starałby się nie powtarzać, przynajmniej stworzyłby sobie inne warunki, urządziłby taki dom z kwiatami, z mnóstwem światła… – „Trzy siostry”, A. Czechow

Informacje o spektaklu: https://teatrateneum.pl/?p=24945.
Zdjęcia Bartka Warzechy, plakat oraz opis zostały pobrane ze strony Teatru Ateneum.

„Poranki o zapachu kawy” – Malwina Ferenz (#MamaDropsaCzyta)

Read More
poranki o zapachu kawy

Malwina Ferenz, Poranki o zapachu kawy, Wydawnictwo Czwarta Strona 2020.
Cykl: Neon Cafe
#MamaDropsaCzyta

Świat na dobrą sprawę jest jedną wielką opowieścią. Jeśli otworzymy umysł, otworzymy szerzej oczy i spojrzymy na drugiego człowieka, zaczną się dziać rzeczy wielkie”.

Malwina Ferenz zaprosiła mnie już po raz trzeci na spacer zimowy po Wrocławiu, tworząc iście baśniową scenerię dzięki starym gazowym latarniom rzucającym słabe światło i zapalonym przez latarnika. Tym razem „Neon Cafe” mrugał zachęcająco na tyłach renesansowego budynku uczelni teologicznej. Dodatkowo do wejścia zapraszała ulubiona muzyka a barman znowu częstował klientów tym, czego najbardziej potrzebowali w danej chwili. Kawiarnię odwiedziło pięciu mężczyzn. Ich uwagę od razu zwracał kominek, z którego ciepło stworzyło niezwykłą aurę sprzyjającą zwierzeniom, opowieściom. Pana Zbigniewa, filologa pracującego na uczelni, przyprowadziła muzyka jazzowa. Barman zaskoczył go sporym kawałkiem sernika z polewą czekoladową oraz filiżanką kawy jak dawniej w pewnej restauracji. Mężczyzna potrzebował bowiem powrotu do przeszłości, do której wciąż jeszcze nie zamknął drzwi. A przecież wspomnienia trzeba wypuścić… Starszy pan opowiedział miłosną historię znajomości ze Stellą Weiss. Ból fantomowy po utraconej miłości trwał ponad 28 lat. Jako drugi zwabiony przez uwielbiany w czasach młodości stary, dobry polski rock, pojawił się dyspozytor zajezdni, nieszczęśliwy człowiek, którego „proza życia trzymała na krótkim, grubym łańcuchu, pozwalając jedynie na niewielkie zmiany”. Tadeusz miał ochotę na flaczki, bo najbardziej smakowały mu te domowe, ugotowane przez żonę. Dlaczego życie bohatera było tak beznadziejne? Jakie okoliczności pomogły mu uświadomić, że stało się to na jego własne życzenie? Napis na chodniku „dzień dobry” dokonał przełomu w jego życiu. Ale szczegóły w książce. Waldemar Pomazaniec, policjant, był zmuszony pójść na spacer w kierunku pięknie oświetlonej katedry na Ostrów Tumski. Usłyszany dźwięk ulubionego klarnetu i piosenka Młynarskiego zaprowadziły go do kawiarni, która od razu wydawała mu się przytulnym miejscem emanującym dobrą atmosferą. Barman, jak zwykle czytający w potrzebach klienta, uraczył go hamburgerem z dużą ilością sosu i colą – ulubioną przekąską na służbie. Stróż prawa został okrzyknięty przez kolegów specjalistą od miłosnych popaprańców, młodych zakochanych i problematycznych na zakręcie życia. Żona uznawała to za dar, misję od Boga. Jak to zrozumieć, skoro był ateistą? Kto stał za tym wszystkim? Kolejny gość, Arkadiusz Nowak, alkoholik i hazardzista, który jako bohater dnia na budowie szukał dobrego piwa, znalazł się na Ostrowie Tumskim. Wydawało mu się, że zobaczył swojego przyjaciela, psa Pokera. Był przekonany, że to on i piosenka ulubionego zespołu Bayer Full zaprowadzili go do kawiarni. Przy kuflu dobrego piwa opowiedział swoją historię o problemach z alkoholem, z pracą, o zgubnym pokerze i… zagubionym Pokerze, jedynym przyjacielu. Marzył, żeby go odnaleźć. Sylas Antonów, student logistyki w handlu i usługach na UE, pozytywnie nastawiony do świata i do ludzi młody człowiek, pracował przy myciu szklanych elewacji wieżowców. Podczas spaceru usłyszał muzykę Bacha, z której wyczytał tęsknotę za drugim człowiekiem. Poszedł za dźwiękiem i stanął zdumiony przed Neon Cafe. Barman znowu spełnił i jego życzenie, stawiając przed nim tykwę z ulubioną yerba matą.  Okazała się być idealną. Jego opowieść o obserwowaniu ludzi podczas pracy na wysokościach, historia dziewczyny, która mu się spodobała czy epizod z gołębiami, którym przepłoszył matkę  szczególnie mnie poruszyły. I jego hobby! Czy Sylas zdobędzie się na akt odwagi i przejdzie przez szybę? Barman uświadomił mu, że „ wszystko, co w życiu mamy to więzi. Wyłącznie więzi! (…)Bliskość. Cała reszta nie ma znaczenia. Wszystko, co możemy sobie dać, to bliskość”. Czy zatem nawiąże kontakt z dziewczyną?

Wrocław – bohater powieści

Bohaterem powieści jest też i Wrocław, tak poetycko opisany. Pisarka wykreowała bardzo ciekawe i autentyczne postacie, zastosowała indywidualizację języka. Wydawało mi się znowu, że usiadłam przy stoliku i wsłuchiwałam się w te opowieści, aby zmotywowały i mnie do refleksji na swoim życiem. Bohaterowie uchylili przed barmanem drzwi do własnej duszy. Czy to spowoduje, że ich życie się zmieni? Nie zdradzę, co się zadzieje w życiu bohaterów. Zaintrygowała mnie postać tajemniczego barmana, profesjonalnego kusiciela. Kim on jest tak naprawdę? Zapraszam do sięgnięcia po książkę.

Poranki o zapachu kawy smakują wybornie

Czytanie tej powieści to także uczta językowa. Bardzo polubiłam język i styl pisarki. Książka jest tak naprawdę antologią, składa się bowiem z kilku opowiadań o dość burzliwym życiu bohaterów, w tym i Wrocławia. Wywołuje pełno emocji radość, złość, śmiech, łzy, wzruszenie, tęsknotę za miłością, za przyjaźnią, za szczęściem, za odmianą życia na lepsze. Tajemniczy barman przekazuje nam dużo cennych myśli, drogowskazów życiowych. Celebrujmy życie, cieszmy się każdą chwilą, rozliczmy się i nie wracajmy do przeszłości. Nie pozwólmy, żeby przepłynęło nam przez palce. Bardzo ważne są więzi międzyludzkie, rodzinne, wszak „wszystko, co możemy sobie dać to bliskość”.

Wszyscy składamy się z opowieści. Jesteśmy mozaiką różnych historii. Nosimy je w sobie, one wpływają na nasze decyzje, kierują życiem. Nie wydawało się czasem panu, że przypadki tak naprawdę nie istnieją? Ze wszystko się ze sobą jakoś wiąże.

Bardzo dziękuję Pisarce za wspaniałą , mądrą, magiczną książkę o życiu i jego całej palecie barw.

„Hashtag” – Remigiusz Mróz (#mroźnystyczeńzRemigiuszem)

Read More
hashtag

Remigiusz Mróz, Hashtag, Wydawnictwo Czwarta Strona 2018.
W serwisie Audioteka powieść czytają Agnieszka Więdłocha i Szymon Bobrowski

Co mają wspólnego Żelazny z serii o Chyłce i Strach, bohater jednej z niewielu powieści, do której Remigiusz Mróz nie napisał kontynuacji (wybaczcie ironię, ale wciąż pamiętam o Trawersie i Behawioryście 😉)? Audiobook w serwisie Audioteka. Szymon Bobrowski, wcielający się w postać współwłaściciela kancelarii w serialu Chyłka. Zaginięcie, czyta fragmenty powieści Hashtag. Towarzyszy mu moja ulubiona Agnieszka Więdłocha. Jesteście ciekawi, co sądzę o tym ponad jedenastogodzinnym nagraniu i dlaczego wybrałam właśnie ten tytuł? Zapraszam do lektury recenzji!

Jedna przesyłka zmieniła jej życie…
„Twoja paczka już na ciebie czeka!” – brzmiała wiadomość, która wydawała się zwykłą pomyłką. Tesa nie spodziewała się żadnej przesyłki, niczego nie zamawiała w sieci – a nawet gdyby to zrobiła, z pewnością nie wybrałaby dostawy do paczkomatu. Jeśli nie musiała, nie wychodziła z domu. Postanowiła jednak sprawdzić tajemniczą przesyłkę – i okazało się to największym błędem, jaki kiedykolwiek popełniła. Wpadła bowiem w spiralę zdarzeń, która miała zupełnie odmienić jej życie… Gdy Tesa na nowo odkrywa swoją przeszłość, przez media społecznościowe przetacza się nowy trend. Kolejni internauci zamieszczają wpisy z hashtagiem #apsyda. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że osoby te od lat uznawane były za zaginione…

Specjalnie wkleiłam Wam opis książki ze strony Wydawcy, ponieważ boję się, że mogłabym poczęstować Was spojlerem, a w przypadku lektury thrillera to przecież zbrodnia nie mniejsza od tych, które popełniają bohaterowie. Hashtag ciężko opowiedzieć, nie zdradzając szczegółów. Wszystko ze względu na narrację, podział na rozdziały – właściwie podział na role.

Agnieszka Więdłocha jako Tesa

Jeżeli śledzicie moje social media lub czytaliście poprzednie recenzje, wiecie, że Agnieszka Więdłocha zachwyciła mnie w audiobooku Kiedyś się odnajdziemy. Jej interpretacja powieści Gabrieli Gargaś na zawsze pozostanie w moim sercu. W Hashtagu czyta rozdziały, w których narratorką jest Tesa, główna bohaterka. Zagubiona, wycofana kobieta o trudnej przeszłości i skomplikowanej teraźniejszości. Bez swojej wiedzy, bez zgody zostaje wplątana w intrygę zaprojektowaną przez Architekta. Porwania, śmierć, tajemnicze przesyłki… A wszystko łączy jeden hashtag. Więdłocha świetnie oddała uczucia i emocje targające Tesą – niepewność, zagubienie i… strach.

Szymon Bobrowski jako Strach

Szymon Bobrowski, czyli Żelazny, serialowy szef Joanny Chyłki, współwłaściciel kancelarii, wciela się w Stracha, a konkretnie Krystiana Strachowskiego. To (były) pracownik naukowy Akademii Leona Koźmińskiego. Obiekt westchnień Tesy z lat studenckich. Rozdziały czytane przez aktora różnią od tych interpretowanych przez Agnieszkę typem narracji. W tych fragmentach narracja jest prowadzona w trzeciej osobie. Niby z perspektywy Stracha, ale… nie do końca. Szczerze mówiąc, początkowo zarzucałam w duchu Bobrowskiemu powściągliwość w interpretacji treści. Z każdym kolejnym wydarzeniem, nową poszlaką w śledztwie zaczynałam rozumieć i doceniać jego wcielenie.

#mroźnystyczeńzRemigiuszem

To nie przypadek, że na słuchanie Hashtagu zdecydowałam się właśnie teraz. Styczeń bowiem był w moich social mediach miesiącem poświęconym twórczości Remigiusza Mroza. Muszę przyznać, że mam sporo tyłów. Dzięki Audiotece nadrobiłam jedną z zaległości.

Hashtag – #emocjedosamegokońca

Akcja powieści rozgrywa się etapami – całość jest bowiem podzielona nie tylko na rozdziały, ale i na części. Początkowo fabuła toczy się spokojnym rytmem (o ile można mówić o spokoju w przypadku thrillera), jednak z biegiem wydarzeń przyspiesza. A ciekawość rośnie. Ze strony na stronę. Bo nic nie jest takim, jakim się wydaje… Niczego nie można być pewnym. Dzięki głosowi Agnieszki i jej talentowi do przekazywania emocji, a także ścieżce dźwiękowej, czytelnikowi udziela się niepokój Tesy. I strach. A może… Strach?

Posłuchaj darmowych 60 minut!

http://fn.audioteka.com/p/dropsksiazkowy/pl/audiobook/hashtag

„Stulecie Winnych” – serial na podstawie bestsellerowej trylogii

Read More
stulecie winnych

Nie, nie zostałam recenzentką seriali. Tego wpisu nawet nie śmiem nazwać recenzją. Nie jestem filmoznawcą, a moje związki z serialami ograniczają się do regularnego oglądania wybranych tytułów, obserwowania grających w nich aktorów na Instagramie i statystowania. Tyle. Ale dziś, czytając wyczekiwaną przeze mnie wiadomość o premierze II sezonu serialu Stulecie Winnych, pomyślałam, że podzielę się z Wami refleksją o tym tytule. W końcu nie samymi książkami żyje człowiek. Chociaż… Gdyby nie książki, tego serialu by nie było.

„Stulecie Winnych” to wspaniała opowieść o sile rodziny, o miłości i oddaniu. – Kinga Preis

Stulecie Winnych trylogia Ałbeny Grabowskiej

Najpierw były książki: „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli”, „Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli” i „Stulecie Winnych. Ci, którzy wierzyli”. Trylogia, którą moja Mama dosłownie pochłonęła. Zachęcała mnie do sięgnięcia po trzy tomy przed oddaniem ich do biblioteki, ale… Właściwie nie pamiętam, dlaczego odmówiłam. Autorką książek jest Ałbena Grabowska. Ma bułgarskie korzenie, stąd jej wyjątkowe imię. Z wykształcenia jest lekarzem, konkretnie neurologiem. Może to dziwnie zabrzmi, ale czuć to w Jej powieściach. Czuć, że wgłębia się w ludzki umysł. Odsłania – przed czytelnikami, przed innymi postaciami – umysł bohatera. Jego jasne i ciemne strony. Wnika w zakamarki. Niemal dosłownie wchodzi do głowy. Wyciąga to, co nieodkryte. Widać to też świetnie w serialu, chociażby przez wizje i przeczucia Ani.

stulecie-winnych-okładka-filmowa

Ci, którzy podbili serca Polaków

Trylogia, i kilka lat temu (została wydana w 2015 roku), i dzięki sukcesowi serialu, podbiła serca czytelników. Kryje w sobie uniwersalne – dla każdej dekady – wartości. Jest ponadczasowa i… nieprzewidywalna, tak jak człowiek. Tak jak jego umysł i wybory.  Opowiada o losach kilku pokoleń rodziny Winnych. Bohaterów poznajemy w przededniu wybuchu I wojny światowej. To dni trudne i dla postaci, i dla kraju. Dni przełomowe, na zawsze zmieniający dotychczasowy porządek. Przy porodzie umiera mama bliźniczek, ukochana żona Stanisława Winnego. Ostatnie wydarzenia w III tom rozgrywają się zaś w czasach współczesnych. Mamy więc do czynienia z wielopokoleniową, wielowątkową historią. Historią, którą spajają więzy krwi oraz miłość – do człowieka i ojczyzny.

Stulecie Winnych – serial Telewizji Polskiej

rodzinne-telemagazyn

Pierwszy sezon serialu Stulecie Winnych emitowano na antenie Jedynki od 3 marca do 26 maja 2019 roku. Telewizyjna adaptacja skupia się w tej części na wydarzeniach opisanych w I tomie trylogii. Śmierć Kasi, wybuch I wojny światowej, odzyskanie niepodległości, dorastanie bliźniaczek… Na pierwszy plan wysuwają się miłość, poświęcenie, (skomplikowane) więzy rodzinne i… zdrada. Wątki rodu Winnych rozgrywają się na tle burzliwych wydarzeń historycznych. Losy postaci fikcyjnych mieszają się z losami postaci faktycznie żyjących w Polsce i jej terenach na początku XX wieku. Poznajemy osoby związane ze światem polityki, przemian czy literatury. Mieszanka ta jest jednak naturalna. Oglądając produkcję, nie ma się wrażenia, że scena, w której występują bohaterowie wymyśleni na potrzeby książki czy serialu i bohaterowie, o których uczymy się na lekcjach w szkole, została sztucznie wykreowana. Wręcz przeciwnie – sytuacje te wydają się niezwykle prawdopodobne. Przykład? Ania jest uczennicą Janusza Korczaka i korepetytorką córek Iwaszkiewicza. Należy zaznaczyć, że twórcy zadbali nie tylko o spójność w scenariuszu, ale i o atrakcyjne oraz ciekawe dla widza miejsca akcji. Najbardziej podobało mi się, jak przedstawiono Brwinów – rodzinną miejscowość Winnych. Co ciekawe, serial kręcono m.in. w willi Iwaszkiewiczów w Stawisku, skansenach w Sierpcu i Radomiu oraz w pałacu w Natolinie. Zadbano o najdrobniejszy szczegół – wygląd wnętrz, rekwizyty. Na pochwałę zasługują także specjaliści od kostiumów – Stulecie Winnych to lekcja stylu początku XX wieku – zarówno w wyższych sferach, jak i wśród ludności zamieszkującej tereny wiejskie.

Ci, którzy dorastają na naszych oczach

Wielkim atutem serialu jest pokazanie na przestrzeni odcinków dorastania bliźniaczek – Ani i Mani, które zostały osierocone przez matkę przy porodzie. W pierwszych epizodach poznajemy niemowlęta, w ostatnim odcinku widzimy młode kobiety. Siostry są grane przez kilka aktorek (Weronika Humaj i Karolina Bacia pojawiają się w 6. odcinku). Zmieniają się także aktorzy wcielający się w role ich kuzynów

Ci, którzy są niezmienni

Kinga Preis. I tu mogłabym postawić kropkę. Bo to, co ta aktorka robi na ekranie, to prawdziwe mistrzostwo. Gra całą sobą. Słowem, gestem, spojrzeniem. Źle napisałam. Ona nie gra. Ona jest Bronią – żoną, matką i babką. Głową rodziny, spoiwem rodu. Dzięki fenomenalnej pracy osób odpowiedzialnych za charakteryzację starzeje się w miarę upływającego czasu. Siwieje, marszczy. To prawdziwa uczta patrzeć na sceny z jej udziałem. Nie patrzy się na Kingę. Patrzy się na Bronię. Chociażby dla tej aktorki, dla tego wcielenia, dla przemiany powinniście zobaczyć kilka odcinków.

Ci, którzy kreują wyjątkowe postaci

Dziewczynki – tak o Weronice Humaj i Karoliny Baci, które wcielają się w najstarsze w pierwszym sezonie bliźniaczki, mówi się także poza ujęciami. Na Warszawskich Targach Książki w maju zeszłego roku Ałbena Grabowska opowiedziała mi anegdotkę zza serialowych kulis. Autorka oraz aktorzy mieli się spotkać podczas nagrywania pewnego programu. Wchodząc do garderoby, Arkadiusz Janiczek (serialowy Władysław Winny) zapytał autorki trylogii, czy na nagraniu będą też dziewczynki. Nie jest tajemnicą, że duet Bacia-Humaj pokochałam z całego serca. Cieszę się, że w II sezonie nie zmieniono aktorek i przez kolejne tygodnie będę mogła podziwiać panie na ekranie. Widać, że dziewczyny lubią się prywatnie. Grają całkiem różne, a zarazem uzupełniające się postaci. Ich bohaterki są bliźniaczkami, stąd niezwykła więź, którą widać na ekranie i czuć, siedząc na wygodnej kanapie. W relacji sióstr, w kreacji młodych aktorek, nie ma krzty fałszu czy sztuczności. Są prawdziwe emocji. Miłość, zdrada, trudne wybory.

Ci, do których mam sentyment

weronika humaj

Weronikę Humaj poznałam kilka lat temu na planie serialu Czas honoru. Powstanie i miałam okazję statystować w scenie z jej udziałem. Jej bohaterka, Irena, pojawiła się w mojej pracy magisterskiej. W rozprawie opisałam także postać powstańca Adama, którego zagrał Stefan Pawłowski. Aktor pojawi się w II sezonie Stulecia Winnych. Bardzo się cieszę i nie mogę się doczekać wspólnych scen Weroniki i Stefana.

stefan pawłowski

Stefan kojarzy mi się nie tylko z Czasem honoru, ale i z O mnie się nie martw. Co ciekawe, w kilku ostatnich sezonach zagrała także Karolina Bacia, czyli bliźniaczka Mania. Jej bohaterkę i mecenasa Kaszubę, czyli postać Pawłowskiego, połączyło uczucie. Świat polskich seriali jest mały, ale dzięki temu widz ma okazję podziwiać talent aktorów. Wymienione przeze mnie seriale i postaci są kompletnie różne, a wszystkie świetnie zagrane. To dowód na talent tych młodych ludzi. To dowód na to, że przed nimi szansą na karierę – nie ściankową, nie okładkową. W kinie, na szklanym ekranie czy na deskach teatru. Weroniko, Karolino, Stefanie – życzę Wam tego z całego serca!

Ci, których gorąco polecam

Jak ja się rozpisałam! Ale lubię seriale, musicie mi wybaczyć. Podsumowując, dlaczego polecam Stulecie Winnych? Po pierwsze, ze względu na wspaniałe kreacje aktorskie Kingi Preis, Jana Wieczorkowskiego, Kasi Wajdy, Weroniki Humaj, Karoliny Baci, Adama Ferencego… Mogłabym wymienić właściwie wszystkich z obsady. Dziękuję twórcom za piękne plenery i wnętrza, które oddają duch poprzedniego stulecia. Za troskę o każdy szczegół – w charakteryzacji, kostiumach czy scenografii. Za szacunek do widza. Wreszcie – za historię. Za wielopokoleniową rodzinę. Za jej siłę. Za miłość i szacunek, które widać na ekranie. Za skomplikowane losy. Za płynącą z odbiornika magię, która przejawia się nie tylko w widzeniach Ani. Po prostu – dziękuję za Winnych. Oglądanie tego serialu to prawdziwa uczta – zarówno dla miłośników produkcji obyczajowych, jak i klasycznych. Oglądanie tego serialu, to dowód na to, że polski serial ma się dobrze. Nawet bardzo dobrze! Gdy dochodziła godzina 20 w niedzielne wieczory, siadałam przed telewizorem i moje drzwi były zamknięte dla wszystkich. Czułam, jak twórcy – reżyser scenarzyści, aktorzy – biorą mnie za rękę. Zabierają do Brwinowa, do Warszawy. Do Polski pod zaborami, do Polski ogarniętej wojenną zawieruchą. Ze łzami w oczach, z uśmiechem, z gęsią skórką… Na godzinę trafiałam do innego świata. Cieszę się, że tam wrócę. Premiera II sezonu serialu Stulecie Winnych już 8 marca. To piękny prezent na Dzień Kobiet. Już nie mogę się doczekać! A Was, jeśli jeszcze nie znacie tego serialu, gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości. Można go obejrzeć na platformie VOD za darmo. Spędzicie z Winnymi jeden z zimowych (przynajmniej kalendarzowo) weekendów. Nie pożałujecie.

stulecie winnych drugi sezon

Źródła zdjęć:

  1. Zdjęcie w miniaturce: www.swiatseriali.interia.pl
  2. Zdjęcie książki Ałbeny Grabowskiej: www.empik.com  
  3. Zdjęcie rodzinne: www.telemagazyn.pl
  4. Zdjęcie Weroniki i Stefana: www.wirtualnemedia.pl
  5. Zdjęcie zapowiadające nowy sezon: www.facebook.pl/stuleciewinnychtvp

Pozostałe zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Dropsa Książkowego

„Światło w środku nocy” – Jojo Moyes (recenzja przedpremierowa!)

Read More
światło w środku nocy

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Wydawnictwo Znak 2020.

My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice.

Ten cytat to najlepsze podsumowanie tej książki. Właściwie tylko ono powinno się znaleźć w recenzji. Bo o tym jest ta powieść. To nie kolejna pozycja o miłości, która wyciska łzy. Tak, miłość jest ważna. Ale Światło w środku nocy to historia kobiet. Odważnych i niepokornych. Kobiet, które łamią tabu. Burzą mury. Przekraczają granice. Mimo przeciwności. Mimo wrogów. W świecie zakazów wybierają wolność. W środku nocy stają się światłem. Dla siebie, dla innych, dla kolejnych pokoleń.

Alice czuje się jak wybrakowana wersja samej siebie. Szybki ślub z przystojnym Amerykaninem okazuje się pomyłką. W domu rządzi teść, który książki inne niż Biblia uznaje za stratę czasu. Na dodatek plotkuje o niej całe Baileyville, tylko dlatego że przybyła z dalekiej i równie nudnej Anglii.bOtwarcie konnej biblioteki prowadzonej przez kobiety burzy spokój miasteczka. Na jej czele staje Margery, która brzydzi się hipokryzją i, o zgrozo, ma własne zdanie na każdy temat. Alice rusza na dzikie górskie szlaki z lekturami wzbudzającymi kontrowersje. Oliwy do ognia dolewa fakt, iż wśród kobiet zaczyna krążyć zakazana książeczka, która – jak twierdzą niektórzy – mąci im w głowach i budzi grzeszne myśli… Choć od Margery różni ją prawie wszystko, Alice odważy się iść za głosem wolności w świecie pełnym zakazów. A dzięki przyjaźni z Fredem zrozumie, że nigdy wcześniej naprawdę nie kochała.

Konne biblioteki, czyli WPA w Stanach Zjednoczonych

Szczerze mówiąc, to dzięki tej powieści dowiedziałam się, że na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych działały konne biblioteki. W latach 1935-1943 realizowano program WPA, który w szczytowym momencie dostarczał książki ponad stu tysiącom czytelników na obszarach wiejskich.

Miłość niejedno ma imię

Przyzwyczailiśmy się, że wątkiem miłosnym, który dominuje w powieściach obyczajowych, jest ten skupiony wokół relacji kobiety i mężczyzny. Przyznam, że moje dotychczasowe literackie spotkania z Jojo Moyes ograniczyły się do serii o Lou, którą możecie znać z bestsellerowego Zanim się pojawiłeś. Lektura Światła w środku nocy zmieniła moje zdanie o twórczości Autorki. W jutrzejszej premierze udowadnia bowiem, że miłość niejedno ma imię. Może bowiem nie tylko dotyczyć relacji międzyludzkich, ale i… książek, co my, książkoholicy, rozumiemy doskonale. To właśnie miłość do literatury, chęć szerzenia jej we wszystkich warstwach społecznych – niezależnie od płci i wykształcenia, przyczyniła się do powstania konnej biblioteki. Alice i jej przyjaciółki to prawdziwe pasjonatki. Choć angażują się w działalność z różnych przyczyn, łączy je fakt, że dostarczanie książek pod dany adres traktują jako misję. Przełamują niechęć sceptyków. Niechęć do książek i do siebie. Europejka, niepełnosprawna, czarnoskóra, singielka, przeciwniczka małżeństwa – wszystkie mają ważną rolę do odegrania – w swoim regionie, w bibliotece i wzajemnie w swoim życiu. Bohaterki łączy bowiem prawdziwa przyjaźń, która, dosłownie, przetrwa nawet największy potop. I deszczu, i ludzkich oskarżeń oraz obelg. Ta przyjaźń potrafi przenosić góry. A na pewno, co pokazuje niejeden rozdział powieści, dosłownie je pokonywać.

W „Świetle w środku nocy” siła jest kobietą

Motto miesięcznika „Pani” idealnie pasuje do bohaterek powieści. Walka o równe prawa kobiet w zakresie edukacji i funkcjonowania na rynku pracy, walka o dostęp czarnoskórych do pełni swobód obywatelskich, dyskusja o znaczeniu seksu dla związku i płynącej z niego przyjemności… Jak zaznaczyłam we wstępie, bibliotekarki łamią niejedno tabu i burzą wiele murów. Wyrzucane drzwiami, wchodzą oknem, a nawet kominem. Nie boją się mówić głośno tego, co czują. Nie boją się walczyć o swoją godność – nawet pod groźbą więzienia czy społecznego ostracyzmu. Dziś trudno nam uwierzyć, że jeszcze sto lat temu nie wszystkie kobiety mogły się kształcić czy głosować, a te o innym niż biały kolorze skóry były niesprawiedliwie traktowane. W świecie, w którym kobiety walczą o urząd prezydenta, robią kariery w biznesie czy są profesorami wyższych uczelni, ciężko to sobie wyobrazić. Jestem wdzięczna Jojo Moyes, że zabiera czytelniczki w trudną, lecz potrzebną kobiecą podróż.

Małżeński trójkąt i inne miłosne „szaleństwa”

Angielka i Amerykanin. Teoretycznie to małżeństwo miało prawo się udać. Ale tylko w teorii. W związku Alice i Bennetta zabrakło bowiem czułości, szczerości i przede wszystkim miłości oraz swobody. Z wtrącającym się w życie młodych małżonków teściem – wpływowym miejscowym przedsiębiorcą, trudno budować silną relację. Mieszkanie ze wścibskim, przemądrzałym i władczym mężczyzną to niejedyny problem Alice. W małżeństwie brakuje nie tylko „porozumienia dusz”, ale i bliskości fizycznej. Do tego tanga potrzeba dwojga. Niezrozumiały opór męża, odciska piętno na kobiecości Alice. A książka, która ma im pomóc, okazuje się gwoździem to małżeńskiej trumny… Chociaż… Może tak naprawdę okazała się bramą, która pozwoliła Angielce opuścić zimny, pusty dom…?

Światło w środku nocy lśni mocnym blaskiem

Światło w środku nocy to wyjątkowa powieść. Wielowątkowość; łamanie XX-wiecznego tabu związanego z seksualnością, niepełnosprawnością, kolorem skóry – ogólnie rzecz pisząc – prawami kobiet; przybliżanie historii konnych bibliotek… Jojo Moyes losy niepokornych jak na tamte czasy dam ubiera w piękne zdania i dialogi, które zapadają w pamięć. Wielkie ukłony dla tłumaczki, Anny Gralak. Czytając książkę, miałam wrażenie, że każde słowo jest dopieszczone, każdy, nawet najkrótszy wyraz, ma znaczenie. Delektowałam się kolejnymi rozdziałami, chłonąc tę historię. Warto dodać, że poszczególne części rozpoczyna cytat – z prasy lub książki (m.in. Małych kobietek, o których, za sprawą filmu, znów jest głośno).

Gorąco polecam powieść Jojo Moyes. Jej górski, książkowy i kobiecy świat pochłonie Was bez reszty, a światło płynące z kart tej książki rozświetli Waszą codzienność.