„Opowieść prawie wigilijna” – Aleksandra Rak (#MamaDropsaCzyta)

Tekst powstał w ramach współpracy reklamowej z Wydawcą.

Aleksandra Rak, Opowieść prawie wigilijna, Wydawnictwo Dobre Strony 2025.

#MamaDropsaCzyta

Uwielbiam powieści Aleksandry Rak, „mistrzyni relacji i więzi międzyludzkich” (jaka trafna peryfraza). Jestem od dawna fanką jej twórczości. Na każdą powieść czekam niecierpliwie. Autorka zaskoczyła mnie tym razem i poruszyła do łez świąteczną, przepięknie wydaną powieścią „Opowieść prawie wigilijna”, zainspirowaną „Opowieścią wigilijną”, klasycznym dziełem literackim Charlesa Dickensa.

Z ogromną tęsknotą wyczekujemy świąt Bożego Narodzenia. Przygotowujemy się do nich od pierwszej niedzieli Adwentu – kolacja wigilijna, pasterka, spotkania przy rodzinnym stole, choinka, prezenty. I ta szczególna aura! Jednak nie dla każdego święta są szczęśliwe. Są ludzie samotni, nieszczęśliwi, o których świat zapomniał lub którym świat się zawalił i święta nie odmienią ich losów. Świąteczna radość nie miała wstępu do szpitali, do ciężko chorych. Marcjanna, bohaterka powieści jak Scrooge nie znosi wręcz świąt. Jakże to możliwe? 

– Wesołych świąt. Mimo wszystko – dodała i wyszła, nie oglądając się za siebie.- Wesołych świąt…? – prychnęła Marcjanna, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Znamy się od lat, a ty nadal nie zrozumiałaś, jak bardzo ich nienawidzę? Zmarnowany czas w roku. Bezsensowne wydatki na prezenty, których nikt nie docenia – mamrotała pod nosem, skupiając wzrok na ekranie komputera. – Nieszczere uśmiechy, fałszywe życzenia od ludzi, którzy spotykają się przy stole tylko dlatego, że tak wypada.

Marcjanna, kobieta elegancka, zawsze krocząca sztywno, z godnością i wyniosłością to współwłaścicielka salonu kosmetycznego ze świetną lokalizacją w centrum miasta. Była jak dobre, mocne espresso, które nie każdemu smakowało. Nienawidziła świąt Bożego Narodzenia i ich nie obchodziła. Uważała je za marnotrawienie oszczędności, iluzję cudownej zabawy i problemy żołądkowe. Choinka? – zbędna ekstrawagancja. Jak ona mnie irytowała! To absolutnie do niej nie pasowało. Z nikim i z niczym się nie liczyła, żadnych kompromisów. Z każdą kartką powieści wraz z poznaniem bohaterki i jej męża, rodziny zaczęłam się zastanawiać, co było tego przyczyną. To nie była wystudiowana maniera bohaterki. Można się pogubić w pędzie za pieniędzmi i w dążeniu do perfekcji, ale nie aż do tego stopnia. Maż uważał Marcjannę za królową lodu, kompletnie pozbawioną emocji, z kamiennym wyrazem twarzy. Postanowił sam odwiedzić rodziców podczas świąt. Przecież rodzice dali jej tyle ciepła! Los przygotował dla niej test relacji i zmusił do pewnych zmian. Sprowokował wreszcie do zajrzenia w głąb duszy i zwalczenia w sobie niechęci do zmian. Marcjanna z Kają, pracownicą salonu uległy wypadkowi samochodowemu. A wspólniczka zagroziła zerwaniem współpracy. Musiało dojść do traumatycznego wydarzenia, ażeby zabłysła w życiu bohaterki iskierka nadziei. Życie nigdy nie naprawiało się samo.

-Tak niewiele potrzeba, by uczynić te święta niezwykłymi, Pomyśl o tym.

– Nie wiem, jaki cud musiałby się wydarzyć…

– Żaden cud, Marcyś.

Nie rozumiem cię – mruknęła. (…)

– Wystarczy odrobina życzliwości. Każdy ma tę moc, ty również. Ale tylko od ciebie zależy, czy z niej skorzystasz.

Perswazje brata, prośby rodziców, mąż – nikt nie mógł zmobilizować Marcjanny do przemiany jej serca. Upierała się, że święta na zawsze straciły dla niej swoją magię. Nie dawała sobie żadnej szansy. Święta to dobry czas, aby na nowo odbudować relacje z rodziną i zacieśnić więzi. I wybaczyć…sobie wybaczyć, Marcia. Zacznij od tego. Czy Marcjanna się ocknie? Czy spełni się marzenie jej rodziców i bliskich? Dlaczego żadne święta nie mogły być szczęśliwe? 

Aleksandra Rak kreując postać Marcjanny i jej historię, chciała uświadomić czytelnikowi, że przemiana człowieka bywa długim i niezwykle bolesnym procesem. Wymaga czasu, cierpliwości i gotowości konfrontacji z samym sobą. W przypadku bohaterki doszło do konfrontacji ze wspomnieniami z przeszłości. To dzięki nim odbyła podróż w głąb siebie. I zgodnie z sugestią brata i mamy musiała zacząć od wybaczenia sobie, przepracowania traumatycznej sytuacji, by móc wybaczyć i pojednać się z bliskimi. W jej przypadku sprzyjała temu procesowi samotność, wyrzuty sumienia, pokonanie niechęci i tym samym uświadomienie, że można zacząć żyć inaczej. Nie należy rozdrapywać ran z przeszłości, rozpamiętywać złej przeszłości, bo to może spowodować jeszcze więcej szkód w psychice,  doprowadzić do depresji. Każdy człowiek na co dzień boryka się z problemami, bo takie jest życie. Można je jednak  naprawić, odrodzić się na nowo. 

W przypadku Marcjanny ogromną rolę w procesie przemiany odegrała otrzymana w prezencie od Kai, współpracownicy książka – piękne wydanie w twardej oprawie Opowieści wigilijnej Karola Dickensa. Spowodowała lawinę pytań po konfrontacji z Ebenezerem Scroogem. Uwierzyła, że każdy może zmienić swoje życie, skoro udało się jej szczęśliwie wyjść z tak traumatycznego wypadku. Może te święta będą jednak lepsze, niż sądziła? Ale o tym przekonacie się, sięgając po tę wzruszającą, refleksyjną i, mimo wszystko, piękną opowieść.

Opowieść o Marcjannie wywołała we mnie całą gamę emocji i uczuć – od niechęci, irytacji, złości aż po wzruszenie, łzy, żal, współczucie i nadzieję, że może nie wszystko jeszcze stracone, każdy zasługuje na drugą szansę. A w święta rodzina powinna się trzymać razem. Trzeba się tylko otworzyć na innych i uwierzyć w małe cuda.