„Cztery pory mostów” – Renata Czerwińska (patronat Mamy Dropsa)

Renata Czerwińska, Cztery pory mostów, Wydawnictwo Pomoc 2025.

#MamaDropsaCzyta – patronat medialny

tekst powstał w ramach współpracy reklamowej z Wydawcą

Zbudujmy sobie most, wcale nie musi być duży,

wystarczy całkiem mały, dla naszych do siebie podróży.

Kamienny albo drewniany – no choćby kładka nieduża,

nad naszą strugą czasu, gdzie każda noc się zanurza.

Zbudujmy sobie most, wcale nie musi być duży,

wystarczy całkiem mały, dla naszych do siebie podróży.

Gdzie gwiazdy biorą kąpiel, a księżyc trzyma straż,

zbudujmy go sobie razem – nie będzie tylko nasz.

Wuka do melodii Jacka Beszczyńskiego

Jak dobrze, że Renata Czerwińska zainspirowana przygodami niezwykłego detektywa kota Mruczysława napisała otulającą ciepłem powieść obyczajową dla dorosłych, która ukoiła moją tęsknotę za powieściami z cyklu „Opowieści z Wiary”. Spotykamy w niej tych samych bohaterów – tylko bardziej dorosłych. 

Jest to powieść o relacjach z Bogiem, wybranymi Świętymi, o relacjach międzyludzkich, o budowaniu mostów między ludźmi, co nie zawsze nam wychodzi. To nie jest takie proste, ale jest możliwe. Jej przekaz jest jasny i z pewnością pomoże niejednemu czytelnikowi zbudować, naprawić, zacieśnić popsutą relację z drugim człowiekiem. Doda odwagi do zrobienia pierwszego kroku. Znalazłam się w takiej sytuacji, że i ja jej potrzebuję, ale wciąż się waham.

Ujęła mnie w tej powieści kreacja bohaterów i ich historii, Są to „normalni” a nie idealni ludzie, z krwi i kości, autentyczni, jakich możemy znaleźć wokół siebie. Dźwigają ze sobą bagaże różnorodnych doświadczeń życiowych, które pomagają im dźwigać bliscy lub zdejmują z ich pleców, tłumacząc, że nasze dorosłe życie nie musi być zdeterminowane przeszłością. Wszystko można przepracować dzięki modlitwie, rozmowie z żoną, mężem, dzieckiem czy przyjaciółmi ze wspólnoty. Bohaterowie wspierają się, niosą wzajemnie pomoc, dają sobie nadzieję na lepszą przyszłość, poczucie bezpieczeństwa, dobro. 

Bohaterowie to kilka rodzin tworzących od lat zgraną paczkę przyjaciół – mieszkający w Toruniu i okolicy: Wojciechowscy, Andrzejewscy, Chabasińscy, Grzybowscy, Banaszkiewiczowie, Michałowscy i kilkanaścioro dzieci, profesorowie Osińscy, Sanoccy z Wrocławia, ks. proboszcz Rafał z wyrębskiej parafii bez Mruczysława, ale za to z trzema kotami. Połączyła ich wiara w Boga, przynależność do wspólnoty, wspólne pasje jak miłość do historii, do muzyki, do przyrody, natury, do łazikowania, do spacerów, jazdy na rowerze, biegania wreszcie do literatury. Najmłodsze pokolenie to studenci lub poszukujący swego miejsca na ziemi, uczniowie, są skautami, ministrantami. Czytelnik łatwo przenika do świata przedstawionego powieści, by towarzyszyć w ciągu czterech por roku w zwykłym życiu niezwykłych bohaterów. Sprawę ułatwia ściągawka na początku powieści, bo początkowo można się pogubić wśród rodzin i pomylić ich dzieci. Ich losy bowiem wzajemnie się przenikają. W związku z dużą ilością bohaterów nie ma mowy o nudzie. Och, dzieje się tu, dzieje w zależności od pory roku. 

Czytelnik przenosi się z miejsca na miejsce – z gwarnych domów bohaterów na obóz skautów na polu namiotowym i sportowe rywalizacje, wieczorne uwielbienie, a to znowu spacery po lesie, odpoczynek na działce, robienie przetworów. Towarzyszymy Klarze przeżywającej pierwsze zauroczenie. Antidotum na zjadający dziewczynę smutek okaże się praca w redakcji. W końcu i na jej ścieżce pojawi się przyjaciel, z którym połączy go pewna wyprawa. Przeżywamy radości, smutki, choroby bohaterów, ich odejście. Bo takie jest życie. Jest to także powieść o konfliktach między bohaterami, o przebaczeniu, bo nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Uczestniczymy w zwykłym życiu niezwykłych bohaterów, którzy uczą się wciąż siebie. Podobało mi się bardzo rozładowywanie napięcia humorem, wbijaniem szpilki z odrobina sarkazmu czy ironii. Kogoś bliskiego mi to przypominało.

Przekonałam się, że można zorganizować świetną, bezalkoholową zabawę sylwestrową z wodzirejem. Poznałam też metodę dr Półtawskiej, którą Staszek stosował podczas napiętej sytuacji z żoną Asią: „Nie kłóć się z żoną, całuj!” 😊

Wypracowali sobie przez lata fajną, zgraną relację. Byli jak tandem wybierający się w drogę po Podlasiu i Białostocczyźnie, jak para górskich włóczykijów z piosenek Domu o Zielonych Progach czy grupy Na Bani, wyruszająca na szlak w nieznane. Autorka pokazała też, jak pięknie może się rozwijać relacja między ojcem i córką. Cicha obecność taty, ale jakże była potrzebna Klarze.

Nie będę Wam więcej zdradzać szczegółów z życia rodzin, żeby nie odebrać emocji podczas lektury.

Wspomnę jeszcze o relacjach z Bogiem, ukazanym jako najlepszym Tatą, z którym można robić kanapki z pasztetową i ogórkami. Można porozmawiać, pomilczeć, uwielbiać, dziękować i chwalić za to, jaki jest dobry. Darek już jako dorosły zaczął nawiązywać relacje z Bogiem. Razem z żoną należeli do wspólnoty neokatechumenalnej a potem charyzmatycznej.

Powiedział Pan: Ja twoje serce znam, znam każdy lęk, nadzieję znam, nigdy nie będziesz sam…

Bóg. Przecież teraz już wiedziała, że jest. Na nowo. Zna jej drogi, tak jak w tej piosence. Widział, kiedy było jej tak źle z powodu Szymka. I kiedy rodziła się jej przyjaźń z Wojtkiem. Widział umierającą panią Hanię. I pana Andrzeja, kiedy nie chciał żyć. Panią Anię, kiedy robiła strategiczne zdjęcie. Tego trzpiota Anielę i wariata organistę Hoppe-Klamkę. Mamę. Gabi i Zuzię. Ciocię Asię w kolejnej ciąży i wujka, który nie był chodzącym ideałem, ale za swoją rodzinę i przyjaciół dałby się pokroić. Tatę, kochanego tatę z czarną plamką na paznokciu i szorstkimi dłońmi. Tatę, który niewiele mówił, ale był jak Święty Józef. Wiedziała, że ten Pan, co zna serce, nie spuści z niej wzroku. Ani z Wojtka. Będzie dobrze.

Atutem powieści jest także styl, chwilami gawędziarski, z rozmachem ukazane są losy bohaterów oraz język barwny, obrazowy, pełen różnorodnych emocji i uczuć, zaprawiony humorem, ale i nafaszerowany poetyzmami jak drożdżowiec rodzynkami a także nawiązaniami literackimi. Powieść bawi, uczy, wzrusza do łez, skłania do refleksji. Każdy czytelnik może z niej wynieść wiele cennych wskazówek do własnego życia, poznając wartości, zasady życia każdej rodziny bohaterów  z perspektywy jej członków.

Polecam z całego serca powieść na długie zimowe wieczory. To idealny prezent dla kogoś bliskiego.

Dziękuję Wydawnictwu i autorce za zaufanie, jakim dla mnie jest zaszczyt objęcia tej jakże wartościowej powieści patronatem medialnym.

„Święta na ulicy Miłosnej” – część 1. opowiadania

Aniela Adamska strzepała z ramienia wilgotne płatki śniegu, choć to było całkowicie zbędne. Przecież śnieżynki ani nie zawadzały na czerwonym płaszczu, ani jej nie widziały. Nieświadome wyjątkowego gościa powoli spadały na ziemię, jedna za drugą, utrwalając puchową kołderkę chodników i trawników. Ubierały drzewa w najpiękniejsze, białe kreacje, które zwisały z gałęzi niczym tiulowe rękawy balowych sukni.

Ulica też była gotowa na grudniowe świętowanie. Na miejskich latarniach pojawiło się oświetlenie. Pierniczki, dzwoneczki czy sanie świętego Mikołaja dodawały blasku, kiedy zachodziło słońce. W oddali, na centralnym placu miasteczka, dumnie prezentowała się kilkumetrowa choinka ubierana 1 grudnia wspólnie przez włodarzy i mieszkańców. Złotoczerwone bombki, łańcuchy i okazała gwiazda na czubku drzewka były jak latarnia morska prowadząca do brzegu tych, którzy w codziennej gonitwie zapominali o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Górowała nad szopką, która stopniowo miała się zapełniać figurami Świętej Rodziny oraz towarzyszących im zwierząt oraz pasterzy. Póki co, drewnianą konstrukcję wypełniono sianem, a na jej środku ustawiono żłóbek. Był pusty. Jeszcze. 

Aniela szła szybkim krokiem. Pokonywała kolejne metry chodnika, zostawiając ślady butów na nieodśnieżonych fragmentach kostki. Kompletnie się tym nie przejmowała. Miała inne sprawy na głowie. Odkąd bywała tu w innym niż dotąd charakterze, wciąż miała wrażenie, że ktoś na nią czeka. A przecież nikt nie wiedział, że regularnie odwiedza księgarenkę przy ulicy Miłosnej. Bo przecież nikt jej nie widział… Choć właścicielką miejsca była dość krótko, zdążyła je pokochać. Zdążyła pokochać przede wszystkim Olę, do której się tak spieszyła. Olę, która nie miała pojęcia, kto za chwilę przekroczy próg i wprawi w ruch charakterystyczny dzwoneczek.

W księgarence na Miłosnej było dziś wyjątkowo gwarno. Nikt nie zwrócił uwagi na radosny dźwięk, zwiastujący otwarcie drzwi. Może nikogo już nie zdziwił tego dnia? W końcu drzwi otwierały się i zamykały niemal bez przerwy. Trwały przygotowania do „Zaczytanej, świątecznej Miłosnej”, autorskiej akcji Aleksandry Szulc, a właściwie od niedawna Aleksandry Adamskiej. W momencie, w którym Aniela weszła do środka, dziewczyna dyskretnie spoglądała na prawą dłoń i połyskującą na serdecznym palcu złotą obrączkę. 

– Szulcowa, na miłość do literatury! – Do rzeczywistości świeżo upieczoną żonę przywołał głos Zosi, jej najlepszej przyjaciółki. – Trzy miesiące od ślubu, a ty nadal w szoku, że brylanty nosisz. – Rudowłosa fotografka pokręciła głową. – Nie masz innych rzeczy do roboty? – Wskazała dłonią na księgarenkę. – Zaraz zaczynamy, a gwiazdy wystąpienia jeszcze nie ma! 

Aniela uśmiechnęła się pod nosem. Tak, tylko panna Wilczyńska potrafiła sprowadzić Olę na ziemię. I miała rację – roboty było pełno, choć wnętrze księgarenki zapełniało się charakterystycznymi dla świątecznego okresu ozdobami. 

Na środku każdego z okrągłych stolików stały lampki, a właściwie elektryczne świeczki zamknięte w srebrnych latarniach z uchwytem. Otulone były sztucznymi gałązkami choinkowymi, do których przyczepiono złote gwiazdki. Na półkach z książkami pojawiły się światełka, okalając tytuły delikatnym światłem. Śnieżynki, gwiazdki, aniołki – każdy regał miał inny motyw przewodni. Świąteczny klimat dopełniały tekstylia na parapetowych siedziskach – poszewki i koce. Było przytulnie. Po prostu przytulnie. Księgarenka na Miłosnej zamieniła się na księgarenkę na Świątecznej, ale wszystko odbyło się z zachowaniem umiaru. Bożonarodzeniowe i zimowe akcenty stanowiły dodatki, ozdoby. Nie dominowały nad wnętrzem. Aniela pomyślała, że o ten umiar z pewnością zadbała jej synowa. Uśmiechnęła się pod nosem i gwałtownie odwróciła.

Drzwi, które ozdabiał wieniec z czerwoną kokardą, ponownie wprawiły w ruch dzwoneczki. W progu stanęły panie Małecka i Lisiecka. Na wycieraczce strzepały śnieg z butów i trzymając w dłoniach plastikowe torby, zaczęły zdejmować płaszcze.

– Pomogę! – Ola zajęła się ich pakunkami i przejęła siatki od członkiń czytelniczego klubu.

– Punktualność nie jest mocną stroną pań, co? – zagadnęła Zosia, ustawiając obiektyw w swoim aparacie. Skierowała go na przybyłe sąsiadki i zrobiła zdjęcie. – Dzień dobry – uśmiechnęła się szeroko. – A to co? – Na podglądzie fotografii zauważyła białą plamę w rogu i zmrużyła oczy. 

– Dzień dobry. Od przywitania powinnaś zacząć – fuknęła Małecka.

– Śniadanie po roratach się przedłużyło – usprawiedliwiła siebie i koleżankę Lisiecka. 

– To po mszy się coś je?

– Pokarm dla ducha, pokarm dla ciała. 

– Będę pamiętać, pani Tereso! – obiecała fotografka. – Są panie przygotowane?

– Witaj, Anielko! – Adamska podskoczyła, słysząc znajomy głos. Obok niej stanął Władysław, pierwszy właściciel księgarenki na Miłosnej. – Pierniczka? – Podsunął pod jej nos talerzyk wypełniony korzennymi przysmakami, chichocząc jak mały chłopiec. – Małecka ma talent do plotkowania i do pieczenia, tego nie można jej odmówić – przyznał z pełną buzią, odstawiając talerzyk na sąsiadujący z oknem stolik. 

– A ty masz talent do podjadania – westchnęła z przyganą.

– Te pierniczki powstały w szczytnym celu, w doborowym towarzystwie – przypomniał Władysław i natychmiast uchylił kapelusza. Zawsze tak robił, kiedy Ola mijała go podczas jego pobytu w księgarence. Dziewczyna była tego kompletnie nieświadoma, ale uważał, że nie zwalnia go to z dobrego obyczaju. I z ogromnej sympatii, jaką obdarzył pracownicę tego miejsca. – Chyba zaraz się zacznie – szepnął, prostując się. – Na przodzie zostały tylko dwa wolne miejsca, pewnie dla Oli i Zosi. 

– Pewnie tak – potwierdziła Aniela i spojrzała w stronę lady.

Miejsce, gdzie zazwyczaj płacono za zakupione egzemplarze, kawę czy herbatę, które towarzyszyły podczas lektury, zamieniło się w centrum dowodzenia. Na blacie otoczonym zielonymi gałązkami leżały książki o tematyce świątecznej oraz stała tablica. Ola napisała na niej kredą tytuł spotkania. Obok tablicy umieszczono czerwone pudełka ze słodką niespodzianką. Pracownica księgarenki oparła się o blat i uśmiechnęła niepewnie do zebranych. Popatrzyła na każdego gościa. Były członkinie koła czytelniczego, z paniami Lisiecką i Małecką na czele. Przy kolejnym stoliku siedziała Michalina Sarnecka z Krystyną Wolską, babcią jej narzeczonego. Obok nich wolne miejsca zajęli Irena i Antoni. Ola poczuła ciepło w sercu. Uświadomiła sobie, że niedługo będę obchodzić pierwszą rocznicę ślubu. Pamiętała dokładnie zeszłoroczną uroczystość. Ślub w Boże Narodzenie po kilkudziesięciu latach życia osobno. Historia kucharki z willi przy Perłowej i jej ukochanego ze szkolnych lat była idealnym materiałem na książkę! Za nimi na krzesłach siedziały mama i siostra Zosi. Przy kolejnych stolikach na rozpoczęcie świątecznego czytania czekało wielu mieszkańców miasteczka – stali lub okazjonalni klienci księgarenki. „Dobre duchy tego miejsca” – pomyślała Ola, a jej wzrok powiódł ku oknu i parapetowi. Był pusty, nikt nie opierał się o poduszki, nikt nie korzystał z miękkiego siedziska. Czuła, że to pozory. Czuła, że to miejsce jest zajęte. Przez dwoje najważniejszych gości południowego spotkania. Wzięła głęboki oddech. Mogli zaczynać!

– Nie możemy zaczynać! – wyszeptała jej wprost do ucha Zosia. – Rozwadowskiego jeszcze nie ma. – Pojawienie się w miasteczku popularnego aktora zelektryzowało lokalną społeczność. Mężczyzna bywał rzadkim gościem w okolicy i raczej stronił od zainteresowania mieszkańców. Cenił przytulność i prywatność, jaką dawały mu chwile spędzone w willi przy Perłowej. To tam zatrzymywał się, kiedy doglądał remontu domu odziedziczonego po przodkach. 

– Nie przyjechał z willi z Michaliną i panią Krysią? Byłam pewna, że czeka w samochodzie! – jęknęła Ola. – Co my teraz zrobimy? 

– Miśka próbuje się do niego dodzwonić. – Rzeczywiście. Michalina wstała od stolika i podeszła do okna. Przyłożyła telefon do ucha i czekała, aż ktoś po drugiej stronie odbierze połączenie. 

– Nie będziemy tu stały jak dwie solniczki – zdecydowała Zośka. – No co? – wzruszyła ramionami, widząc zdziwione spojrzenie przyjaciółki. – Określenie „słup soli” niezbyt do nas pasuje. – Klasnęła w dłonie i zwróciła się do Krystyny: – Pani Krysiu, jest tu pani w charakterze przedstawiciela willi przy Perłowej – powiedziała głośniej, by zwrócić uwagę wszystkich zebranych. Udało się. Rozmowy przy stolikach ucichły i wszystkie oczy skierowały się w głąb sali. 

– Tak, dzień dobry… – Krystyna delikatnie podniosła się z krzesła i niepewnie uśmiechnęła. Nie spodziewała się osobistego powitania.

– Dzień dobry! Bardzo się cieszymy, że dołączyła pani do akcji… – Fotografka szturchnęła Olę łokciem. 

– „Zaczytana, świąteczna Miłosna”! – dokończyła pracownica księgarni. – Witam wszystkich państwa serdecznie! – w odpowiedzi usłyszała brawa i szept Zośki:

– Wiesz już, co robić. Tylko się nie czerwień jak debiutantka na wydaniu. Idę cykać fotki. – Po chwili kobieta znalazła się między stolikami, a jej twarz zasłonił obiektyw. 

– Cieszę się, że przyjęli państwo moje zaproszenie na przedpołudniowe, właściwie południowe – zerknęła kontrolnie na zegarek na lewym nadgarstku, – spotkanie. Zosia już zaczęła przedstawiać pierwszych honorowych gości, pozwólcie, że będę kontynuować, a właściwie… – Wzięła głęboki oddech. – Zacznę od… pustych krzeseł przy pierwszym stoliku. One… nie czekają ani na mnie, ani na Zosię. One symbolizują puste nakrycie przy wigilijnym stole. – Głos zaczął drżeć, zdradzając emocje. – Dziś nie spotykamy się przy wigilijnym stole, ale na świątecznym czytaniu, w naszej księgarence. Tego miejsca by nie było, gdyby nie dwoje nieobecnych… – Jej wzrok niemal automatycznie powędrował do okna, na parapet. – Władysław Brzozowski i Aniela Adamska. Pierwszy właściciel księgarenki i ostatnia właścicielka tego miejsca – urwała, a w głośniku połączonym z telefonem Zosi wybrzmiały pierwsze dźwięki „Kolędy dla Nieobecnych”. 

A nadzieja znów wstąpi w nas

Nieobecnych pojawią się cienie

Uwierzymy kolejny raz

W jeszcze jedno Boże Narodzenie

I choć przygasł świąteczny gwar

Bo zabrakło znów czyjegoś głosu

Przyjdź tu do nas i z nami trwaj

Wbrew tak zwanej ironii losu

Daj nam wiarę, że to ma sens

Że nie trzeba żałować przyjaciół

Że gdziekolwiek są, dobrze im jest

Bo są z nami choć w innej postaci

I przekonaj, że tak ma być

Że po głosach tych wciąż drży powietrze

Że odeszli po to by żyć

I tym razem będą żyć wiecznie

Kolęda się skończyła, ale cisza trwała. Trwały wspomnienia. Powroty do spotkań z Nieobecnymi wymienionymi przez Olę. Niektórzy z uczestników wydarzenia znali ich osobiście. Inni z opowieści. Wszyscy mieli nadzieję, że Aniela i Władysław są tutaj z nimi. Nie tylko od święta. 

– Dziękuję – szepnęła Ola, ocierając łzy płynące po policzkach.

– Pasuje, co? – zagadnął Władysław, zerkając na Anielę.

– Ogromnie. – Kobieta nie kryła wzruszenia. 

– Cicho… Bo po naszych głosach zaraz zadrży powietrze. 

– Dziękuję za tę chwilę refleksji i wspomnień ku czci pani Anieli i pana Władysławowi – Ola uśmiechnęła się z wdzięcznością do zebranych. Pozwolą państwo, że będę kontynuować. Witam serdecznie przedstawicielki willi przy Perłowej, panią Krysię i panią Irenę. – Rozległy się oklaski. – Panie zorganizowały mikołajkową akcję pieczenia pierniczków. Brali w niej udział podopieczni fundacji kancelarii Adamski&Partnerzy. Cieszę się, że we wspólne przygotowywanie wypieków włączyły się przedstawicielki naszego koła czytelniczego – uśmiechnęła się do kobiet. – Pierniczki czekają tutaj – wskazała dłonią na ladę. – W związku z tym, że nasz artysta utknął w korku i dołączy do nas z drobnym opóźnieniem, już teraz zapraszam do degustacji. 

Tak jak przypuszczała, zaproszenia do wspólnego zajadania słodkości, nie trzeba było dwa razy powtarzać. W parach albo pojedynczo goście księgarenki zaczęli podchodzić do blatu, na którym czekały pudełka wypełnione pierniczkami. Po chwili na talerzykach – oczywiście ze świątecznym wzrokiem – zaczęły pojawiać się charakterystyczne dla tego korzennego wypieku kształty. Choinki, gwiazdki, aniołki, bałwanki. Ola zauważyła też ciastko w kształcie pieska. 

– A to jakaś niespodzianka? – zapytała Wiktoria, siostra Zosi. Z dna jednego z pudełek wyciągnęła czerwoną kopertę. Podała ją Oli. 

– Czy to należy do kogoś z państwa? – zapytała, ale nikt nie zareagował.

– Otwórz – ponagliła ją Zosia. – Może to od samego Mikołaja. 

Aleksandra delikatnie rozerwała kopertę i wyjęła z niej kartkę. Spoglądał na nią kudłaty piesek w czapce Mikołaja. Miał duży, czarny nosek, który wyróżniał się na tle jasnego futerka. Pod szyją zwierzaka zauważyła czerwoną obrożę z klamerką w kształcie śnieżynki. Płatki śniegu otaczały pupila. Przeczytała wydrukowane złotym atramentem życzenia Wesołych Świąt. Otworzyła kartkę. Zobaczyła pismo, charakterystyczne dla dziecka. Duże niekoniecznie pisane w jednej linii, literki. Problemy z ortografią, interpunkcją. Jednak poprawność językowa nie miała znaczenia, kiedy do głosu dochodziło serce. Ola była pewna, że to właśnie ono dyktowało wyjątkowy list.

– Co tam jest napisane? – drążyła Wiktoria.

– „Kochany święty Mikołaju! – Adamska odchrząknęła i zaczęła czytać. – Nie zawsze bywałem grzeczny w przedszkolu, ale mamusi słuchałem. Dlatego chciałem cię prosić o książkę o samolotach w twardej oprawie i – wzięła głęboki oddech – o wigilię w cieple, z dużą choinką, prezentem dla mamy i pysznymi daniami. I żeby było dużo ludzi przy stole, bo z mamusią jesteśmy tylko we dwoje i mama mówi, kiedy klęczy z różańcem, że czuje się bardzo samotna. Z góry dziękuję. Życzę szerokiej drogi tobie i reniferom”. – Zamknęła kartkę i pociągnęła nosem. W księgarence zapanowała cisza. Ucichły rozmowy. Nie chrupano ciastek, nie mieszano herbat. Nikt nie spodziewał się, że w pudełku ze słodyczami znajdą tak osobistą wiadomość. Prośbę. Wołanie o pomoc. 

– Trzeba go znaleźć! – oznajmiła Grażyna Wolska, która weszła do księgarenki w trakcie pierniczkowego poczęstunku. Nie patrzyła ani na Olę, ani na kobiety związane z willą przy Perłowej, której była właścicielką. Skupiała się na strzepaniu z rękawa płaszcza płatków śniegu, jakby się obawiała, że przysłonią panterkowy print. – Podarować tę książkę, a na wigilię zaprosić do nas, do willi – powiedziała tonem, jakby to była najbardziej oczywista sprawa na świecie. – Mamy dużą choinkę i w tym roku będzie tłoczno. 

– Myślisz, że to jest możliwe? – Krystyna zapytała córkę, z trudem hamując wzruszenie.

– Przecież święta to czas cudów, prawda?

ciąg dalszy nastąpi…


„Święta na ulicy Miłosnej” to opowiadanie świąteczne nawiązujące do powieści obyczajowych „Księgarenka na Miłosnej” i „Willa przy Perłowej”.

Tło na głównym zdjęciu wygenerowała sztuczna inteligencja