„Kresowe nadzieje” – Beata Agopsowicz (patronat Mamy Dropsa)

Read More
kresowe nadzieje 3d

Beata Agopsowicz, Kresowe nadzieje, Wydawnictwo Replika 2023.
Patronat medialny Mamy Dropsa

Beata Agopsowicz zachwyciła mnie powieścią „Kresowa miłość”,  która zrodziła się z fascynacji Kresami, pasji starymi fotografiami, słuchania rodzinnych opowieści, poszukiwań i odkryć genealogicznych męża Autorki, który ma ormiańskie korzenie. To była niezapomniana literacka podróż w czasie przez Kresy – Kuty, Stanisławów, następnie Lwów, Krosno i jego urokliwe okolice.

Z radością przyjęłam propozycję opieki medialnej nad kolejną powieścią Pisarki „Kresowe nadzieje”, dzięki której mogłam się przenieść w czasie do dwudziestolecia międzywojennego. Okres ten w naszych dziejach pokochały dzieci Autorki. Beata Agopsowicz i w tej powieści zafundowała czytelnikom emocjonalną i poruszającą serce podróż literacką. Razem z bohaterami dzięki pamiętnikowi Hanny Donigiewicz, młodej Ormianki możemy się przenieść w czasie do Lwowa, Truskawca, Kut i innych miejsc. Lektura pamiętnika dla jej prawnuczki Agnieszki, pasjonatki i studentki historii była doskonałym sposobem na oderwanie się od szarej rzeczywistości w dawne dzieje, barwne i bogate, przynajmniej w latach trzydziestych ub. wieku. Razem z Hanią odwiedzamy Państwowe Gimnazjum Realne Żeńskie im. Królowej Jadwigi, poznajemy środowisko uczniowskie, ukochanego profesora Rzewuskiego, który zawsze powtarzał, że „lektura jest oknem na świat”. Spacerujemy po wiosennym pięknym mieście z Hanią, jej koleżankami, uczestniczymy w pierwszych randkach, gdy trafiła je strzała Amora. Lato Hania z rodziną spędzała w Truskawcu, znanym kurorcie. Ważnym momentem w życiu Hani był jej pierwszy bal. Rodzice wprowadzili córkę w towarzystwo, nastał więc czas na podboje sercowe. I tam znalazła swojego przyszłego męża Jana, prawdziwego Ormianina, starszego siedem lat od niej. W 1935 roku Hanna wyszła za mąż za Jana Amirowicza. Ojciec Jana pochodził z Kut nad Czeremoszem, więc małżonkowie odwiedzili to piękne uzdrowisko w ramach podróży poślubnej. Czas spędzony w stolicy Ormian polskich pozostał na zawsze w sercu Hani. We Lwowie obserwujemy ich życie rodzinne – radości i smutki, bolączki, tęsknoty za dzieckiem, marzenia, plany na szczęśliwą przyszłość. Wizja wojny wisiała w powietrzu, powszechna mobilizacja objęła i Jana. Mąż Hani zginął we wrześniu 1939 roku, nie doczekawszy się narodzin syna Bogusia. Hania wraz z mamą wyjechały ze Lwowa do rodziny w Powsinie. Miała świadomość, że już nigdy nie będzie żyć jak dawniej. Postanowiła mimo wszystko otrząsnąć się z przeżyć wojennych, by zapewnić synowi szczęśliwe dzieciństwo i przyszłość. Tak to już w życiu jest: chwile szczęśliwe przeplatały się z nieszczęściem, smutek z radością, problemy z chwilami beztroski… Do końca życia pozostała samotna, wspominając ukochanego Jana. Jak dobrze, że pozostawiła po sobie pamiętnik, który w życiu jej prawnuczki odegrał ogromną rolę.

Agnieszkę poznajemy w 2010 roku jako licealistkę, która miała ogromne szczęście tuż na początku nauki spotkać Mariusza, prawdziwą i wielką miłość. Dziewczynę łączą wspaniałe relacje z dziadkiem, który podarował jej pamiętnik swojej mamy Hani. W pewnym sensie losy prababci Hani i Agnieszki mają wiele wspólnego. I jedna, i druga bohaterka straciła w tak młodym wieku ukochaną osobę. Dziewczyna nie mogła się z tych przeżyć otrząsnąć, czuła się ogromnie samotna, nieszczęśliwa i wciąż żyła wspomnieniami.

Zacznij żyć! – tak mówił dziadek. Zresztą cała rozmowa z nim uświadomiła jej na nowo kruchość ludzkiego istnienia. Była przekonana, że nie warto tracić już ani chwili. Na razie nie widziała przed sobą żadnych perspektyw. Dalej była sama. Tylko ta samotność teraz jej bardziej ciążyła, bo ona chciała się jej pozbyć. Była gotowa otworzyć się na nowe, ale to nowe nie przychodziło.

Z drugiej strony tęskniła za miłością. Pragnęła, by ktoś obok niej był i zapewnił jej poczucie bezpieczeństwa. Czy spotka na swojej drodze właściwego człowieka? Tak bardzo chciała zacząć żyć i otworzyć się na nową miłość, oderwać się wreszcie od przeszłości. Czy wreszcie posłucha dobrych rad ukochanego dziadka?  Czy pomoże jej w tym pamiętnik prababci?

Z Agnieszką spacerujemy wiosną i latem po pięknej Warszawie. Agnieszka, miłośniczka historii lubiła szczególnie snuć się po Starym Mieście. Ogromną rolę w jej życiu odgrywała wiara, wierzyła w moc modlitwy. Często wstępowała do bazyliki archikatedralnej świętego Jana Chrzciciela, czuła podniosłą atmosferę tego miejsca- świadka wielu ważnych wydarzeń historycznych. Rozmowa z Bogiem przynosiła ukojenie.

W powieści Autorka poruszyła problem relacji w małżeństwie. Poznajemy bowiem dalsze losy Dagmary i Adama, bohaterów poznanych w „Kresowej miłości”. Pojawienie się córeczki w ich życiu, zmęczenie, pospiech, nagromadzenie obowiązków powrót bohaterki do pracy, sprawiły, że do małżeństwa zakradł się kryzys. Brakowało im czasu, chęci na rozmowy. Niedopowiedzenia, ciche żale i niewypowiedziane pretensje oddalały ich od siebie. Ale przecież Ktoś nad nimi czuwał. Bóg ich prowadził, chronił. Czy zatem małżonkom udało się zażegnać kryzys, zweryfikować priorytety?

– O małżeństwo trzeba dbać, pielęgnować je. Nawet gdy wydaje się, ze jest świetnie, trzeba pozostać czujnym. Dbać o ten czas dla siebie i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Brak dialogu nas zgubił. Chowaliśmy w sobie urazy. To był duży błąd.

Z całego serca polecam Wam powieść Beaty Agopsowicz „Kresowe nadzieje”. Warto po nią sięgnąć. Czyta się szybko, bo przeplatają się tu dwie przestrzenie czasowe – przeszłość z teraźniejszością, co wzmaga ciekawość czytelnika. Ponadto akcja przenosi się do rożnych miejsc. Pisarka tak pięknie maluje słowami, korzystając z całej palety emocji i uczuć barwny świat dwudziestolecia międzywojennego i okresu powojennego. Wykreowała prawdziwe postacie, takie z krwi i kości, które mają i wady, i zalety. Pokazuje wspaniałe relacje międzypokoleniowe, ale i te wymagające naprawienia lub zbudowania od nowa. Przypomina, że szczera rozmowa czyni cuda. Poruszyła też problem uwolnienia się od przeszłości. Na nowo uświadamia czytelnikowi, że nie można żyć tyko wspomnieniami. Czas leczy rany i je zabliźnia. Życie jest takie kruche, trzeba z niego czerpać całymi garściami.

Tekst powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem Replika.

„Latarnik” – Aleksandra Rak (recenzja + cytaty do pobrania)

Read More
Okładka wpisu latarnik recenzja cytaty

Aleksandra Rak, Latarnik – I tom cyklu „Szept Anioła”, Wydawnictwo Flow 2023.

Są książki, które się po prostu czyta i odkłada na półkę. Są powieści, przez które się płynie, a następnie długo rozważa w sercu. Taki właśnie jest „Latarnik”. I to nie dlatego że jego akcja rozgrywa się nad morzem, tylko dlatego, że jest pisany sercem ukrytym pod anielskimi skrzydłami.

– Latarnia jest czymś więcej niż tylko starym budynkiem, młodzieńcze. (…) Jest drogowskazem dla zagubionych. Symbolem siły i obietnicą spełnionych nadziei.

Uwierzcie mi, że powyższy cytat jest chyba najpiękniejszym i najlepszym streszczeniem tej historii. „Latarnik” to coś więcej niż fabuła ukryta w przepięknej okładce i okraszona graficznymi wstawkami z morskim motywem. „Latarnik” to rejs po sztormie, który rozgrywa się w ludzkich sercach. Przepełnionych tęsknotą, pustką, wrzaskiem: „pomocy, zauważ, pokochaj mnie!”. Wzburzonej wody emocji i uczuć nie trzeba szukać daleko. Wystarczy spojrzeć w oczy koleżanki z pracy, sąsiada i przede wszystkim osoby, którą widzi się w lustrze… A do pocieszenia potrzeba tylko wiary i nadziei. Aż wiary i nadziei. A nikt tak jej przecież nie daje, jak anioły – szczególnie te bez aureoli.

Najważniejsza postać w tej książce? To bez wątpienia anioł. Jego szept niesiony przez wiatr. Kim jest? Każdym z bohaterów. Każdy – bardziej lub mniej świadomie, niosąc bagaż doświadczeń, niesie też coś dobrego. Dla innych. Jedni mają tej dobroci więcej, inni mniej. Wszyscy są tak samo ważni i potrzebni. Bez wyjątku.

Czytałam większość powieści Aleksandry Rak i uważam, że pierwszy tom cyklu „Szept anioła” jest niczym morska bryza. To powiew nowego, lepszego stylu tej autorki. W książce znajdziemy więcej niż w dotychczasowej twórczości opisów przeżyć i głębszego wejścia we wnętrza kreowanych postaci. Ola proponuje nam „liryczną prozę” – w tekście nie brakuje metafor czy porównań, w których skrywa życiowe drogowskazy. Posługując się swoimi bohaterami, jest niczym anioł, który przypomina o tym, co w życiu najważniejsze. Z wprawą artysty siedzącego na brzegu, maluje nadmorskie krajobrazy i okolicę. Częstuje czytelnika charakterystycznymi dla regionu smakami i zapachami. Zanurza pędzel, pióro znaczy, w bałtyckiej, nieco słonej wodzie. Taka też jest ta powieść – nieco słona. Jak życie. Bohaterowie nie są krystaliczni, bo i morska woda, mam na myśli polskie wybrzeże, taka nie jest. Nie ma tylko dobrych ani tylko złych. Są ludzie. Z wadami i zaletami. Z przeszłością, która depcze po piętach teraźniejszości. Z przyszłością, która stoi pod znakiem zapytania. I tylko pióra z anielskich skrzydeł układają się w ścieżkę, która prowadzi do dobrego…

Cieszę się, że to dopiero początek. Pierwsze spotkanie z mieszkańcami Płotek. Ta malownicza miejscowość uwiodła mnie od pierwszej strony, a właściwie pierwszego kroku, który postawiłam w jej obrębie. Na plaży, w ogrodach bohaterów, przy niewielkim sklepiku, w ruinach starego pensjonatu… Wszędzie tam, gdzie dzieje się ludzkie życie i gdzie fruwają (niewidoczne) anioły. Warto podkreślić, że Aleksandra Rak to doskonała obserwatorka ludzkich zachowań i standardów małych społeczności. Doskonale oddała nastroje i hierarchie panujące w niewielkich miasteczkach. Życzliwość, ale i obojętność. Czytając o sekretarce wójta, miałam przed oczami (i w uszach) Lodzię z „Rancza”. Wchodząc do sklepu, czułam unoszące się w powietrzu plotki, których nasłuchiwała z taką czujnością.

„Latarnik” pozostanie w moim sercu na długo. Jest niczym anioł, który stanął na mojej literackiej i czytelniczej drodze. Osnuty wiatrem niesie nadzieję. I pogłębia wiarę w anioły, w które nigdy nie wątpiłam. Mam nadzieję, że i dla Was szept tej powieści stanie się życiową latarnią.

Nieco światła zostawiam poniżej – obok pewnych cytatów nie mogłam przejść obojętnie i chcę podawać je dalej. Grafiki można bezpiecznie pobierać i udostępniać – będę wdzięczna za oznaczenie profili w social mediach.

A już 16 lutego poprowadzę spotkanie live z Autorką na Dropsowym Facebooku – zapraszamy serdecznie!

Za możliwość wykorzystania motywu okładki dziękuję Wydawnictwu Flow. Tekst powstał we współpracy z Wydawcą.

„Kot Mali” – Mala Kacenberg (recenzja przedpremierowa)

Read More
kot mali

Mala Kacenberg, Kot Mali, Wydawnictwo Znak 2023.

Premiera: 25 stycznia

Jak ja dawno nie publikowałam recenzji na blogu – ostatnio rządziła tu Mama, moje teksty trafiły na profile w social mediach. Choć ten wpis nie będzie długi, z premedytacją publikuję go na stronie. Nie chcę, żeby kiedyś przepadł w gąszczu grafik i innych postów. Tu będzie go łatwiej odnaleźć, także przez wyszukiwarkę. Ta książka na to zasługuje…

Są publikacje, których nie zrecenzuję. Mogę po prostu podzielić się wrażeniami po lekturze. Bo czy można zrecenzować czyjeś życie? Krytykować tak osobiste zapiski – wspomnienia przelane na papier, obrazy spod powiek namalowane na kartkach tuszem? Nie. Nie, gdy to Ocalona dzieli się swoją historią. Ocalona z Zagłady.

Mala Kacenberg (Szorer) to urodzona w 1927 roku w Tarnogrodzie Żydówka ocalała z Zagłady. W swoim pamiętniku opisuje realia drugiej wojny światowej i tragiczną sytuację narodu żydowskiego na Lubelszczyźnie, a także po zakończeniu walk. Przedstawia życie w obozie pracy i na powojennej emigracji, gdy tak jak tysiące Ocalonych, próbowała znaleźć bliskich i choć cień własnej tożsamości.

Pochodzę z Lubelszczyzny, wychowałam się w Janowie Lubelskim i często wracam do rodzinnej miejscowości. Doskonale wiem, o jakich miejscach pisze Mala. Tarnogród, Pikule – dla mnie to nie są tylko punkty na mapie Polski. To punkty na mapie mojego serca, dlatego lektura była tym bardziej przejmująca.

Była dzieckiem, gdy przyszło jej stanąć oko w oko z Zagładą. Była dzieckiem, gdy przyszło jej zostać żywicielką uwięzionej w getcie rodziny. Była dzieckiem, gdy jej Aniołem Stróżem został kot. Lata spędzone na ucieczkach, ukrywaniu się – wielokrotnie pod gołym niebem, u obcych ludzi pod przybraną tożsamością, w obozie pracy – wszystko po to, by przeżyć. By kiedyś dać świadectwo…

A jeśli zdołam przeżyć, opowiem całemu światu, co się wydarzyło. Dopilnuję, by nikt nie zapomniał, co stało się ze mną, moimi rodzicami i moim narodem. By cały świat pamiętał czyny Niemców. Choćby tylko po to rozpaczliwie pragnęłam przeżyć.

Mala dotrzymała słowa. Jej wspomnienia, mimo upływu lat, są pełne emocji i uczuć. Wdzięczność za kromkę chleba, przeplata się z nienawiścią do kolejnych niemieckich żołnierzy, którzy bardziej niż ludzi przypominali bestie. Nazywa po imieniu to, co widziała i czego doświadczyła. Prezentuje prawdziwe oblicze wojny. Pełne strachu, utraty – i bliskich, i godności, niewiarygodnej siły przetrwania i niezwykłej więzi z kotem, który na długo pozostał jej jedyną rodziną. Wielokrotnie byłam wstrząśnięta relacjami – okrucieństwem, bezwzględnością, odczłowieczeniem. Były momenty, gdy uroniłam łzę wzruszenia – czytając o ludzkiej dobroci czy rozmowach z kotem.

Warto dodać, że na końcu publikacji znajdują się zdjęcia z prywatnego archiwum Autorki.

Wszystko, co opisuję, miało miejsce, i to nie wieki temu, lecz zaledwie jedno pokolenie wstecz. Zmarłym należy się, byśmy podtrzymywali pamięć o nich, przypominając światu, że jest za nią odpowiedzialny.

Ta książka to forma przypomnienia. Dla świata. Dla Ciebie. Dla mnie. Byśmy mogli podawać tę historię dalej. Naszą historią. Naszego kraju i tych, którzy przez wieki żyli obok nas, a zostali podeptani przez kamasze nienawiści.

Tekst powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak.

„Świąteczna narzeczona” – Paulina Kozłowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
swiateczna narzeczona 3d

Paulina Kozłowska, Świąteczna narzeczona, Wydawnictwo Replika 2022.
#MamaDropsaCzyta

Paulina Kozłowska podarowała czytelnikom przed świętami Bożego Narodzenia świetną powieść „Świąteczna narzeczona”. W jednym z wywiadów Autorka wyznała, że początkowo nie miała jej w swoich planach. Natomiast pojawił się pomysł na lekką, wakacyjną historię Matyldy i Huberta w scenerii morskiej. Na prośbę Wydawnictwa Replika o napisanie książki świątecznej przebrała bohaterów w zimowe ciuchy, zmieniła letnią scenerię na zimową i tak powstała  zabawna, pełna humoru i zwrotów akcji „Świąteczna narzeczona”.  Ryzyko się opłaciło. O swoimnietuzinkowym pomyśle tak pisze autorka:

Moje pomysły na książki nigdy nie znajdują się nagle i niespodziewanie. Nie inspiruję się również zasłyszanymi historiami, nie miewam proroczych snów czy wizji, idąc chodnikiem. Wygląda to mało fascynująco, ale po prostu siadam na fotelu i myślę: Hmmm… dobra, będzie sobie dziewczyna… Matylda, bo podoba mi się to imię. Spotka faceta o nazwisku Jankes, bo to nazwisko fajnie brzmi. Suknia ślubna to kobiecy gadżet, więc świetnie nadaje się jako główny punkt książki. Ale jak oni na siebie wpadną? Przypomina to trochę meblowanie salonu: stolik na środku, komoda pod ścianą, fotel przy grzejniku i…. Mamy to!

Zapraszam na garść refleksji po lekturze.

Hubert Jankes to właściciel wydawnictwa, wielki miłośnik książek. Ich lektura, czytanie maszynopisów pochłaniało mu cały wolny czas i to do tego stopnia, że wciąż był kawalerem. Młodszy brat, zawsze z głową na karku, Radek przyniósł mu rewelacyjną wiadomość, że sławna i utalentowana pisarka Idalia Monaster zerwała umowę ze swoim wydawcą tuż przed premierą ostatniej części poczytnej książki. Ta informacja znaczyła dla niego tyle, co otworzenie okienka transferowego dla najlepszego napastnika piłkarskiego w kraju i umożliwienie jego zakupu za bezcen. Hubert miał w swojej biblioteczce każdą z jej powieści i pochłaniał je z zapartym tchem.

Idalia miała wręcz obsesję na punkcie swojej prywatności oraz moralności i dobrego prowadzenia się. Dołączała do umowy z wydawcą stosowną klauzulę na ten temat.  Dla Huberta to był impuls do tego, żeby postarać się o spotkanie z Idalią i podpisanie umowy wydawniczej. Ale nie miał zamiaru szukać żony ani narzeczonej, co zwiększyłoby jego szansę w wyścigu po atencję Idalii i zdobycie praw do wydania ostatniej książki cieszącego się powodzeniem cyklu. Czy uda mu się przekonać ekscentryczną autorkę?

Matylda Jabłczyńska, właścicielka salonu sukien ślubnych, która uwielbiała spełniać marzenia przyszłych panien młodych na ten najważniejszy dzień w życiu, została postawiona przez jedną z nich w niekomfortowej sytuacji. Klientka odmówiła zapłaty za zamówioną suknię. Posunęła się o krok dalej i obarczyła winą za niezapłaconą fakturę Bogu ducha winnego mężczyznę. Postanowiła się podzielić swoimi zgryzotami z najważniejszymi kobietami w jej życiu – babcią, mamą i siostrą. […] jej dusza przypominała plażę zmaltretowaną przez sztorm i nieustępliwe fale. Czy zmartwiona Matylda odzyska pieniądze?

Los często szykuje dla nas często szereg zaskakujących niespodzianek. W tej samej chwili, w której Hubert spotkał się z Idalią, ”topową pisarką literatury historycznej i szeroko pojętej literatury kobiecej”, by ją namówić do współpracy, do jego gabinetu wpadła z impetem właśnie Matylda z niechcianą suknią ślubną w rękach. Pisarka wzięła ją za narzeczoną Huberta, czym zapunktował u niej już na wstępie. Uwielbiała bowiem rudowłose piękności w roli bohaterek swoich romansów historycznych. Czy Matylda zgodzi się udawać narzeczoną wydawcy? Czy spotkania z Idalią zakończą się podpisaniem kontraktu? Już nic nie zdradzę, nie pisnę ani słówka na temat fabuły. To nieporozumienie a właściwie przedstawienie to dopiero początek, a zapowiada się niezła zabawa, której finałem też będziecie zaskoczeni. Los nieźle sobie zakpi z kogoś…

– Zróbcie użytek z pięknej, zimowej aury. – powróciła do rzeczywistości, patrząc na nich z rozczuleniem. – idźcie na spacer, na dobry obiad i porozmawiajcie o tym, co leży wam na sercu. O miłości trzeba rozmawiać.

Bardzo miło spędziłam czas z najnowszą książką autorki, której jestem fanką od pierwszej książki. Powieść jest świetnym sposobem na dobry relaks. Z jednej strony bawi, bo jest przepełniona humorem zaprawionym nutą ironii, sarkazmu, niekiedy komicznych, niezręcznych sytuacji, nieprzewidywalnych zwrotów akcji, istna emocjonalna huśtawka, a z drugiej strony czytelnik powinien wyciągnąć z niej lekcję życia, zastanowić się, co tak naprawdę się liczy w życiu. Nie zapominajmy , jak ważna jest w życiu szczerość, oddanie i lojalność.

Paulina Kozłowska świetnie wykreowała bohaterów i utkała z emocji i uczuć nastrojową opowieść o różnych twarzach miłości, o braterskich i siostrzanych relacjach, o więziach rodzinnych, o marzeniach. Osadzając akcję w scenerii świątecznej, uświadomiła niejako czytelnikom, jak ważny jest ten cudowny czas dla nas. Nie prowadźmy walk rodzinnych przy choince. Cieszmy się obecnością bliskich, kochanych osób. Nie poddawajmy się i nie traćmy wiary i nadziei, że czeka na nas lepsze jutro. Gdzieś za rogiem czeka na nas prawdziwe szczęście. Nie przegapmy tego.

Święta to cudowny moment, aby nie myśleć o przeszłości, ale otworzyć swoje serce i postarać się zaufać drugiemu człowiekowi.

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Replika.

„Dotyk twoich dłoni” – Wioletta Piasecka (#MamaDropsaCzyta)

Read More
dotyk twoich dłoni recenzja

Wioletta Piasecka, Dotyk twoich dłoni, Wydawnictwo Dlaczemu 2022.
#MamaDropaCzyta

Daj mi, proszę, dotyk twoich dłoni. Obejmij mnie. Utul.

Wioletta Piasecka podarowała czytelnikom powieść „Dotyk twoich dłoni”, której tajemnicza okładka zachęca do lektury i jednocześnie intryguje. Długo walczyłam ze sobą, czy po nią sięgnąć. Historia fikcyjna Barbary i Mariusza Ulatowskich przypomniała mi naszą historię sprzed trzydziestu pięciu lat. Wspomnienia ożyły, emocje powróciły, bo czas nigdy nie zatrze ogromu bólu i cierpienia po utracie dziecka nienarodzonego.

To jest zupełnie inna książka spośród do tej pory wydanych. Porusza bardzo trudne problemy. Basia i Mariusz są kochającym małżeństwem, rodzicami dwóch wspaniałych synów, Sebastiana i Julka, mają przyjaciół i świetne relacje z rodzicami. Do pełni szczęścia brakuje im jedynie upragnionej córeczki. A gdy w końcu ono się spełnia, po dwudziestu trzech tygodniach nadziei, radości, szczęścia, miłości dochodzi do tragedii. Utrata upragnionego dziecka przyczyniła się do katastrofy rodziny – zatracenia wszelakich więzi między małżonkami, kłótnie, wybuchy histerii, płaczu, wzajemne oskarżanie, obwinianie, topienie smutków w alkoholu, wreszcie wyprowadzka męża, szukanie pociechy w ramionach młodej kochanki, widmo rozwodu. A na to wszystko patrzą przerażeni chłopcy, dla których byli dotychczas kochającymi i bardzo dobrymi rodzicami. Nie mogą się odnaleźć w tej nowej sytuacji. Mają żal, że nie są dziewczynkami, bo mama by ich bardziej kochała. Marzą jedynie o tym, by między rodzicami było jak dawniej. Czy ty jeszcze nas kochasz, czy tylko Zosię – to pytanie często zadaje pięcioletni Julek.

Jak już wspomniałam, Basia i Mariusz mogli zawsze liczyć na pomoc rodziców i teściów. W obliczu tragedii ich nie opuścili, ale słowa pocieszenia mamy czy teściowej, mądrych kobiet, nie trafiają do zrozpaczonej, pogrążonej w bólu i cierpieniu Basi. Małżonkowie przeżywają żałobę osobno. Brakuje im chęci i sił na szczerą rozmowę. Basia tak się zatraca w żalu i bólu, że nie jest gotowa na codzienność mimo pojawiających się wyrzutów sumienia, że zaniedbuje dzieci. A w głębi duszy nie wierzą, że przyczynili się do śmierci dziecka. Czy bliscy i przyjaciele sprawią, że Basia i Mariusz odnajdą drogę, by wrócić do siebie?

Każdą cząstką ciała czuję pustkę. Nie ma we mnie nic oprócz skorupy. Jestem bezwartościową kobietą – mówię do siebie w duchu.

Jestem złą kobietą. Najgorszą – oskarżam się i mam ochotę zniknąć.

Wyprowadzka Mariusza sprawiła, że Basia musi się zająć synami. Perspektywa samotnych świąt bez męża i kochającego ojca, wzoru do naśladowania dla synów, brak męskiego wsparcia w codziennych czynnościach spotęgowało uczucie pustki z jednej strony, a z drugiej było doskonałą okazją do rozmyślań nad beznadziejną sytuacją, bezsensownymi oskarżeniami w gniewie. Przecież dotyk dłoni męża był jej całym światem. On jednak wybrał inną. Czy ich miłość jeszcze się kiedyś odrodzi?

Tymczasem los przygotował dla Basi i Mariusza  iście zabójczą niespodziankę. A tak naprawdę sprawczynią jest Wioletta Piasecka, która w tej powieści okazała się mistrzynią, żonglerką emocji. Spełniając marzenia synków i bliskich bohaterów, przeniosła ich jak wróżka do egzotycznego miejsca na święta Bożego Narodzenia. Czy w niezwykłej scenerii bohaterowie wybaczą sobie, zapomną i wrócą do siebie? Czy na bajecznej wyspie zdarzy się cud? Przecież miłość jest najważniejsza, zakochani są ze sobą na dobre i na złe. Zawsze jest też nadzieja na kolejną szansę, na wspólne życie, na pojednanie, na odbudowę więzi i na marzenia. Dodam tylko, że zakończenie powieści mnie ogromnie zaskoczyło.

Wioletta Piasecka napisała nieco mroczną ale piękną, pełną emocji i uczuć powieść – emocjonalny rollercoaster. Dzięki zastosowaniu pierwszoosobowej narracji w czasie teraźniejszym czytelnik bez trudu wnika do świata przedstawionego bohaterów, jest obok Basi i poznaje jej myśli, przeżywa wszelakie emocje, zatracając się w nich. Bohaterowie są świetnie wykreowani. Zgłębiamy problem niejako z trzech perspektyw : Basi i Mariusza, ich dzieci oraz rodziców i teściów. Nawet po odejściu Mariusza teściowa jest pełna uznania dla synowej i przeprasza za jego decyzję. Najbardziej wzruszyła mnie, doprowadzając do płaczu postawa synów. Małe dzieci, ale rozumiały o wiele więcej niż sądziła ich mama czy też tata. Jest taka wymowna scena, która wywoła łzy i w oczach czytelników.

„Dotyk twoich dłoni” to napisana emocjami i sercem, pięknie wydana powieść, która epatuje emocjami i głębią już na okładce. Jest ona poruszająca i niespotykana, nieco mroczna jak historia bohaterów . Świadczy to o świetnym warsztacie pisarskim i rozwoju Autorki. To jej dopiero siódma powieść dla dorosłych czytelników Jestem zaskoczona, że tak sugestywnie można pisać o radzeniu sobie z żałobą, emocjami po stracie dziecka nienarodzonego i tak poprowadzić bohaterów, uwikłać ich w mroczną historię, z której płynie mądry przekaz. Rozmawiajmy ze sobą, wspierajmy się wzajemnie, aby uniknąć niepotrzebnych oskarżeń, żalów, stanów wręcz depresyjnych. Dostrzegajmy nawet drobne gesty pomocy, okruchy dobra. Uchwyćmy się wyciągniętej do nas pomocnej dłoni. W przyjaźni i rodzinie tkwi ogromna sprawcza moc…

Polecam Wam z całego serca tę niezwykłą, emocjonalną i trudną powieść.

„Groch z kapustą” – Natalia Nowak-Lewandowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
groch z kapustą ebook

Natalia Nowak-Lewandowska, Groch z kapustą, Wydawnictwo Red Fox 2022.
#MamaDropsaCzyta

Wydawnictwo Red Fox zadebiutowało opowieścią Natalii Nowak-Lewandowskiej „Groch z kapustą”. To niezwykle udany start. Jestem dumna, że powierzono mi patronat medialny.  Moim zdaniem właśnie od tej książki należy rozpocząć lekturę świątecznych książek, aby właściwie się przygotować do Świąt Bożego Narodzenia. Właściwie, czyli czego uniknąć, co nie jest w ogóle istotne, a co niezbędne do tego, aby Wigilia i Święta przebiegły w magicznej, radosnej, rodzinnej i spokojnej atmosferze, pełnej bezinteresownej miłości.

Natalia Nowak-Lewandowska zaprosiła czytelników do rezydencji państwa Rozwadowskich na zwyczajne święta Bożego Narodzenia, które pani domu zaplanowała i zwykle przebiegały według utartego schematu. Czy to było przejawem egoizmu bohaterki, czy raczej przywiązaniem do tradycji na jej warunkach? Pani domu miała swoje oczekiwania co do ich organizacji, ponieważ unowocześnione potrawy wigilijne mogłyby jeszcze bardziej zacieśnić więzy rodzinne. Niestety, inne zdanie miała w tej kwestii służba. ”Tradycja to tradycja” – kucharka Krystyna była nieugięta. Tak więc zapach gotowanej i nieco przypalonej kapusty kiszonej musiał dalej drażnić oburzoną Wiesławę. Podobnie pokojówka Ludmiła uważała, że Jezusek i tak się urodzi bez względu na to, czy wszystkie okna będą czyste.

 Jak sprawić, żeby udało się przeżyć wieczór wigilijny? W tej rodzinie było to nie lada wyzwanie, raczej pobożne życzenie pani Rozwadowskiej. Zebrani członkowie rodziny tak naprawdę się nie lubili, spotkanie przy świątecznym traktowali jako okazję do tego, aby komuś dogryźć, coś wypalić prosto w twarz, zademonstrować niechęć. Widmo nieudanej wigilii niebezpiecznie wisiało nad wzburzoną Wiesławą. Jedynie młode pokolenie świetnie się ze sobą dogadywało i nie miało problemu z komunikacją. Dlaczego z wiekiem tracimy umiejętność porozumiewania się?

Ułożyła sobie swój świat, w którym od dawna czuła się bezpiecz­nie. Presję, którą wywierała na rodzinę, uważała za objaw dbałości. Jednak – czy tego chciała, czy nie – zmiany nadchodziły wielkimi krokami. Kiedyś jej dzieci nigdy by nie zaskoczyły jej przy świą­tecznym stole takimi rewelacjami, dzisiaj autorytet Wiesławy powoli znikał. Młodzi nie bardzo liczyli się z tradycją, zasadami dobrego wychowania. Mówili wszystko i do wszystkich, nie bacząc na oko­liczności.

Czy to nie jest jeden ze znajomych obrazków z naszych kolacji wigilijnych, do których byliśmy często wprost zmuszani, bo nie wypada, bo co powiedzą inni, bo raz do roku możesz się zdobyć się na taki gest. I nikt nas nie pytał, jakie są nasze oczekiwania co do spędzania świąt. Stare przysłowie mówi, że z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciu. A czasem mogą być z tym problemy. Każda rodzina ma jakieś tajemnice, sekrety, ciemne strony, niedomowienia, plotki, zawiść i zazdrość niszczą jak najlepsze relacje. Nie wszyscy nawet w bliskiej rodzinie dają się lubić, bo nie są zupą pomidorową. Opowieść o świętach w rodzinie Rozwadowskich to potwierdza.

W opowiadaniu spotkała się przy stole świątecznym cała plejada gości.  To przekrój osobowości i różnorodności charakterów wspaniale wykreowanych bohaterów, których wady zostały celowo przerysowane przez Autorkę dzięki użyciu ironii, sarkazmu, czarnego humoru. Najważniejsze jest bowiem zdanie pani domu niż wspólne rozmowy w fajnym gronie młodego i starszego pokolenia, właściwa atmosfera  sprzyjająca zacieśnieniu więzi. Hołdowanie starym tradycjom, często źle pojęte i brak otwarcia na zmiany może doprowadzać do rozdźwięków nawet w bliskiej rodzinie. Powoduje to narastanie żalu, urazów, pretensji, które nie znikną, gdy na niebie rozbłyśnie pierwsza gwiazdka. I w rezydencji doszło do wybuchu bomby przy stole, która zakończyła święta katastrofą, zanim się na dobre rozpoczęły. Ale o tym sami przeczytacie.

„Groch z kapustą” to opowiadanie bez grama lukru, które niesie mocny przekaz i skłania do refleksji. Nie dajmy się zwariować gorączce przedświątecznej. Nie bądźmy zbyt drobiazgowi jak Wiesława. Presja, jak wywierała na rodzinę to przejaw jej egoizmu a nie przejaw troski czy miłości, stwarzanie jedynie pozorów Nie pozwólmy, by ten magiczny i cudowny czas stał się synonimem nerwów, niesnasek, niespodzianek, kłótni, przykrych zdarzeń. Pamiętajmy, że Jezus się narodzi i święta się odbędą nawet wtedy, gdy nie uporamy się z generalnymi porządkami. Stół świąteczny powinien łączyć pokolenia, zacieśniać więzy i relacje rodzinne. Miłe rozmowy, wspólny śpiew kolęd, radość z obecności rodziny, celebracja chwil to są małe cuda bożonarodzeniowe, w które należy uwierzyć. Nie zapominajmy o tym podczas przygotowań, co tak naprawdę jest ważne. Groch z kapustą to nie tylko nazwa tradycyjnej potrawy wigilijnej to także metafora tego, co nie powinno się zdarzyć w świąteczny czas.

Wydawnictwu Red Fox życzę powodzenia i kolejnych wspaniałych premier książkowych.

Tekst powstał we współpracy reklamowej z Wydawnictwem Red Fox

Anielskie pióro Magdaleny Kordel – e-book do pobrania

Są anioły bez skrzydeł. I piórek. Za to z piórem. Wiecznym. Oto ona. Anielska Kordella. Gdy jesień staje się coraz bardziej zimowa, przychodzi ona. Z uśmiechem na ustach, zdecydowanym krokiem. Podchodzi do Ciebie i bierze za rękę. Sadza na kanapie, delikatnie otula miękkim kocem. Przygotowuje herbatę z pomarańczą albo kakao, zależy, co się wybierze. Podaje do rąk własnych. Na stoliku obok sofy czekają upieczone przez nią pierniki. I książka. Pełna ciepła, niosąca nadzieję, pomagająca uwierzyć w miłość. Jak Ona. Jak ten Anioł zwany Magdaleną Kordel.

SPIS E-BOOKOWEJ TREŚCI

  • Kilka słów o Magdalenie Kordel
  • Wspominamy „Anioła do wynajęcia”
  • Kim jest „Zagubiony anioł”?
  • Wywiad z Zuzą Kordel – czy Magdalena nosi w domu skrzydła?

„Namaluj mi anioła” – Małgorzata Lis (patronat medialny Dropsa)

Read More
namaluj mi anioła recenzja

Małgorzata Lis, Namaluj mi anioła, Wydawnictwo eSPe 2022.
Patronat medialny Dropsa Książkowego

Przypadek? Nie sądzę. Nie wierzę w przypadki. To, co inni nazywają przypadkami, dla mnie jest działaniem Anioła Stróża. Tak, wierzę w anioły. Te zsyłane przez Boga ze skrzydłami i aureolą oraz tych z dwiema rękami i nogami, otwartym sercem i szczerym uśmiechem. Wierzę w to, że anioł ukryty jest w drugim człowieku. Takie anioły maluje w swojej szóstej powieści Małgorzata Lis.

Historia miłości ze stanu wojennego zaklęta na kartach pamiętnika i uwieczniona na pewnym obrazie, przeplata się z historią spotkań nieprzypadkowych w podlaskiej wiosce. Dziennikarka, fotograf, artysta. Ich losy splatają się dzięki aniołom. Myślą, że tym z obrazów. Czy tylko? Ktoś miał plan na życie tej trójki. By właściwie go odczytać, trzeba jednak zaufać, otworzyć się na drugiego człowieka i miłość. Czy Angelika, Gabriel i Serafin poczują dotknięcie anielskich skrzydeł?

Małgorzata Lis pod szyldem „Opowieści z wiary” stworzyła opowieść z codzienności. O młodych, pogubionych ludziach, którzy radości i pokoju serca szukają nie tam, gdzie powinni. O rodzinnych tajemnicach skrywanych w pamiętnikach i pawlaczach. O matkach i ojcach, którzy noszą w sercu tęsknotę. O aniołach – tych prosto z nieba, i po prostu ludziach, którzy są naszymi aniołami na ziemi.

Czy „Namaluj mi anioła” – historia dyktowana i utkana wiarą Autorki – jest tylko dla katolików? Nie. Nie wszyscy bohaterowie tej książki są gorliwymi wyznawcami Chrystusa. Wręcz przeciwnie, kroczą zupełnie innymi ścieżkami, odpychając od siebie małe i wielkie cuda, nie dopuszczając do głosu aniołów. Może więc czytelnik, który nie widzi bliskości Boga na co dzień, dzięki lekturze poczuje dotknięcie anielskich skrzydeł? Warto spróbować.

Czy powieść czyta się szybko? I tak, ze względu na dobry styl Małgorzaty Lis, ciekawe opisy i dynamiczne dialogi, interesujące nawiązania do sztuki, i nie, ze względu na liczne tematy do refleksji, fragmenty Pisma Świętego, nad którymi warto się pochylić. To nie jest zwykłe czytadło na długie, jesienne wieczory. „Namaluj mi anioła” to przepiękny krajobraz ludzkich uczuć i emocji, namalowany anielskim piórem pełnym wiary. Wiary w Boga, w drugiego człowieka, w anioły stąpające po ziemi. Dziękuję za to, że mogłam go podziwiać na sztaludze ukrytej w kartkach i dzielić się nim z moimi Czytelnikami.

Tekst powstał we współpracy z Wydawnictwem eSPe.