„Zanim nadejdzie czas. Dzieciństwo i młodość” – Lidia Socha (#MamaDropsaCzyta)

Lidia Socha, Zanim nadejdzie czas. Dzieciństwo i młodość, Wydawnictwo Nie Powiem 2026. 
#MamaDropsaCzyta

Tekst powstał w ramach współpracy reklamowej z Wydawcą. 

Chciałabym na dobry początek weekendu wzbudzić Wasze zainteresowanie czytelnicze powieścią Lidii Sochy „Zanim nadejdzie czas. Dzieciństwo i młodość”, pierwszy tom „Sagi o życiu Lilki”. Jak dobrze, że przyjaciółki po piórze – znane i wspaniałe pisarski rzeszowskie: Anna Ziobro, Małgorzata Matwiej i Jadzia Buczak namówiły Lidię do wydania wznowienia sagi. Dzięki temu możemy poznać burzliwą i pełną emocji historię życia Lilki, jej rodziny i przyjaciół, opartej na autentycznych wydarzeniach z życia Lidii. Ale to nie jest powieść autobiograficzna. Nigdy przecież nie jest za późno na spełnianie marzeń. A emerytura to doskonały czas na ich spełnianie. Czytając tę powieść, odbyłam podróż w głąb siebie, do czasów dzieciństwa i młodości i uświadomiłam sobie, że w każdej z nas możemy wiele odnaleźć z bohaterki.

W życiu Lilki działo się bardzo wiele. Wydarzeniami mogłaby obdarzyć kilka osób. Zazdrościłam jej wręcz fotograficznej pamięci, bowiem życie składa się z wielu drobiazgów, rzeczy małych i dużych, z radości. Podczas czytania byłam obok niej, słuchałam z ogromnym zaciekawieniem wspomnień, które przesuwały się jak kadry w filmie. A jak te wydarzenia wpłynęły na bohaterkę?

Spokojne i dobre dzieciństwo Lilki przypadło na lata 60. ub. wieku. Wychowywała ją i brata sama mama. Ogromny wpływ na wrażliwość bohaterki miała też babcia. To jej zwierzała się ze swoich problemów, słuchała babcinych historii z młodości, słuchała bajek. Babcia była przewodniczką Lilki po wierze. Czas wypełniały zabawy z rówieśnikami – w ściganego, w chowanego, łapanki, gry z piłką, w których prym wiodła oczywiście żywiołowa Lilka. Wszędzie jej było pełno, była niestrudzona w wymyślaniu zabaw. Przydarzały się też i wypadki. Życie wtedy było jedną wielką przygodą. W szkole podstawowej nauka szła jej dobrze, lubiła jeździć na wycieczki, na kolonie. Uwielbiała sport, czytanie książek i poznawanie świata. W wieku dojrzewania rozbudziła się też w Lilce wena do pisania wierszy i opowiadań. Zrodziło się też marzenie o napisaniu książki oraz o  uprawianiu wyczynowo jakiegoś sportu.

„Człowiek nie rodzi się dorosły i od razu ukształtowany. Do tego potrzebuje wielu lat i odpowiednich ludzi wokół siebie, a także sporo innych czynników ma wpływ na jego charakter i światopogląd. Nie buduje się domu od dachu czy od okna, tylko od fundamentów – właśnie dzieciństwo jest takim fundamentem każdego człowieka”.

A teraz kilka zdań o młodości bohaterki – o jej radościach i smutku, upadkach i podnoszeniu się z nich, o walce z przeciwnościami losu i o szczęście, o chwilach, które na zawsze zostawiły ślad w jej sercu. Bohaterka wkroczyła w dorosłe życie z plecakiem pełnym różnych doświadczeń z dzieciństwa i okresu szkolnego, rad  i wskazówek mamy oraz drogowskazami życiowymi babci, z którą łączyła głęboka więź. 

“Dorosły świat pachniał wiosną życia, taką już dojrzalszą. Tęskniłam za samodzielnością, chciałam się jak najszybciej uniezależnić od mamy, wykorzystując do tego pierwsze wakacje po ukończeniu szkoły podstawowej”.

Z głową pełną marzeń, z pozytywnym nastawieniem i przekonaniem, że życie ma dla niej tylko same piękne wydarzenia, Lilka wkroczyła w świat młodości. Rozpoczęła naukę w studium Wychowania Przedszkolnego w Łańcucie. Nowa szkoła, nowi znajomi, nowe doświadczenia, trudności w nauce, męczące dojazdy. Lilka musiała zmienić szkołę na zawodową. To była szansa na szybkie zdobycie zawodu i usamodzielnienie się a tym samym pomoc mamie w utrzymaniu domu. I tu nie zabrakło szkolnych perypetii. Nastąpił okres bun tu, złe towarzystwo przyciągało jak magnes, włóczenie się z koleżankami i kolegami. Zmiana klasy wyszła dziewczynie na dobre, bowiem skupiła większą uwagę na nauce.

Czas burzliwej i pełnej rozmaitych emocji młodości cechował się nieustanną walką miedzy rozumem a sercem. To niezapomniany czas nawiązywania fajnych przyjaźni, poznawania nowych ludzi, pierwszych zauroczeń, flirtów, adoracji, miłostek, wspólnych zabaw, ognisk, wypadów. To była wielka frajda wsiąść nocą do pociągu w Rzeszowie i pojechać do Katowic czy do Chorzowa. Dzięki drogowskazom życiowym babci Lilka umiała stawiać granice, zachować dystans, mogła też zawsze liczyć na wsparcie przyjaciółek. Lilka była już dorosła, pracowała, dokładała się do rodzinnego budżetu, nadrabiała czas, gdy jako nastolatka była aż za grzeczna. Ach, jak lubiła się bawić i tańczyć! To były jej najpiękniejsze lata mimo wielu błędów i głupstw… Ale któż z nas ich nie popełnił?! Wiadomo, że miłość odbiera rozum. Jak dobrze, że Lilka potrafiła jednak dostrzec, ze czegoś jej w związkach z płcią przeciwną brakowało.

Wydawało mi się, że jestem szczęśliwa, że jest mi dobrze, ze kocham i jestem kochana. Jednak podświadomie czułam niedosyt. Jakbym zamknęła piękną różę w szklanym pudełku i nie mogła jej dotknąć, poczuć, a jedynie podziwiać. Taka namiastka czegoś, czego jeszcze nie znałam, choć wiedziałam, że jest, istnieje, a tylko ja nie wiedziałam, jak to osiągnąć.

Nie będę pisać o życiu miłosnym bohaterki, żeby nie odbierać emocji podczas czytania. Lilka zawsze mogła liczyć na wsparcie przyjaciółek. Wspomnę tylko o jednym związku, dość burzliwym, który miał wpływ na dalsze życie Lilki. Los postawił na drodze dziewczyny Andrzeja, czyli Franka, o cztery lata młodszego, z którym zatańczyła na zabawie do ulubionej piosenki „Jolka, Jolka”.

Nie miałam zielonego pojęcia, że można się tak zakochać, w jednej chwili, w jednej sekundzie. Jakiś zwariowany chochlik, amorek skrzydlaty przysiadł gdzieś na szafie lub na żyrandolu i postanowił ze mnie zakpić. Wypuścił strzałę, która trafiła prosto w środek serca i odmieniła moje życie, odwróciła je do góry nogami, pozbawiła mnie rozsądku, zahamowania, rozwagi i zaczarowała tak, że świat przestał dla mnie istnieć. Dosłownie jakby trafił mnie piorun i zabił we mnie obojętność, strach i rozsądek, zostawiając tylko zaślepione uczucie i klapki na oczach.

Ależ to była walka rozumu z sercem, które absolutnie nie chciało słuchać argumentów, było szczęśliwe, radosne, podniecone i pragnęło tylko brnąć w to dalej- aż do końca. To był najpiękniejsze chwile w życiu Lilki z frankiem i gronem przyjaciół. Franek był dla niej księciem, u jego boku przeżywała istną lawinę uczuć. Przed nimi przyszłość malowała się tylko w różowych barwach. Lilka oszalała na punkcie Franka, nie zważając na zniszczenia, jakie ta lawina ze sobą niosła. Chłopak okazał się bowiem zmienny jak wiatr i miał dwie natury. W większym, mieszanym towarzystwie zachowywał się lekceważąco i nieprzyjemnie. Gdy byli we dwoje, był czuły, delikatny, odpowiedzialny. Ale przecież na miłość nie ma lekarstwa. Z czasem Franek zafundował Lilce huśtawkę, a nawet karuzelę emocji. Lubił przeciągać strunę, aby sprawdzić wytrzymałość i cierpliwość dziewczyny. A ona zaślepiona miłością wszystko wytrzymywała, nawet upokorzenia. Była strzępkiem nerwów. Docierało momentami do niej, że znowu popełnia błąd, wikłając się w związek, który nie ma przyszłości. Każdy wybór ma swoja cenę. 

Lidia Socha w swojej powieści, pragnie znaleźć odpowiedź na wciąż nurtujące pytanie: kto tak naprawdę decyduje o losie człowieka. Przeznaczenie, które zawsze stawia na swoim? Czy może każdy sam decyduje o swoim losie, podejmując decyzję życiowe, wybierając właściwą, jego zdaniem, drogę życia. Jakiego wyboru dokona ostatecznie Lilka? Mam nadzieję, że o tym dowiemy się z kolejnego tomu sagi.

Autorka chciała pokazać, jak wyglądało życie kobiet w latach 70., 80., i 90. ub. wieku. Jak ważne wydarzenia polityczne, kulturalne i społeczne wpływały na ich życie. Udało się jej to znakomicie. 

Polecam z całego serca powieść. A Wydawnictwu i Autorce dziękuję za egzemplarz recenzyjny.

„Siedmiu mężczyzn i siedem filiżanek Ludwiki Mayer” – Sylwia Markiewicz (#MamaDropsaCzyta)

Sylwia Markiewicz, Siedmiu mężczyzn i siedem filiżanek Ludwiki Mayer, Wydawnictwo Pascal 2026. 

#MamaDropsaCzyta

Sylwia Markiewicz, autorka powieści obyczajowych z duszą, podarowała czytelniczkom znakomitą powieść „Siedmiu mężczyzn i siedem filiżanek Ludwiki Mayer”. To już ósma książka jednej z moich ulubionych Autorek. Bardzo mnie zaskoczyła, bo w trakcie czytania szybko się okazało, że zamiast powieści obyczajowej ze świetnie wykreowanym portretem psychologicznym Ludwiki, mam do czynienia z  niesamowicie wciągającym thrillerem psychologicznym. 

Ludwika Mayer to postać wykreowana na bazie biografii, wywiadów, dokumentów, faktów ilustrujących kulisy pracy polskich aktorek.

Pozwala się człowiekowi zaznać ziemskiej radości, zbudować relacje, zakochać się, dorobić majątku, ogrzać płomieniem sławy. A potem w jednym momencie wszystko gaśnie.

Życie Ludwiki Mayer, ikony dawnych lat, znakomitej aktorki,  dumnej i eleganckiej kobiety z klasą, o burzliwym życiu uczuciowym i nieprzeciętnej biografii, dobiega do końca, pozostało jej bowiem niewiele czasu na uporządkowanie, dopięcie spraw związanych z testamentem. Ostatnia jej rola – najważniejsza – to bycie matką wyjątkowej córki z niepełnosprawnością intelektualną. Ludwika bardzo kochała Emilię, łączyła je głęboka więź. Wprowadzała dużo radości w domu, ponieważ w ciele dojrzałej kobiety wciąż tkwiło szczęśliwe, bo wiecznie pogodne i uśmiechnięte dziecko. Miała wiele pasji i zainteresowań, ceniła sobie własną przestrzeń, lubiła spędzać czas w swoim pokoju. Jeździła na zajęcia edukacyjne do prywatnego ośrodka dla osób z niepełnosprawnością intelektualną i wszelkie możliwe zajęcia terapeutyczne: muzykoterapię, dogoterapię i hipoterapię. A to wszystko było kosztowne. Ludwika jako kochająca matka musiała zabezpieczyć córkę finansowo i znaleźć kogoś z rodziny, kto będzie sprawować nad  Emilią opiekę po jej śmierci. Wybranej osobie zapisze cały majątek. W rezydencji trwały przygotowania do obiadu rodzinnego.

Umysł ludzki jest nieodgadniony i żaden lekarz nie był w stanie powiedzieć, jak będzie przebiegał jego rozwój. Ona, jako matka, zrobiła wszystko, by córka miała dostęp do każdej możliwej terapii i każdej możliwej metody, które pozwolą się jej rozwijać oraz usamodzielnić się, przynajmniej na tyle, by jak najrzadziej była zmuszona korzystać z pomocy innych. Zarabiała na to przez całe życie, będąc aktorką.

W swoim życiu Ludwika mogła się pochwalić przed światem siedmioma partnerami, z którymi relacje były prawdziwym rollercoasterem. Dlaczego aż tyloma? Bo była kochliwa, cieszyła się powodzeniem płci przeciwnej. Historię każdego z nich opowiedziała młodej kuzynce Soni, którą też bardzo polubiła Emilia. Opowieści te toczyły się przy odpowiedniej oprawie – kawie lub herbacie w pięknej filiżance. Każdy z adoratorów obdarował Ludwikę filiżanką. Siedmiu partnerów i siedem sentymentalnych, pięknych filiżanek, pamiątek po nich. Co ich łączyło? Wszyscy szybko odchodzili z tego świata na zawsze i to w tragiczny sposób. Wzbudzało to sensacje, liczne plotki, spekulacje dziennikarzy, insynuacje, że to aktorka przyczyniła się do ich śmierci. Dostała przydomek szamanki, przeklętej kobiety, Czarnej Wdowy, najsłynniejszej wśród aktorek. Postępowanie jednak umorzono z braku dowodów. Każdy z nich oprócz filiżanki pozostawił Ludwice majątek. Jeden z dziennikarzy określił ich mianem nieszczęśników, którzy okazali się być draniami, awanturnikami, alkoholikami, psychicznymi wariatami, szaleńczymi zazdrośnikami. Żaden z nich pod koniec swojego życia nie miał dobrej opinii.

Jedynym, który wciąż przy niej trwał, był prawnik Alojzy, przyjaciel męża Aleksandra, ojca Emilii. Tajemniczy, bardzo zagadkowy facet! Wzbudził od początku moją niechęć. Czy łączyła go z Ludwiką tylko przyjaźń? Czy potajemnie się w niej podkochiwał? Sonię bardzo to zaintrygowało i postanowiła się temu przyjrzeć z troski o ciotkę, którą pokochała jak babcię i podziwiała. Ludwika opowiadała jej też o blaskach i cieniach pracy aktorki, o wszelkich jej aspektach. Retrospekcje, czyli opowieści o partnerach opóźniały nieco rozwój akcji, zaspokajały ciekawość czytelnika, budowały napięcie narracyjne, wywoływały emocje. U Soni wywołały całą paletę uczuć i emocji. I listę pytań, póki co bez odpowiedzi. Zdaniem Alojzego żaden z partnerów nie był dobry dla Ludwiki. Co się za tym tak naprawdę kryło? Czym Alojzy kierował się bezinteresownością, lojalnością, czy chęcią wzbogacenia się?

Całe jej życie zamknięte było w ozdobnych eleganckich ramkach. Czy tak właśnie było? Jej ręka drżała, kiedy ściskała laskę, biodro ciążyło jej jak głaz. Przynajmniej ma co wspominać. Nie każda kobieta miała w swoim życiu siedmiu partnerów seksualnych. Nie każda miała to szczęście, by siedem razy poczuć motyle w brzuchu, chodzić tyle razy w chmurach, gdy spotkała nową miłość i pożądanie spływało na nią nie wiedzieć kiedy. Nie każda też dźwigała się siedem razy po stracie najbliższej osoby.

Sylwia Markiewicz znakomicie pokazała rodzinne relacje – skomplikowane, popsute, toksyczne, chore, sztuczne, nieszczere, takie na pokaz. Ich wizyty były podszyte plikiem banknotów. A ta sytuacja pogarszała stan zdrowia wzburzonej ich zachowaniem Ludwiki. 

Wrócę jeszcze do pasji Emilii. Lubiła spędzać czas na zbieraniu roślin, suszyła je i komponowała z nich wyjątkowe herbatki, którymi częstowała gości. Wpadała też do kuchni i dosypywała przyprawy do potraw. Gdyby była zdrowa, zostałaby naukowcem. Nie lubiła złych ludzi, miała nosa do wyczuwania zła. – Mama mówiła, że jak mężczyzna nie jest dobry, to trzeba go odesłać w diabły. Mówiła, że kobieta zasługuje na szczęśliwe życie, a ja na dobrego tatę.

Kochającej matce żal było odchodzić z tego świata, akurat nauczyła się cieszyć z drobnych rzeczy, delektować miłością do córki, spędzać z nią wolny czas od zajęć, pielęgnować ich wspólne rytuały…

Przebywanie z osobą z niepełnosprawnością uzmysławia człowiekowi, jak wiele ma szczęścia, jak cudowne i pozbawione prawdziwych trosk jest jego życie. 

Zakończenie tej powieści ogromnie mnie zaskoczyło, było nie do przewidzenia. Autorka dała mi prztyczka w nos! Wzruszyły mnie do łez mocna więź, wielka, prawdziwa miłość matki do córki z niepełnosprawnością. Troska, niepokój, ale i szczęście. Dzięki pracy, wyjazdom, pogoni za pieniądzem, majątkom partnerów udało się matce zadbać o los córki. Mogła dalej żyć w pięknym domu a nie w ośrodku dla osób z niepełnosprawnością czy w jakimś domu spokojnej starości. W rzeczywistości wygląda to inaczej, szczególnie w przypadku, gdy jedno z rodziców nie może pracować, bo opiekuje się osobą niepełnosprawną w domu. Rehabilitacja jest zbyt kosztowna. O różnych formach zajęć terapeutycznych może niejedna rodzina tylko pomarzyć.

Zwykle nie sięgam po thrillery i nie potrafię „fachowo” ocenić powieści pod względem gatunkowym. Jednak mam ulubioną listę Autorek, po których powieści sięgam nawet gdy mnie zaskoczą zmianą gatunku. Najnowsza powieść Sylwii Markiewicz to misternie utkana mieszanka tajemnicy, napięcia budowanego stopniowo, dreszczu emocji, nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaskakującego momentu kulminacyjnego, elementów psychologicznych. Tu każdy czytelnik może zinterpretować sobie zakończenie, dokonać oceny, wzbudzić refleksje.

Atutem tej wielowymiarowej powieści jest styl i język zaprawiony humorem ze szczyptą czarnego humoru oraz garścią sarkazmu i ironii. Fenomenalnie wykreowane portrety siedmiu mężczyzn, pięknie namalowane słowami eleganckie, drogie, wyszukane filiżanki z porcelany o metaforycznym znaczeniu. A przede wszystkim studium przypadku głównej bohaterki Ludwiki. Należy tu wspomnień o Soni, młodej kobiecie,  którą połączyła również niezwykła więź z Ludwiką i która, „badając sprawę” naraziła się na wiele przykrych, bolesnych doświadczeń, które wyszły jej ostatecznie na dobre. Wyciągnęła z nich dobrą naukę.

Ta historia pozostanie we mnie na dłużej, będę do niej wracać, bo lekturze towarzyszyły zbyt wielkie emocje.

A na koniec mam dla Was kilka próśb od samej Ludwiki Mayer:

Nie marnuj wiec czasu i powiedz głośno to, co nie zostało jeszcze powiedziane. Zrób to, co zawsze chciałeś zrobić. Nakrzycz na kogoś, jeśli miałeś na to ochotę lub zakochaj się po raz piaty, siódmy i dziesiąty. Masz ochotę zdradzić? Zrób to! Niech nikt ci nie wmawia, czym jest dla ciebie szczęście.

Bo nie ma złych decyzji, są tylko takie, które dają nam szansę na te dobre.

Z całego serca dziękuję Autorce za egzemplarz recenzyjny.