„Jak się pisze miłość” – Kinga Tatkowska

Dla jakiej autorki i po lekturze jakiej książki postanowiłam wrócić do Legimi? Szczegóły poniżej.

Jedno jest pewne – Festiwal Literacki Lądek łączy ludzi 💕

Laura Morawska jest uważana za specjalistkę od porywów serca – jej miłosne powieści w mig stają się bestsellerami i zdobywają rzesze fanów. Gdy jej debiutancka powieść dostaje szanse na ekranizację, Laura nie posiada się z radości. Tym bardziej że ma możliwość pojawienia się na planie zdjęciowym w roli asystentki reżysera, a główną rolę w ekranizacji ma zagrać topowy młody aktor.

Adam Gniewosz słynie z tworzenia krwawych i sensacyjnych produkcji, a nie słodkich romansów. W dodatku ma opinię nieugiętego i trudnego we współpracy, co wywołuje liczne konflikty na planie. Laura już pierwszego dnia zraża do siebie znanego reżysera i pakuje się w kłopoty.

Czy Laura i Adam dla dobra filmu będą potrafili się dogadać? Jedno jest pewne, za każdym razem, gdy ta dwójka znajdzie się obok siebie, będzie iskrzyć…

Z autorką „Jak się pisze miłość”, Kingą Tatkowską, występowałyśmy w jednym panelu na Festiwalu Literacki Lądek. Jej nazwisko nie było mi znane. Przed naszym spotkaniem postanowiłam zakupić jej książkę. Kinga akurat stała obok mnie i podpisała egzemplarz.

Powieść wybrałam po przeczytaniu opisu wydawcy, który cytuję powyżej. Zaczęłam czytać w drodze powrotnej do Rzeszowa i przepadłam! Skończyłam kolejnego popołudnia.

Takie romanse lubię – wątek książkowy, wyrazista główna bohaterka i oczywiście miłość. Laura ma poczucie humoru i jest totalną romantyczką – jak ja. Do tego jeszcze świąteczna atmosfera – przepis na idealną komedię romantyczną gotowy! Ta historia rozgrzewa serca nie tylko zimą. Czytanie o Bożym Narodzeniu w weekend majowy? Dlaczego nie! Romantycznym duszom to nie przeszkadza 😉

W książce są przekleństwa i elementy erotyki, ale w moim odczuciu autorka nie przekroczyła granicy dobrego smaku. Między bohaterami iskrzy. To widać, czytać i czuć.

“Jak się pisze miłość” to romans dla romantycznych dusz, które szukają w powieściach motywu książek, wielu emocji i powodów do wzruszeń.

Od prawej: Agnieszka Lis, Sabina Waszut, Kinga Tatkowska, Magdalena Kordel i ja na Festiwalu Literacki Lądek.

„Dom przy starym młynie” – Małgorzata Lis

Małgorzata Lis, Dom przy starym młynie, Wydawnictwo Dobre Strony 2026.

Tekst powstał w ramach współpracy reklamowej z wydawcą.

Historii nie pisze przyszłość. Historii nie tworzymy, znając konsekwencje wyborów tłumu czy jednostek. Historia tworzy się tu i teraz, by miała realny wpływ na przyszłość. By mogła być odkrywana i analizowana przez kolejne pokolenia. By stanowić dziedzictwo. Pamięć. I ostrzeżenie – choćby to, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Historia to fundament tożsamości człowieka.

Myślę, że tym historia jest dla Małgorzaty Lis – autorki, której nazwisko przez długi czas było dla mnie nazwiskiem rozpoznawczym dla powieści z boskim akcentem, opowieści z wiary. Dziś Małgorzata Lis, kolejny raz, daje się poznać jako historyczka. Jest nią z wykształcenia. Jest nią też z pióra. W sposób niezwykle przejmujący opowiada o przeszłości. O historii naszego kraju i o historii rodziny swojego męża. Opowiada i uczy. Niczym profesor w szkole zamiast wskaźnika przy tablicy, bierze pióro i kreśli nim na kartach nowej powieści zawsze aktualne przypomnienie o tym, że przeszłości nie da się raz a dobrze zamknąć, osadzić w ramkach. Przeszłość ma realny wpływ na to, co dzieje się dziś. Kształtuje naród, kształtuje człowieka. Kształtuje wybory zawodowe i miłosne. Tak jak w najnowszej powieści Małgosi, „Dom przy starym młynie”. Zapraszam, wejdźcie do środka.

Bardzo lubię powieści, których akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Szczególnie chętnie sięgam po te książki, które przedstawiają lata II wojny światowej. Do lat 1939-1947 zaprasza nas Małgorzata Lis, a właściwie zaprasza jej bohaterka, Weronika. Rozmowy z babcią, poszukiwanie swoich korzeni i podróże śladami historii jej najbliższych wpływają na teraźniejszość i przyszłość dziewczyny, a właściwie kobiety. Trzydziestoparolatka stoi na rozstaju dróg. Nie ma pracy, traci dach nad głową w stolicy. Wraca do babci i do mamy. Tym powrotem rozpoczyna swój powrót do przeszłości. Odkrywa rodzinne tajemnice i uczy się historii przodków oraz mieszkańców Zwolenia i okolic w towarzystwie Huberta. Poznali się przypadkiem i teoretycznie kompletnie do siebie nie pasują. Ale miłość nie znosi teorii. To praktyczka, która porusza się według kompasu zwanego sercem…

Kiedy Weronika poznaje losy babci i jej najbliższej rodziny, razem z nią cofamy się do lat wojny. W sam środek piekła, które Niemcy, a potem Sowieci, zgotowali Polakom i Żydom. W sam środek piekła, które człowiek zgotował drugiemu człowiekowi. Jednocześnie ludzie robili wszystko, by nie zatracić w sobie resztki człowieczeństwa. By nie dać zdeptać godności. Swoje codzienne obowiązki wykonywali wśród terroru okupantów. Lęk, trudne wybory i dzieciństwo pozbawione beztroski – to była ich rzeczywistość. Kto w tej codzienności się poddał? Kto walczył do końca? A kto z dziecięcą odwagą był gotów na wszystko – także na to, by z dnia na dzień dorosnąć?

Analizując losy swojej rodziny, Weronika, a właściwie Małgorzata Lis zaprasza nas do sięgnięcia po albumy, zapiski w naszych domach. Zachęca do rozmów z członkami rodziny, którzy byli świadkami historii i jednocześnie ją tworzyli. Ale i mogą potwierdzić, że pewne wartości, marzenia są niezmienne niezależnie od czasu, miejsca i okoliczności. Miłość i prawda. Wczoraj, dziś i jutro są, a może dopiero powinny się stać, przewodnikami dla każdego z nas.

Autentyczne wydarzenia z życia babci męża Autorki i czasy współczesne znane nam doskonale – dwie historie tworzą całość, jak w życiu. Choć fikcja przeplata się w tej powieści z prawdą, wielu z nas odnajdzie w tekście relacje we własnej rodzinie, własne wątpliwości i odpowiedzi na trudne pytania. Lektura jest pełna refleksji i jednocześnie wciąga od pierwszej strony. Przepięknie wydana – nie tylko dzięki okładce, która doskonale oddaje klimat powieści ani dzięki barwionym brzegom, które cieszą oko książkoholików. Myślę, że największym atutem „graficznym” są zdjęcia z rodzinnego archiwum Autorki. Fotografie budzą wiele emocji. Dziękuję, Małgosiu, że podzieliliście się nimi z czytelnikami. 

„Dom przy starym młynie” to powieść pisana przepięknym językiem. Zarówno w rozdziałach poświęconych czasom współczesnym, jak i we fragmentach dotyczących wojny i pierwszych miesięcy rzeczywistości PRL-u, wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Dźwięki, zapachy, faktury, obrazy – w mojej głowie przesuwały się kolejne kadry. 

Książkę wydało Wydawnictwo Dobre Strony. To pierwsze wspólne dziecko Wydawnictwa i Małgosi. Myślę, że to dopiero początek tej współpracy. Opartej na wzajemnym zaufaniu oraz szacunku – do słowa, do czytelnika, do historii, która w tym przypadku ma podwójne znaczenie. Historią jest bowiem powieść. Historia to prawdziwe wydarzenia, które opisuje Autorka. Obie mają wspólny cel – zaprosić czytelnika w podróż do przeszłości i odkrywania własnych korzeni. Kto wie, może pośród Waszych rodzinnych tajemnic kryją się te, które na zawsze mogą zmienić przyszłość…?