„Narzeczona nazisty” – Barbara Wysoczańska (recenzja przedpremierowa)

Read More
narzeczona nazisty

Barbara Wysoczańska, Narzeczona nazisty, Wydawnictwo Filia 2021.
Premiera: 30 czerwca

Historia wielkiej wojny z wielką miłością w tle. Historia wielkiej miłości z wielką wojną w tle. Historia wojny o miłość.

Perełka. Zjawiskowa. Porażająca. Historia, która powinna zostać sfilmowana. Debiut roku. Wytrawne pióro dojrzewającego pisarza. Mogłabym tak w nieskończoność, a i tak żadne słowa nie oddadzą mojego zachwytu.  „Narzeczona nazisty” to książka, która stała się moim numerem 1 w kategorii powieści fabularno-historycznych.

Kilka lat temu II wojna światowa weszła na „salony literatury popularnej”. Okrągłe rocznice, społeczne inicjatywy pogłębiały zainteresowanie historią Polski – stąd też popularność gatunku, który określam mianem powieści fabularno-historycznych. Przyznam, że z chęcią sięgałam po tego typu książki – w końcu także naukowe (z punktu widzenia języka) badania nad „Czasem honoru” zobowiązują. W pewnym momencie, szczerze pisząc, poczułam przesyt. Wydaje się, że wątki skupione wokół wielkiej wojny z perspektywy Polaków zostały już przedstawione na wszelkie możliwe sposoby – i na ekranie, i na stronicach książek. Jednak nie. Swoim debiutem Barbara Wysoczańska udowadnia, że II wojna światowa ma tyle odcieni szarości, ile ludzi było w środku jej piekła. Bo nic nie jest tylko czarne lub białe. Bo nikt nie jest tylko dobry lub tylko zły. I ludzie, i świat są malowani różnymi odcieniami szarości. Szarości, która w czasie wojennej zawieruchy, splamiona jest krwią i mokra od łez.

Nie chcę zdradzić z treści nic więcej, niż jest potrzebne do zachęcenia Was do lektury, więc pozwólcie, że wykorzystam opis wydawcy:

Czym była miłość w obliczu gigantycznej nienawiści, śmierci i poniżenia? Czy miała prawo się z niej cieszyć, podczas gdy tylu straciło życie?
Jest koniec sierpnia 1938 roku.
Polka Hania Wolińska, na co dzień studentka germanistyki, jest damą do towarzystwa zamożnej niemieckiej hrabiny. Poznaje wnuka swojej pracodawczyni, hrabiego Johanna von Richter. W młodych rodzi się wzajemna fascynacja. W rodzinnej posiadłości von Richterów w Monachium, Polka naocznie styka się z hitlerowskim fanatyzmem, który ogarnia całe Niemcy.
Na tle rosnącego w siłę nazizmu i niechybnej wojny w Europie, Hania i Johann zakochują się w sobie. Dziewczyna wkracza na niemieckie salony jako narzeczona hrabiego i poznaje najwyższych rangą przywódców III Rzeszy. Równocześnie zostaje zwerbowana przez polskie władze do przekazywania tajnych planów Hitlera dotyczących Polski i Europy…

Wydawnictwo Filia

Ta miłość nie miała prawa być odwzajemniona. Ta miłość nie miała prawa zostać pobłogosławiona. Ta miłość przedzielona jest przecież granicą. Tę miłość dzieli pochodzenie, wiara.  Miłosne westchnienia ogłusza krzyk Hitlera, lament jego ofiar. Serce wypełnione miłością plami krew. Zarumienione od miłosnych uniesień policzki moczą łzy. A jednak ta miłość się zdarzyła. Niczym gwałtowny wicher wtargnęła do serc Hani i Johanna. Nie dało się zamknąć drzwi, nie udało się uciec pożądaniem i głębokimi uczuciami. Zresztą… Czy oni chcieli uciekać? Czy to świat oczekiwał, że uciekną…?

Czy był żołnierzem? Nie! Był zbolałym wrakiem dawnego młodziana, który naiwnie myślał, że świat stoi przed nim otworem. […] Kim był teraz? Potworem? Przecież nigdy w tę wojnę nie wierzył.

Jak już wspomniałam, w powieści „Narzeczona nazisty” nikt i nic nie jest czarno-białe. Nie każdy Niemiec jest zbrodniarzem. Nie każdy Niemiec ślepo wierzył w wizje Hitlera. Nie każdy Polak walczył w podziemiu. Nie każdy dzielnie znosił tortury, by nie wydać kolegów. Barbara Wysoczańska rysuje różne portrety – bo przecież różni są ludzie. Wnika w ludzkie umysły i dusze. Nie ocenia, nie potępia, nie chwali. Po prostu pisze. Niesie czytelnika przez historię, której nie da się smakować. Tę powieść się pożera. Apetyt rośnie z każdą stroną.

Z rozważnego czytelnika, z takiego, który chce sobie dawkować radość z literackiego spotkania, przemieniłam się w zachłanną bestię, dla której nie istniał limit czasu, dla której traciło znaczenie to, co wokół. Ta książka ogromnie mnie poruszyła i wzruszyła. Przeniosła w inny wymiar. Rozdarła serce na kawałeczki, by je posklejać i od nowa – rozdzierać, kleić, rozdzierać… Nie znała umiaru. Do końca, do samiutkiego końca targała moją duszą, by pozostawić ją w poczuciu spełnienia, zachwytu i wrażenia, że stała się częścią czegoś absolutnie wyjątkowego.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że „Narzeczona nazisty” to debiut. Nie wierzę, że to pierwsza książka autorki, która ujrzała światło dzienne. Pierwsza książka, która otulona klimatyczną i wymowną okładką, zachwyca dojrzałością języka. Szacunkiem i starannym doborem słów. Tam nie ma przesady. I dialogi, i narracja prowadzone są w sposób niemal doskonały. Obrazy – i te przepełnione miłością, i te przepełnione wojennym okrucieństwem, przesuwają się jak film, zostawiając trwały ślad pod powiekami czytelnika.

Miasto żyło, odradzało się jak feniks z popiołów. […] Warszawiacy cieszyli się, kiedy choć jeden dom został odbudowany, kiedy choć jedna ulica przestawała  straszyć ruinami po dawnych bombardowaniach, po upadku powstania. Mieszkańcy stolicy uparcie chcieli żyć i budować swoje miasto na nowo.

Opisy są szczególnie ważne we fragmentach poświęconym miastom. Monachium i Warszawa jak dwa przeciwległe bieguny. Miasto wojny i miasto pokoju, które zostanie zburzone. Miasto skupione na wielkich balach i miasto przygotowujące się do obrony. Stolica nazizmu i stolica, która powoli podnosi się ze zgliszcz. Miasto pozornych zwycięzców i miasto poległych. Miasto dumne ze zwycięstwa i miasto rozpaczające wśród swojej samotności i bezbronności.

Napisać, że polecam, to za mało, ale cóż więcej mogę? „Narzeczona nazisty” to coś absolutnie zachwycającego. Książka, której nie da się odłożyć. Książka, która zostaje w sercu na zawsze. Wiecie, mam taką refleksję, że właśnie dla takich powieści warto pasjonować się literaturą. Debiut Barbary Wysoczańskiej to gwarancja doskonałej uczty, po której czytelnicze kubki smakowe na zawsze zostaną wybredne.

Pani Barbaro, dziękuję za zaproszenie do stołu zastawionego literami i emocjami. Nie muszę życzyć powodzenia, bo powodzenie sobie sama Pani zapewniła. Trzymam kciuki za ekranizację tej historii. Bo ona musi trafić do szerszego grona. Po prostu musi.

„Czas nadziei” – Joanna Kruszewska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
czas nadziei

Joanna Kruszewska, Czas nadziei, Wydawnictwo FILIA 2021.
#MamaDropsaCzyta

Pióro Joanny Kruszewskiej cenię od pierwszego spotkania. Z radością wzięłam więc do rąk kontynuację powieści „Czas leczy rany”. „Czas nadziei” – książka, która miała swoją premierę kilka dni temu, to piękna, słodko-gorzka opowieść o przewrotności losu, o miłości, sile przyjaźni, poszukiwaniu szczęścia, zaufaniu, zdradzie i o czasie, który mimo wszystko daje nadzieję.

Czas na Podlasiu mija powoli, a spokojne wieczory otulają ciepłem na długie godziny. Pachnące słodyczą wnętrze małej cukierni, wydaje się być idealnym miejscem na chwilę odpoczynku i zadumy przy filiżance gorącej czekolady. W takich chwilach dobrze jest mieć tuż obok dłoń, która przyjaźnie ułoży się na ramieniu i da znać, że wszystko co dobre, niekoniecznie jest za nami. Rodzinne tajemnice powoli wychodzą na światło dzienne. Helena staje się beztrosko nieuważna, przyjmując za pewnik stałość własnego małżeństwa. Małgorzata postanawia pozostawić sprawy własnemu biegowi i nie ingerować w to, co szykuje dla niej los. Nawet gdy ten przekornie postanowił przyciągnąć do siebie ludzi, którzy z założenia nie powinni być razem.

opis wydawcy

Tak jak czas na Podlasiu mija powoli, tak i akcja powieści toczy się na początku nieśpiesznie. Iwonie trudno się przyzwyczaić do nieobecności Leszka w domu, do pustki, jaką po sobie zostawił. Żyli przecież według utartych schematów, przyzwyczajeń, wiele rzeczy robili razem. Tworzyli ze sobą harmonijną całość, jak splecione ze sobą sosny na fotografii. Wciąż trudno było jej zrozumieć postępowanie męża. Nie wiedziała, jak pozbyć się wspomnień z kilkudziesięciu lat życia. Nie można przecież zapomnieć pewnym sensie połowy siebie. Lena martwiła się o matkę, często do niej zaglądała, ale miała mnóstwo swoich obowiązków – praca w kawiarni, dzieci, dom. Na Roberta też nie zawsze mogła liczyć. Czuła, że też oddalili się od siebie. A jego z kolei nie opuszczało dziwne poczucie braku. Tylko czego? A co u Leszka i Małgorzaty, która, pojawiając się po kilkudziesięciu latach z pewną tajemnicą, zburzyła spokój całej rodziny? Jakże jej trudno się oswoić z odejściem mamy. Wciąż w głowie bohaterki pojawiało się za dużo pytań bez odpowiedzi. Czy udało się jej nawiązać właściwe relacje z ojcem i z jego rodziną? Co tak naprawdę mogło być przyczyną złego samopoczucia Leszka?

Pewna para bohaterów mocno mnie irytowała, bo między nimi nie miało prawa się nic zdarzyć, zaiskrzyć. Jak można unikać myślenia i analizowania sytuacji na trzeźwo? Jak można chcieć tylko czuć? Żyć chwilą, niczym więcej i nie wybiegać w przeszłość. Tym bardziej, że bohaterka powieliła schemat swojej matki, a nawet więcej – uczeń przerósł mistrza. Los bywa jednak przewrotny. A zakończenie jest znowu zaskakujące… Daje nadzieję na ciąg dalszy.

Powieść czytało mi się bardzo dobrze. Jest podzielona na krótkie rozdziały. Mamy w niej do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, co pozwala nam wniknąć do serca i myśli bohaterów. Krok po kroku, powoli coraz to nowe tajemnice rodzinne wychodziły na światło dzienne…

Na początku powieści kolejne zdarzenia były jak puzzle porozsypywane na sporej przestrzeni. Niezwykle trudno było je ułożyć w sensowny obrazek. Czegoś tu jeszcze brakowało. Za dużo było niedomówień. Za dużo przeskoków w czasie. Każdy z bohaterów miał podarowany czas na przemyślenia, snucie refleksji, ucieczkę do przeszłości, do wspomnień, znalezienie jakiegoś wyjścia z tej skomplikowanej sytuacji. Każdy szukał jakiegoś punktu zaczepienia, który rozpocząłby nowy rozdział życia. Myśli niepokorne nie układały się należycie, one wciąż biegły, przeskakiwały, zmieniając tory, uprawiały samowolkę. Każda z postaci zbyt kurczowo trzymała się swojej racji. Jakże trudno pogodzić się z pewnymi myślami, niektóre nigdy nie zostaną zaakceptowane.

Każdy człowiek popełnia błędy, niektórzy nawet niewybaczalne. A może z czasem uda się jednak uzyskać zapomnienie? Rodzina jednak zawsze powinna się wspierać i na siebie liczyć. Każdy ma do odegrania jakąś rolę w życiu. Najważniejsze, żeby odegrać ją dobrze. I w zgodzie z samym sobą. I znalazł się w rodzinie ktoś, kto sprawił, że puzzle zaczęły się ze sobą łączyć, wpasowywać we właściwe miejsca i układać, zamknąć w całość. Być może owo zamknięcie pozwoli otworzyć wszystko na nowo? Wystarczy zacząć dostrzegać i doceniać drobne radości i gesty, a nie rozdrapywać rany i rozpamiętywać ciągle to, czego się nie powinno. Czas leczy rany i czas daje nadzieję.

„Czas nadziei” to świetnie napisana historia o bardzo zawiłych i skomplikowanych relacjach rodzinnych – lekkim stylem, pięknym, emocjonalnym językiem z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami, których losy wywołują w nas mnóstwo różnych emocji i uczuć, istny rollercoaster. Skłaniają także do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu,  czego należy unikać a z czym natomiast walczyć.

Polecam z całego serca lekturę na letnie wakacyjne wieczory. Wystarczy tylko zaparzyć dzbanek dobrej herbaty, do czego zapraszają zielone filiżanki z pięknej i subtelnej okładki. A zieleń to przecież symbol nadziei.

Wydawnictwu FILIA dziękuję serdecznie za egzemplarz do recenzji.