„Siła rzeczy” – Roma Ligocka

Read More
siła rzeczy

Roma Ligocka, Siła rzeczy, Wydawnictwo Literackie 2021.

Ta książka do mnie przyszła sama. Nie spodziewałam się jej. Nie planowałam lektury. Przyszła. Cichutko zapukała do serca, obiecując, że czas z nią spędzony, będzie niezapomniany. Poprosiła duszę, by otworzyła się na to, co ma do opowiedzenia. Cóż mogłam zrobić? Od razu po otrzymaniu paczki zaczęłam czytać, skończyłam kolejnego dnia. Siła rzeczy – nowa książka Romy Ligockiej – to opowieść o sile i radości, które płyną z codzienności. O woli przetrwania w przededniu wojny i podczas pierwszych tygodni pandemii. Sile, którą paradoksalnie można otrzymać od tylko pozornie zwykłych rzeczy.

Ponad rok temu, w Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, Roma Ligocka gościła swoich czytelników online, we Francji. Już wtedy zdradziła plany dotyczące „Siły rzeczy”:

„Chciałabym napisać chociaż jeszcze jedną książkę, w której zawarte byłoby zarówno doświadczenie wojny i mojej babci, tego pogodnego i spokojnego Krakowa i w ogóle świata, na który spadła katastrofa wojny. Połączyć to w jakiś sposób z moim doświadczeniem dzisiejszym, połączyć z tym, jak spadło na nas to straszne doświadczenie, bądźmy szczerzy – ono jest straszne. I jeżeli jakoś z niego wyjdziemy, to na pewno silniejsi, ale na razie musimy z niego wyjść. Połączyć te dwie rzeczy, te dwa kataklizmy w jednym życiu. Bo pierwsze doświadczenie, które opisuję, działo się w momencie, w którym się urodziłam, natomiast to, o którym piszę teraz, jest w momencie, w którym już trochę na tym świecie jestem i chciałabym jeszcze trochę na nim pobyć…” .

Roma Ligocka dla Wydawnictwa Literackiego

Udało się. Książka powstała i jest już w rękach czytelników. Czerwona, w twardej oprawie, pachnąca. Słowo pisane przeplatają zdjęcia – świadectwa końcówki lat pokoju – z archiwum prywatnego Autorki oraz fundacji i zbiorów państwowych. Podpisane, opisane, także mówią do czytelnika. Są utrwaleniem tego, co bezpowrotnie minęło. A słowo pisane? Dotyczy lat 1938-39 oraz wiosny 2020 r. Roma Ligocka wraca do historii swoich przodków – dziadków, matki, ciotek i wuja.

Akcja książki rozgrywa się dwutorowo. Mamy dwie narratorki – Romę Ligocką i jej babkę, Annę.

Rok 1938. Anna Abrahamer zajmuje się domem, ogrodem, wyczekuje narodzin swojej wnuczki Romy. Latem wyrusza w pierwszą w życiu podróż na Lazurowe Wybrzeże. Jeszcze cieszy się codziennością, urokami świata, jeszcze wierzy w przyszłość swoją i swoich bliskich. Jednocześnie czuje już narastającą wokół niepewność, zbliżającą się katastrofę…
Rok 2020. Roma Ligocka, wnuczka Anny, wyrusza w podróż do Nicei. Zamierza wrócić do opowieści o swojej rodzinie, dopisać do niej ostatnie karty. Chce pójść śladami babci, napisać za nią pamiętnik, przywrócić czas, który przeminął, piękny, tajemniczy, przedwojenny… Tam
właśnie, w Nicei, zaskakuje ją pandemia i nagle jej los i losy Anny Abrahamer w zdumiewający i nieoczekiwany sposób splatają się ze sobą.

I Anna, i Roma mierzą się z realnym zagrożeniem. Dla babci zagrożenie miało symbol SS, głos Hitlera i huk wystrzałów. Dla Romy zagrożenie to wirus, który, zdaniem epidemiologów, pochłonie miliony ludzkich istnień. Dziewczynka, która po likwidacji getta ukrywała się wraz z matką przed Niemcami, to kobieta ukrywa się przed wirusem. Nie wychodzi z bezpiecznej kryjówki, choć widmo kwarantanny wydaje się nie do zniesienia. Opuszczanie nicejskiego mieszkania pod pretekstem sprawunków to jedyna nić, którą łączy ją ze znanym jej dotąd światem.

Jakże szybko ja, wychowana w getcie, dorastająca w komunizmie, uczę się nowej legalności: chodzenie z bagietką czy bochenkiem chleba jest legalne, bez bagietki już nie.

Losy Anny i Romy stają się podobne. Łączy je tęsknota za zwyczajną codziennością, tęsknota za spokojnym światem. Łączy je chęć ocalenia wspomnień. Łączy je siła rzeczy, która staje się motorem w wykonywaniu zwyczajnych czynności.

Dziś widzę, jak rzeczy z pozoru nieważne odrywają nad od smutnych myśli, dodają nam spokoju, dodają sił.

str. 158

Pamięć, więzi pokoleń – czytelnicy stają się świadkami, wręcz towarzyszami Autorki w spacerze śladami rodziny. Kroczymy Lazurowym Wybrzeżem, celebrując codzienność i wspominając czasy, które zostały brutalnie przerwane prze Zagładę. Przemierzamy Kraków – upalny, letni, zapraszający do wspólnej zabawy i relaksu na Plantach. Ale wspominamy też wydarzenia sprzed roku – marzec 2020, w którym wszyscy stanęliśmy oko w oko z zagrożeniem zdrowia i życia.

Poznaj, jak wielka może być siła rzeczy. Chwyć za rękę Annę, chwyć za rękę Romę. Rusz z nimi w wyjątkową podróż. Krocz wspomnieniami, podążaj śladami rodziny. Ocalaj od zapomnienia codzienność, celebruj to, co wydaje się stałe, bo jak wszyscy wiemy po doświadczeniu pandemii, normalność w sekundzie potrafi zamienić się w niedostępność.

„Czas nadziei” – Joanna Kruszewska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
czas nadziei

Joanna Kruszewska, Czas nadziei, Wydawnictwo FILIA 2021.
#MamaDropsaCzyta

Pióro Joanny Kruszewskiej cenię od pierwszego spotkania. Z radością wzięłam więc do rąk kontynuację powieści „Czas leczy rany”. „Czas nadziei” – książka, która miała swoją premierę kilka dni temu, to piękna, słodko-gorzka opowieść o przewrotności losu, o miłości, sile przyjaźni, poszukiwaniu szczęścia, zaufaniu, zdradzie i o czasie, który mimo wszystko daje nadzieję.

Czas na Podlasiu mija powoli, a spokojne wieczory otulają ciepłem na długie godziny. Pachnące słodyczą wnętrze małej cukierni, wydaje się być idealnym miejscem na chwilę odpoczynku i zadumy przy filiżance gorącej czekolady. W takich chwilach dobrze jest mieć tuż obok dłoń, która przyjaźnie ułoży się na ramieniu i da znać, że wszystko co dobre, niekoniecznie jest za nami. Rodzinne tajemnice powoli wychodzą na światło dzienne. Helena staje się beztrosko nieuważna, przyjmując za pewnik stałość własnego małżeństwa. Małgorzata postanawia pozostawić sprawy własnemu biegowi i nie ingerować w to, co szykuje dla niej los. Nawet gdy ten przekornie postanowił przyciągnąć do siebie ludzi, którzy z założenia nie powinni być razem.

opis wydawcy

Tak jak czas na Podlasiu mija powoli, tak i akcja powieści toczy się na początku nieśpiesznie. Iwonie trudno się przyzwyczaić do nieobecności Leszka w domu, do pustki, jaką po sobie zostawił. Żyli przecież według utartych schematów, przyzwyczajeń, wiele rzeczy robili razem. Tworzyli ze sobą harmonijną całość, jak splecione ze sobą sosny na fotografii. Wciąż trudno było jej zrozumieć postępowanie męża. Nie wiedziała, jak pozbyć się wspomnień z kilkudziesięciu lat życia. Nie można przecież zapomnieć pewnym sensie połowy siebie. Lena martwiła się o matkę, często do niej zaglądała, ale miała mnóstwo swoich obowiązków – praca w kawiarni, dzieci, dom. Na Roberta też nie zawsze mogła liczyć. Czuła, że też oddalili się od siebie. A jego z kolei nie opuszczało dziwne poczucie braku. Tylko czego? A co u Leszka i Małgorzaty, która, pojawiając się po kilkudziesięciu latach z pewną tajemnicą, zburzyła spokój całej rodziny? Jakże jej trudno się oswoić z odejściem mamy. Wciąż w głowie bohaterki pojawiało się za dużo pytań bez odpowiedzi. Czy udało się jej nawiązać właściwe relacje z ojcem i z jego rodziną? Co tak naprawdę mogło być przyczyną złego samopoczucia Leszka?

Pewna para bohaterów mocno mnie irytowała, bo między nimi nie miało prawa się nic zdarzyć, zaiskrzyć. Jak można unikać myślenia i analizowania sytuacji na trzeźwo? Jak można chcieć tylko czuć? Żyć chwilą, niczym więcej i nie wybiegać w przeszłość. Tym bardziej, że bohaterka powieliła schemat swojej matki, a nawet więcej – uczeń przerósł mistrza. Los bywa jednak przewrotny. A zakończenie jest znowu zaskakujące… Daje nadzieję na ciąg dalszy.

Powieść czytało mi się bardzo dobrze. Jest podzielona na krótkie rozdziały. Mamy w niej do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, co pozwala nam wniknąć do serca i myśli bohaterów. Krok po kroku, powoli coraz to nowe tajemnice rodzinne wychodziły na światło dzienne…

Na początku powieści kolejne zdarzenia były jak puzzle porozsypywane na sporej przestrzeni. Niezwykle trudno było je ułożyć w sensowny obrazek. Czegoś tu jeszcze brakowało. Za dużo było niedomówień. Za dużo przeskoków w czasie. Każdy z bohaterów miał podarowany czas na przemyślenia, snucie refleksji, ucieczkę do przeszłości, do wspomnień, znalezienie jakiegoś wyjścia z tej skomplikowanej sytuacji. Każdy szukał jakiegoś punktu zaczepienia, który rozpocząłby nowy rozdział życia. Myśli niepokorne nie układały się należycie, one wciąż biegły, przeskakiwały, zmieniając tory, uprawiały samowolkę. Każda z postaci zbyt kurczowo trzymała się swojej racji. Jakże trudno pogodzić się z pewnymi myślami, niektóre nigdy nie zostaną zaakceptowane.

Każdy człowiek popełnia błędy, niektórzy nawet niewybaczalne. A może z czasem uda się jednak uzyskać zapomnienie? Rodzina jednak zawsze powinna się wspierać i na siebie liczyć. Każdy ma do odegrania jakąś rolę w życiu. Najważniejsze, żeby odegrać ją dobrze. I w zgodzie z samym sobą. I znalazł się w rodzinie ktoś, kto sprawił, że puzzle zaczęły się ze sobą łączyć, wpasowywać we właściwe miejsca i układać, zamknąć w całość. Być może owo zamknięcie pozwoli otworzyć wszystko na nowo? Wystarczy zacząć dostrzegać i doceniać drobne radości i gesty, a nie rozdrapywać rany i rozpamiętywać ciągle to, czego się nie powinno. Czas leczy rany i czas daje nadzieję.

„Czas nadziei” to świetnie napisana historia o bardzo zawiłych i skomplikowanych relacjach rodzinnych – lekkim stylem, pięknym, emocjonalnym językiem z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami, których losy wywołują w nas mnóstwo różnych emocji i uczuć, istny rollercoaster. Skłaniają także do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu,  czego należy unikać a z czym natomiast walczyć.

Polecam z całego serca lekturę na letnie wakacyjne wieczory. Wystarczy tylko zaparzyć dzbanek dobrej herbaty, do czego zapraszają zielone filiżanki z pięknej i subtelnej okładki. A zieleń to przecież symbol nadziei.

Wydawnictwu FILIA dziękuję serdecznie za egzemplarz do recenzji.