„Szczyty chciwości” – Edyta Świętek (#MamaDropsaCzyta)

Read More
szczyty chciwości edyta świętek

Edyta Świętek, Szczyty chciwości, Wydawnictwo Replika 2020.
Saga: „Grzechy młodości”
#MamaDropsaCzyta

9 czerwca miała miejsce premiera powieści „Szczyty chciwości”, czwartego już tomu niezwykle wciągającej sagi rodzinnej osadzonej w realiach PRL-u „Grzechy młodości” pióra Edyty Świętek, którą uwielbiam za ten szczególny dar tworzenia. To fascynująca, pełna emocji, miłości i dramatów historia polskiej rodziny Trzeciaków. Akcja tego tomu rozgrywa się w Bydgoszczy w latach 1985–1994, czyli trudnych, burzliwych czasach przemian gospodarczych i ustrojowych, z nadzieją budzącą się w sercach bohaterów na długo wyczekiwaną wolność oraz kapitalizm.

Od pierwszych stron książka wyzwoliła we mnie cały wachlarz emocji i uczuć. Mogłam odbyć sentymentalną podróż w głąb siebie, do lat mojej młodości – 1 czerwca 1985 r. wzięliśmy z Mężem ślub, zamieszkaliśmy w kawalerce w bloku, następnie przenieśliśmy się do dużego dwupokojowego mieszkania, 1987 r. urodził się Syn, 1993 r. pojawiła się na świecie nasza Córka. To były mimo wszystko piękne lata w naszym życiu – kochaliśmy się, docieraliśmy się, uczyliśmy się siebie, dorabialiśmy się, pracowaliśmy. Nie brakło też i trudnych doświadczeń, które nas scementowały i umocniły. Tak więc podczas lektury dwa filmy przesuwały się przed moimi oczyma – jeden z udziałem wyrazistych bohaterów, z wartką akcją, pełną niespodziewanych zwrotów, bogatą fabułą, wachlarzem emocji i uczuć oraz drugi film z moich wspomnień z młodości, w którym też dużo się działo.

Z zapartym tchem śledziłam losy rodziny Trzeciaków, ponieważ z łatwością można przeniknąć do świata przedstawionego, by towarzyszyć bohaterom, razem z nimi uczestniczyć w rożnych wydarzeniach, przeżywać smutki, dramaty, tragedie, celebrować uroczystości rodzinne czy dzielić radość. Co wydarzyło sie ciekawego w ich życiu?

Justyna z dziećmi po śmierci męża i Heleny pozostała w jej mieszkaniu, utrzymując kontakty z domniemanym synem Klausem Engelem. Jej dzieci są dla niej ogromnym wsparciem i powodem do dumy. Dzięki synowi odważyła sie otworzyć małą firmę. „Już nie była bluszczem potrzebującym podpórki”. Czy jej serce po tylu przeżyciach otworzy sie na miłość? Czy da komuś szansę? Bardzo polubiłam tę postać i podziwiam za ogromną siłę, niezłomność, szlachetność, miłość, wierność. Mimo niewiarygodnie ciężkiego bagażu doświadczeń nie poddała się, nie załamała, tylko potrafiła do końca wyjaśnić sprawę tajemniczej śmierci męża. Samotna Agata  z dziećmi też dawała sobie radę, była z nich dumna. Choć czasami brakowało jej wigoru, podziwiała zapał córki, która poszła w jej ślady. Jak dobrze, że Agata z Justyną utrzymywały kontakty. „Bo w moim odczuciu młodość kobiety ustaje z dniem, gdy z horyzontu znika ostatni człowiek, w którego oczach czuła sie piękna” – Agata wciąż nie mogła sie wyleczyć z chorej miłości, ale mogła się wypłakać przy bratowej. Dereniowie zaś zmagali się z ciężką chorobą swojej małej córeczki. Muszę przyznać, że Dereń do tej pory mnie irytował (ze względu na pracę), ale teraz jako kochający i cierpiący, rozpaczający ojciec budzi we mnie żal i współczucie. Tymoteusz natomiast wciąż poszukiwał sposobów na pomnożenie majątku. Dla niego liczyła się tylko posada i pozycja społeczna. Nie wyciągnął żadnej lekcji z życia, a przecież był uwikłany w wiele brudnych spraw, afer. Ponoć kierował sie dobrem dzieci. Jego pycha, chciwość sięgnęły już szczytów. „Tak czy inaczej był mistrzem wypierania negatywnych wspomnień. Nauczył sie manipulowania faktami w taki sposób, by wybielić swe czyny nawet przed samym sobą. Bez tego pewnie już dawno zagryzłyby go wyrzuty sumienia”. A jego dorosłe dzieci? Człowiek dochował się piątki dzieciaków po to, by dwójkę głupio stracić, a w następstwie wylądować z synem trutniem, gamoniowata młodszą córką i jędzowatą starszą”. Mirella bowiem prześcignęła ojca w chciwości i pazerności. W moich oczach to kobieta wyzuta z ludzkich uczuć, emocji, pozbawiona instynktu macierzyńskiego. „Robactwo ludzkie powinno drżeć przed nami ze strachu. Oni mają robić w portki na myśl o wyrzuceniu na bruk” – to jedna z zasad dumnej pani dyrektor. Gdy ojciec wspierał finansowo Derenia, uznała to za szczyt chciwości, że Roman podpierał sie chorobą dziecka. Kolejne „szczyty chciwości” z jej strony wstrząsnęły mną do głębi. Czy ojciec wreszcie zareagował, czy to jej znowu udało się go zaszachować? Mirella w dążeniu po trupach do celu skojarzyła mi się z Balladyną. Chociaż, przynajmniej do tej pory, nie miała jeszcze trupa na swoim koncie…   

„Szczyty chciwości”, podobnie jak pozostałe tomy sagi Edyty Świętek, są głęboko osadzone w kontekście politycznym, kulturowym i historycznym. Widać więc, jak tytaniczną pracę ma za sobą Autorka – podziwiam ją za tak dokładny research! Bohaterów dotykają te same nadzieje i rozczarowania, które towarzyszyły nam u schyłku lat 80. i początku 90. Z jednej strony radość z wolności i wolnego rynku. Z drugiej strony – nieznane dotąd ograniczenia, które niósł za sobą kapitalizm. Inflacja, bezrobocie – 30 lat temu pojęcia te były bliskie, niestety, wielu osobom z mojego pokolenia.

Edyta Świętek sprawia, że podróżuję w czasie. Udaje jej się to nie tylko dzięki niepowtarzalnej kreacji bohaterów – całych pokoleń, ale i dzięki językowi. Akcja powieści toczy się niezwykle wartko, a styl w dialogach i narracja sprzyjają szybkiemu czytaniu. Ponadto język daje niezwykłe pole do popisu dla wyobraźni. Podczas lektury wyostrzyły się wszystkie moje zmysły – widziałam miejsca, w których przebywali bohaterowie, słyszałam te same dźwięki i czułam zapachy. Po prostu – przed oczyma przesuwał się film. Skoro już przy filmie jesteśmy – uważam, że ta saga to świetny materiał na scenariusz filmowy.

Warto dodać, że każdy rozdział jest wyodrębniony tytułem, czasem akcji oraz poprzedzony fragmentem piosenki, która pasuje do danej części nie tylko datą wydania. Słowa utworu nawiązują bezpośrednio do treści danego rozdziału. Czy są pewnego rodzaju przesłaniem i dla bohaterów, i dla czytelników? Myślę, że tak.

Z natury jestem spokojną osobą, ale czytając ostatnie zdania, miałam ochotę nakrzyczeć na Autorkę – proszę wybaczyć, Pani Edyto, ale sama jest Pani sobie winna. Tak się nie robi. Nie zostawia się czytelnika w takim momencie. Po prostu nie. Ja się na to nie godzę. Dużo znaków zapytania… Jest o czym pisać! I będzie pisane, a chyba nawet już jest, bo V część sagi „Grzechy młodości” niebawem!

Na koniec muszę jeszcze wyraźnie znaczyć, że „Grzechy młodości” są dla wszystkich. Nie tylko dla przedstawicieli mojego pokolenia, które lata 80. pamięta dokładnie, chwilami aż za… To doskonała lektura także i dla naszych córek. Mam nadzieję, że Paulina, która urodziła się w 1993 r. z takim samym zachwytem będzie przewracać kolejne kartki. Drogie Panie, zachęcajcie zatem nie tylko siostry, przyjaciółki czy sąsiadki. Podsuwajcie kolejne tomy córkom, a może nawet i wnuczkom. Edyta Świętek zabierze je do całkiem innego świata, gwarantując całą gamę emocji. 

„Grzechy młodości” – saga pełna miłości, nadziei, zazdrości, chciwości, pazerności i… innych grzechów młodości.

„Rzeka kłamstw”
„Echa niewierności”
„Cień zbrodni” – recenzja

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

„Tadeusz od spraw zwykłych” – Małgorzata Klunder (#MamaDropsaCzyta)

Read More
tadeusz od spraw zwykłych

Małgorzata Klunder, Tadeusz od spraw zwykłych, Wydawnictwo Replika 2020.
Saga: „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej”
#MamaDropsaCzyta

26 maja 2020 r. , w Dniu Matki, będzie miała miejsce premiera wznowienia książki „Tadeusz od spraw zwykłych” – czwartego tomu sagi „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej pióra Małgorzaty Klunder. Książka jest zadedykowana Ojcu Janowi Górze, którego Pisarka ceni szczególnie za umiłowanie eucharystii, za docieranie do Boga przez wspólnotę i oczywiście za Lednicę.

„Tadeusz od spraw zwykłych” – układaj go jak puzzle

Autorka w wywiadzie udzielonym mi kilka tygodni temu zdradziła coś nie coś na temat tego tomu. Jest on pomyślany na kształt puzzli składających się z siedemnastu elementów – rozdziałów, które się zazębiają, a w ich centrum stoi promieniujący jak wschód słońca ks. Tadeusz Wieczorek. Każdy rozdział jest opisem małego, maleńkiego zwyczajnego cudu, jaki się dzieje w życiu bohaterów pierwszo- i drugoplanowych. Każdy z cudów można wytłumaczyć, osobom wierzącym w świętych obcowanie nie stanowi to żadnego problemu. Ksiądz Tadeusz nie żyje, wszyscy dotkliwie odczuwają jego śmierć. Wydaje sie, że nic już nie będzie takie, jak dawniej, a już na pewno nie tak promienne i radosne. Nieprawda, nic się nie zmieniło. Bohaterowie, którzy go pokochali całym sercem i nawet ci, którzy ledwo go znali, ale zachowali w swoich sercach jego uśmiech i światło, teraz połączą sie w działaniu, układając właśnie niezwykłe puzzle z Tadeuszem od spraw zwykłych w centrum. Nadal będą kroczyć przez życie z miłością, uśmiechem i wiarą.

Powieść obfituje w liczne opisy sytuacji, na które reagujemy śmiechem aż do łez, ale są też chwile poruszające i wzruszające. Nic się przecież nie skończyło, bo wierni nadal modlili się i celebrowali nabożeństwa tak, jak żył ich proboszcz, bo on ich tego nauczył. Pokochał Szkocję jak Polskę i pragnął w niej spocząć. Probostwo po nim objął ks. Janek Niziołek, którego wszyscy cenili za relacje z ks. Tadeuszem i z ludźmi. O jakich cudach jest mowa w powieści? Jeden z bohaterów Alexander codziennie wędrował w górę i podlewał ostrokrzew, co było doskonałym sposobem, lekiem na jego frustrację. Uratował też kota Gingera, który powodowany tęsknotą, postanowił wyruszyć na poszukiwanie ulubionego „Człowieka w Białej Obroży”. Cudem były też narodziny Tadzia, zdrowego synka Eli i Davida. Ks. Tadeusz interweniował, bo miała przyjść na świat „trzecia zmiana”. przeprowadził też przez mgłę bezpiecznie ks. Jędrzeja i przyczynił sie do naprawy jego relacji z proboszczem.

Ojciec Tadeusz…

Dla swoich wiernych Tadeusz był autorytetem, kimś takim jak ojciec. „Autorytet pozostaje autorytetem nawet jak umrze” – mawiał Tadeusz. Przyczynił się do uzdrowienia Micky. Niezwykle wzruszyła mnie scena modlitwy ks. Janka na górze podczas deszczu przez całą noc aż do wschodu słońca. David też  doświadczył i uznał, że „nie ma w tym krzty choroby psychicznej, to tylko świętych obcowanie”. Z kolei Ela widziała księdza Tadeusza cztery razy – zawsze o świcie spacerował po lasku pod kapliczką. Nawet Ginger miał ulubione miejsce właśnie pod kapliczką do wylegiwania się. Ponownie dopadło mnie wzruszenie, gdy byłam świadkiem rozmowy zazdrosnego ojca Roberta z synem Jankiem. To była bardzo ważna rozmowa a właściwie wyznanie ojca i syna. Zainspirował ją rzecz jasna Tadeusz. Oj, wiele mam w sobie z Roberta i pewnych spraw nie potrafię przepracować…

Wspominałam juz, że tom poświęcony jest pamięci Ojca Jana Góry, któremu Małgorzata Klunder przekazała wydruk pierwszej wersji tejże powieści. We wznowieniu ten rozdział uległ zmianie, bo Ojca Jana już nie ma. Ale nadal żyje w sercu autorki, stale o nim myśli, rozmawia, kłóci się – jak Janek z Tadeuszem.

Bo zawsze miło wrócić na ulicę Pamiątkową!

Jestem szczęśliwa, że znowu mogłam sie znaleźć w świecie Niziołków, którzy kroczą przez życie z miłością, ufnością i wiarą, z uśmiechniętą wiarą. Przyświecają im ponadczasowe wartości: miłość, przyjaźń, wierność, lojalność, uczciwość, pasja, niesienie pomocy potrzebującym, pozytywne nastawienie do świata, wzajemna serdeczność, poczucie humoru. Ksiądz Tadeusz Wieczorek jest postacią fikcyjną, jest  uosobieniem marzeń o księdzu. Można dziś spotkać takich normalnych, zwyczajnych księży, których cechuje umiłowanie eucharystii i pojmowanie Kościoła jako wspólnoty, z którą można dotrzeć do Boga. A kroczenie przez życie z wiarą uśmiechniętą daje nam pokój w sercu, radość dziecka. Na początku zastanawiałam się, dlaczego pierwsze przeczytane rozdziały nie pasują do siebie. Ale to mi się tylko tak wydawało. W miarę czytania zrozumiałam, że jest to celowy zabieg Pisarki. A wtedy wszystko stało się jasne. Należało tych wszystkich bohaterów uwzględnić, ponieważ w ich życiu Tadeusz od spraw zwykłych odegrał niezwykłą rolę. Niebo może być dla nas żyjących też szeroko otwarte a świętych obcowanie napełnia nas radością. Pełna ciepła, optymizmu i humoru saga rodzinna o ponadczasowych wartościach To doskonała lektura na ten trudny, szczególny czas, w którym dopadają nas smutki, troska o bliskich, strach. Aż nie chce się wyjść z tego optymistycznego świata.

Wydawnictwu Replika dziękuję z całego serca za egzemplarz do recenzji.        

„Awaria uczuć” – Joanna Kruszewska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
awaria uczuć

Joanna Kruszewska, Awaria uczuć, Wydawnictwo Replika
#MamaDropsaCzyta

Zapraszam serdecznie do lektury przedpremierowej recenzji wznowionej powieści Joanny Kruszewskiej „Awaria uczuć” (po raz pierwszy została wydana w 2010 r.). To idealna książka na ten szczególny czas, kiedy szukamy odskoczni od rzeczywistości i marzymy o wakacjach. Autorka zaprasza nas do Warszawy i na Podlasie, gdzie w pensjonacie możemy spróbować produktów regionalnych.

Jeśli pragniesz: lektury ciepłej i optymistycznej, ale bez cukierkowej słodyczy; historii, która mogłaby przydarzyć sie każdej z nas, opowieści o szukaniu własnego szczęścia, które często mamy przed oczyma, ale nie zawsze je dostrzegamy – to jest to książka dla Ciebie.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Autorki i z pewnością nieostatnie. Aby bliżej ją poznać, przeczytałam świetny wywiad z 2014 r. Pisarka zapytana, czym jest dla niej szczęście, podjęła się próby zdefiniowania, jakkolwiek nie podlega ono ścisłej definicji. Może być chwilą, spojrzeniem i pierwszym uśmiechem jej córki, chwilą refleksji, docenieniem tego, co się posiada i przed czym los łaskawie ochronił. Joanna Kruszewska podała oryginalny wzór, przepis na uszycie szczęścia: „[…] potrzebne są grube nici cierpliwości, bela kompromisu, no i skrawki codzienności, w których powinno sie znaleźć zrozumienie, dystans do siebie i otoczenia, a przede wszystkim radość z życia”. Mimo że szczęście jest ulotne, „[…] bo nici bardzo często się przerywają w zupełnie nieoczekiwanych momentach, a chwilami po prostu brakuje materiału, nie poprzestaje w wysiłkach krawieckich, bo…warto”. Czy bohaterowie powieści znajdą własne szczęście według wzoru Autorki?

Bohaterką powieści jest Matylda Bięcka, ekonomistka, osoba przewidywalna, twardo stąpająca po ziemi, optymistka, żyjąca według planu, zawsze ma w zanadrzu plan awaryjny, aby nic „nie  sprowadziło jej z jasno wytyczonego kierunku jazdy. Zakręty, omijanie, owszem, ale żadne znaki stopu czy zakazu na życiowej drodze nie wchodziły w gr”ę. Dzięki wytrwałości, uporowi osła, mrówczej pracowitości i niezliczonej liczbie kursów udało się jej wdrapać coraz wyżej po szczeblach kariery w dużej firmie. Praca była bowiem w jej życiu najważniejsza. W życiu osobistym była od trzech lat w nieformalnym związku z Pawłem, którego cechował taki sam stosunek do pracy, zasady, dogadywali się też w kwestii przyszłości, czyli zalegalizowania ich związku, co  zależało od zgromadzenia odpowiednich funduszy. Wciąż odkładali też decyzję o zamieszkaniu razem. Matylda miała oparcie wśród koleżanek, ale starała się utrzymywać z nimi na gruncie zawodowym raczej chłodne relacje i sprytnie sie odgradzała niewidzialnym murem. Bohaterów poznajemy w chwili, gdy Paweł musi wyjechać na rok do Berlina, w pracy Matyldy zwolniło się akurat stanowisko dyrektora administracyjnego – szansa awansu dla niej, „jednej z najbardziej twórczych jednostek w firmie”, na Podlasiu trwają przygotowania do  jubileuszu pięćdziesięciolecia szkoły, wielkiego zjazdu koleżanek i kolegów z klasy licealnej – okazja do spotkania po piętnastu latach. A wśród nich był przystojny Patryk Kuźmowski, dawna miłość. To również okazja do odwiedzenia zapracowanych rodziców (prowadzili pensjonat) i młodszej siostry, która właśnie została studentką ekonomii w Warszawie. Czy życie Matyldy nie toczyło sie zbyt idealnie? Niestety, pewnego dnia wszytko stanęło na głowie: zamiast awansu dostała wypowiedzenie, Pawła nie było, wprowadziła się do niej siostra Karolina, a rzekome koleżanki i przyjaciółka Weronika stały się jej wrogami i na dodatek dolegliwości żołądkowe nie były grypą. I jeszcze doszło do awarii uczuć! A na to bezradna bohaterka nie była absolutnie przygotowana. Nie miała żadnego planu awaryjnego. Jak Matylda poradzi sobie z przeciwnościami losu, które nagle, niespodziewanie stanęły na jej drodze do szczęścia? Co tak naprawdę doprowadziło bohaterkę do tak poważnej w skutkach awarii?

Awaria uczuć – refleksje o tym, co najważniejsze

Opowieść o życiu Matyldy to doskonała okazja dla Pisarki do uświadomienia czytelnikom, co w życiu jest najważniejsze: człowiek, relacje międzyludzkie, o które trzeba dbać, podtrzymywać, pielęgnować, emocje, uczucia, wartości jak przyjaźń, miłość. W świecie przedstawionym, do którego łatwo przeniknęłam, pojawiła się cała galeria prawdziwych postaci, takich z krwi i kości, które mają zarówno zalety, jak i wady. Budzą w nas różnorodne emocje. To one otworzą zbyt krótkowzrocznej w sensie dosłownym i przenośnym, a czasem ślepej Matyldzie oczy na drugiego człowieka i sferę emocjonalną życia, na postrzeganie sercem.  W każdej sytuacji mogła liczyć na pomoc, zrozumienie, wsparcie ze strony rodziców, a zwłaszcza fajne relacje łączyły ją z mamą, która  nieraz w rozmowie udzielała jej rad, wytykała błędy, uświadamiała, co w życiu jest naprawdę ważne. Jakkolwiek nie zawsze docierało to do córki karierowiczki. mimo wszystko podziwiali córkę, ze do wszystkiego doszła sama, ciężką pracą i wyrzeczeniami. Na uwagę zasługują też relacje z Magdą, koleżanką szkolną. Z czasem narodziła sie między nimi przyjaźń, Magda potrafiła przemówić jej do rozsądku a nawet rąbnąć słowami, by sprowadzić Matyldę na ziemię. Jak już wspomniałam koleżanki z pracy i rzekoma przyjaciółka Weronika w chwili ”nieszczęścia” okazały się dwulicowe, fałszywe, zakompleksione, zawistne i zazdrosne. Matylda długo tego nie widziała. Zawzięta, złośliwa Weronika wkurzała mnie potwornie, należała się jej lekcja od życia. Ale czy Matylda była do tego zdolna? Czy ktoś ją w tym wyręczył? Z całej plejady postaci najbardziej polubiłam mamę bohaterki panią Zofię, która miała w sobie ogromne pokłady ciepła, serdeczności, miłości. Polubiłam też Magdę i panią Basię, wspaniałą i pełną energii kobietę, której bohaterka wiele zawdzięcza. Ale najwięcej Matylda zawdzięczała pewnej istocie, „dla której jest gotowa zrobić wszystko, nie wyłączając zmiany wyznawanych do tej pory niezłomnych zasad”. Nie, nie wymienię jej imienia. Na koniec wspomnę jeszcze kilka słów o wątku miłosnym z udziałem dwóch bohaterów – Pawła i Patryka, dawnej miłości, bardzo przystojnego mężczyzny. Jak dobrze, że obaj w pewnym momencie pojawili się w domu Matyldy, bo pomogli jej spojrzeć sercem, zastanowić się i dokonać wyboru także sercem. Nareszcie! Moim zdaniem to był trafny wybór. Ileż zabawnych sytuacji wynikło z tego, że w tym samym czasie pojawili się w życiu bohaterki. Wzruszyła mnie do łez terapia mailowa Matyldy i jednego z nich. Najważniejsze, że po wielu zawirowaniach, perypetiach życiowych nasza bohaterka polubiła ludzi, których przedtem nie widziała. Naprawdę serce się jej otworzyło. Dużo humoru i emocji wnoszą do powieści relacje dwóch sióstr – Matyldy, starszej i Karoliny, dużo młodszej. Karolina wymyśliła niezły sposób na uszczęśliwienie siostry. Ale o tym przeczytacie w powieści.

Książkę Awaria uczuć czyta się lekko, przyjemnie, można płakać ze wzruszenia i śmiać się do łez, złościć się, wkurzać, snuć refleksje i wyciągać lekcje. Oj dzieje się dużo w świecie przedstawionym, perypetie, nagłe zwroty akcji, zawirowania – jak w życiu.

Zachęcam Was zatem do przeczytania tej ciepłej historii, która mogłaby sie przydarzyć każdej z nas, opowieści o szukaniu własnego szczęścia, które często mamy przed oczyma, ale nie zawsze je dostrzegamy.

Dziękuję serdecznie Wydawnictwu Replika za egzemplarze do recenzji. 

„Kiedyś ci wybaczę” – Ewa Bauer (#MamaDropsaCzyta)

Read More
kiedyś ci wybaczę

Ewa Bauer, Kiedyś Ci wybaczę, Wydawnictwo Replika 2020.
Saga: „Tułacze życie”
#MamaDropsaCzyta

Siła jest w jedności. Nie chowajcie do siebie urazy, bo stracicie wiele pięknych chwil, których nie da się kupić za żadne pieniądze.
Ubi est confessio, ibi est remissio.
(Gdzie jest przyznanie, tam jest przebaczenie.)

„Kiedyś Ci wybaczę” to drugi tom sagi Ewy Bauer „Tułacze życie”– niezwykłej historii, która uświadamia Czytelnikowi, jak ważna jest  rodzina oraz stanie na straży jej jedności i zgody. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku w Królestwie Galicji i Lodomerii. Poznajemy losy rodziny Michaela Neubinera, średniego syna Josepha i Anny Marii. Pragnął zamieszkać w mieście, by terminować w cechu piekarzy i cukierników. We Lwowie u pryncypała przeszedł prawdziwą szkołę życia, która  zahartowała jego charakter i ciało. Przyjaźń syna kolonistów z Kubą, wychowanym w duchu wartości patriotycznych, marzeń o niepodległości była inspiracją do postawienia sobie pytania o tożsamość narodową: „Kim jestem? Kim się czuję? Polakiem czy Niemcem? Czy jestem gotów, by walczyć o Polskę?”. Te pytania będą się przewijały przez całą powieść.

Michael ożenił się z Donatą, córką znanego potentata i osiadł w Kołomyi. Teść patriota nie raz będzie przypierał zięcia do muru w kwestii tożsamości narodowej. Czy rozgrywające się wydarzenia polityczne mu pomogą? Ogrom spraw zawodowych i rodzinnych sprawił, że Michael zatracił kontakt z ojcem i braćmi. A przecież nie tak go ojciec wychowywał. Dlaczego ważniejsza była dla niego pomoc przyjacielowi Kubie? Jaka tajemnica ich podzieliła? W co się uwikłał Michael? Mimo że wiódł szczęśliwe życie jako mąż i ojciec ślicznej córeczki, coś go dręczyło i nie dawało spokoju. […] wydawało mu sie, że wszystko, co złe, już za nim, a jednak wspomnienia wracały. Zbyt wiele spraw załatwił nie tak, jak powinien, zbyt wiele było tajemnic. Tylko Bóg wiedział, czy postąpił słusznie, czy nie, bo ci, których to dotyczy, nie znali prawdy, więc nie mieli do niego żalu. Jednak to nie rozwiązywało jego problemów; czasem jego sumienie niespodziewanie, jak teraz, krzyczało na cały głos.  I ten napis w kościele: ubi est confessio, ibi est remissio! Widziała to też żona, ale ufała mu, bo przysięgała posłuszeństwo… Życie rodziny Neubinerów nie mogło się toczyć sielsko, ponieważ znaleziona podczas przeprowadzki przeklęta moneta doprowadziła do zmącenia spokoju, nawet do zerwania więzi między braćmi i kolejnego pasma nieszczęść, dramatów i tragedii. Poruszyło mnie bardzo przygotowywanie sie Michaela do śmierci, jego spowiedź życia, rozliczenie sie z przeszłością, opowiedzenie na łożu śmierci historii swego życia pełnego tajemnic i niedopowiedzeń. Ogromnie mnie zaskoczyło zakończenie powieści, takiego nie przewidziałam nawet we snach. 

W tym miejscu należy zaznaczyć, że Ewa Bauer barwnie i plastycznie opisała codzienne życie rodzin w powieści. Z ogromną ciekawością poznawałam opisy zwyczajów, obyczajów, obrzędów a nawet i zabobonów. Lektura powieści przypadła w okresie Wielkanocy, więc poznałam też zwyczaje świąteczne Galicji związane z Wielkim Czwartkiem (kąpiel dziewcząt o zmroku w rzece), Wielkim Piątkiem (kult zmarłych, dzielenie sie wielkanocną babą, adoracja krzyża), Wielką Sobotą (przygotowanie święconki), Wielką Niedzielą (msza rezurekcyjna, śniadanie wielkanocne, chodzenie z gaikiem), Poniedziałkiem Wielkanocnym (polewanie wodą). Michaelowi udało się po latach nawiązać kontakt z bratem Augustinem i stało się tradycją dla obu rodzin wspólne spędzanie świąt wielkanocnych. Ciekawe są też zwyczaje związane z zamążpójściem i wiele innych, zgodnie z tradycją,  przestrzeganych na co dzień i od święta.

Bohaterowie sagi a zwyczaje i podążanie za postępem

Michael wyznawał zasadę, że trzeba iść z duchem postępu i tylko dzięki unowocześnieniu można osiągnąć sukces. Posyłał swe dzieci do szkoły. Po objęciu piekarni teścia, która słynęła z wypieku wspaniałego chleba pozostał przy tradycyjnej recepturze, robiąc eksperymenty ze wzbogaceniem ciasta w różne zioła, dodanie prasowanych drożdży. Zainwestował też w unowocześnienie piekarni. Bohaterowie męscy posiedli wiedzę z zakresu hodowli pszczół, prowadzenia pasieki, wyrobu i sprzedaży przetwórni cukru z buraków, uprawy roli, hodowli zwierząt domowych czy też i garbastwa. Poznajemy też  fascynację huculską kulturą a także życiem Ormian, w których środowisko wszedł dzięki żonie. Kobiety zaś zajmowały się domem, wychowaniem dzieci, przygotowaniem córek do obowiązków gospodyni, matki, przygotowywanie posagu- szycie, wyszywanie, haftowanie. rodzice wpajali dzieciom ważne wartości: rodzina, miłość, przyjaźń, relacje międzyludzkie, empatia, niesienie pomocy potrzebującemu, szacunek wobec starszych. Wzruszyła mnie do łez tak pięknie opisana relacja wnuczki z dziadkiem, starym i nieco ekscentrycznym człowiekiem.

„Kiedyś Ci wybaczę” – wielopokoleniowa historia warta uwagi

„Kiedyś Ci wybaczę” to niezwykle wzruszająca i poruszająca historia wielopokoleniowej rodziny. Uczy Czytelnika szacunku do matki i więzów rodzinnych. Jest utkana tajemnicą, a znaleziona w poprzednim tomie moneta nie przestaje dręczyć postaci i niszczyć ich losów. Narodziny przeplatają się ze śmiercią, radości ze smutkami, a błahe problemy dotykają wyjątkowych ludzi. Nie potrafiłam oderwać się od tej lektury. Ewa Bauer gwarantuje bowiem nie tylko wspaniałą podróż w głąb serc bohaterów, ale przybliża nam ich codzienne życie, na co zwróciłam uwagę wcześniej. Nie mogę się doczekać lektury kolejnego tomu. Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Replika, którego kolejne sagi podbijają moje serce złaknione historii wziętych z życia.

Kobieta wierząca, Kobieta pisząca – wywiad z Małgorzatą Klunder

Read More
małgorzata klunder

Małgorzata Klunder. Kobieta wierząca, Kobieta pisząca. Pani archeolog. Matka Niziołków z ulicy Pamiątkowej i nie tylko. Miłośniczka gór, Szkocji i Lednicy oczywiście.

Jej bestsellerowa saga „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej” przeżywa teraz drugie życie. Wydawnictwo Replika w nowej szacie graficznej wznawia popularny cykl. To niezwykła opowieść o losach zwykłej rodziny. Pełna ciepła, mądrości, życiowych drogowskazów. Pisana z poczuciem humoru, które nigdy nie opuszcza Autorki. Dla bohaterów najważniejsze są: miłość, przyjaźń, lojalność, wiara… Takie wartości na co dzień wyznaczają drogi Małgorzacie Klunder, która dzieli się z nami swoim światem.

– Po pięciu latach od premiery, Wydawnictwo Replika raduje czytelników wznowieniem sagi o Niziołkach. Skąd pomysł na tę historię?

– Dawno, dawno temu, kiedy moje dzieci były jeszcze nieduże, a ja naprawdę nie miałam czasu na pisanie (inna sprawa, że teraz też nie bardzo mam, bo przecież pisanie to hobby, a zarabiać trzeba w inny sposób), miałam wymyśloną… Nie, źle mówię. Przyszła do mnie scena, w której ksiądz bronił hostii przed chuliganami. Przechowywało to się przez lata, obrastając w kolejne pomysły. Wreszcie jakieś siedem lat temu mój syn zabrał mnie w objazd po Szkocji, co podziałało na mnie tak dobroczynnie, że siadłam i dopisałam do tej sceny-kamienia milowego całą resztę. Pierwsza część była w dużej mierze emanacją moich pasji i obsesji literackich, przy czym dzisiaj patrzę na siebie, piszącą „Roberta i Różę”, z lekkim pobłażaniem. Jak ja bardzo wtłoczyłam się wtedy w gorset autocenzury, żeby tylko treść nie była za bardzo eklezjalna! W każdej następnej już było coraz łatwiej. Pewnie dlatego, że przestałam realizować własne zachcianki, tylko wsłuchałam się w moich bohaterów, pozwalając im żyć po swojemu i tylko opisując ich losy. Tak, naprawdę. Oni żyją i robią to, co chcą.

– Już w I tomie Twoja pasja czytelnicza dała o sobie znać! Co łączy Niziołków z ulicy Pamiątkowej z niziołkami z powieści Tolkiena?

– Moi Niziołkowie mieli być tak jak swoi książkowi odpowiednicy (moja pani redaktor by już powiedziała, i słusznie, że nie odpowiednicy, tylko odpowiedniki. Ale jak niziołki maja być niemęskoosobowi?), dobrzy, zwyczajni i normalni. Swoje nazwisko dostali w momencie, kiedy rozpisywałam scenę nadawania imion dzieciom, a tata od planowanych Galadrieli i Peregryna tata wylądował na… Jasiu i Małgosi. No i nie ukrywam, że swoją pisaniną chciałam spłacić dług, do którego poczuwałam się wobec „Władcy Pierścieni”. Mianowicie książka ta i film jednocześnie – właśnie tak, nie zapieram się tego, że kocham jednakowo pierwowzór i ekranizację – były dla mnie… jakby to wyrazić… rodzajem iluminacji. Cóż, Duch wieje, kędy chce, a dla mnie w pewnym momencie powiał poprzez „Władcę”. Scena oglądania „Powrotu króla” ze szczególnym uwzględnieniem pociechy Gandalfa o zasłonie z deszczu, która zamienia się w srebrne szkło, w sobotę 2 kwietnia 2005 roku, jest jak najbardziej autentyczna. Takie z nas były świrusy tolkienowskie. Zresztą pierwszy tom w wersji autorskiej nazywał się „Władca i inni”, to wydawnictwo zasugerowało „Roberta i Różę”. Pewnie słusznie, bo nieraz zdarzyło mi się wysłuchiwać uwag, że „za dużo tam Tolkiena”, albo jeszcze gorzej: „chce zdyskontować Tolkiena do autopromocji”. 

– Czy kobiety w Twojej sadze mają wiele z kobiet w Twojej rodzinie? A może mają coś… z Ciebie?

– Każdy mój bohater ma coś ze mnie, od, co oczywiste, Róży począwszy, na księdzu Tadeuszu, a nawet Raście skończywszy. Przed „Niziołkami” napisałam kryminał historyczny o zabójstwie Ludgardy. I wtedy mój redaktor strasznie na mnie pomstował, że z głównego męskiego bohatera robię idiotę. Na co ja mu odpowiadałam, że to absolutnie niemożliwe, bo to ja nim jestem. Kiedy pisałam piątą część, „Dokąd nas zaprowadzisz”, której bohaterką jest w dużej mierze babcia Janka, z góry uprzedziłam moją mamę: tylko się na mnie nie obrażaj, bo to nie ty jesteś Alicją! Znacznie bardziej ja nią jestem! Siostra Janka ma na imię Gosia, tak jak ja. Innymi słowy, w literackim tyglu wymieszały się realne postaci i epizody. Ale oczywiście najwięcej ze mnie jest w Róży. I od razu uprzedzę następne pytanie: Robert to nie mój mąż. Owszem, niemal literalnie przypisałam mu autentyczną scenę zatrzymania mojego męża przez SB z torbą pełną bibuły. Ale Robert to też ja… Niezwykle osobisty sen Roberta z „Tadeusza”, o którym opowiada swojemu synowi księdzu, to mój własny sen, moje maleńkie prywatne objawienie.

– Jako matka niepełnosprawnej, dziś już dorosłej córki, zwróciłam uwagę na to, że jedna z bohaterek jest niepełnosprawna. To nie przypadek, prawda?

– Nie, Elka wzorowana jest po części na mojej najmłodszej, niesłyszącej córce Helenie, przy czym Hela ma też dziecięce porażenie mózgowe. W pewnym momencie z całą powagą zapytałam ją, czy Ela ma mieć podobne niepełnosprawności. Zadecydowała, że nie, że ma być tylko niesłysząca. Maleńkim stempelkiem, całkowicie niewidocznym dla zewnętrznego czytelnika, jest scena, kiedy podczas schodzenia z doliny Roztoki Elka wspierała się na ramieniu Janka. Pełnosprawna pod względem ruchowym Ela nie miałaby takiej potrzeby na ceprostradzie.

Poza tym Heli dedykowana jest cała historia niesłyszącego kleryka Patryka (kleryka-Patryka! Pani Monika Orłowska poprawiłaby na „alumna”) z piątej części. Musze wyznać, że ryczałam jak bóbr, opisując egzaminacyjne perypetie Patryka, bo miałam cały czas Helę przed oczami. Ona, co oczywiste, nie skończyła teologii, tylko pedagogikę. Jest śliczna, pyskata, zaradna i za trzy miesiące uczyni mnie po raz pierwszy babcią.

– Porozmawiajmy o księdzu Tadeuszu. Tacy kapłani istnieją naprawdę czy to uosobienie Twoich marzeń o duchownym  idealnym? Kto był jego pierwowzorem?

– Aaach… A jak się przyznam, że nikt? Że ksiądz Tadeusz od początku do końca to fikcja literacka? Albo tak, jak powiedziałaś, uosobienie marzeń o księdzu, do którego chciałoby się pójść do spowiedzi? Janek w jakimś tam procencie wzorowany jest na pewnym księdzu z Krakowa. Ksiądz Tadeusz przyszedł do mnie z zewnątrz, już taki był od samego początku. Nie jest ani Janem Górą – chociaż ojciec Jan płakał nad książką, bo utożsamiał się z jego losem – ani nikim innym z osób mi znanych. Ale jestem dziwnie spokojna, że tacy jak on istnieją naprawdę. Chociażby ksiądz Marcin Węcławski z poznańskiej Wildy, który teraz, podczas epidemii, wdrapywał się na wieżę kościelną, żeby błogosławić Najświętszym Sakramentem na cztery strony świata. Tylko ksiądz Marcin nosi w sobie taką przedsoborową powagę, by nie rzec smutek, a Tadeusz promieniał – promienieje – jak wschód słońca.

– Jakie cechy Twoim zdaniem powinien mieć dobry ksiądz?

– Powinien być wierzący. Co przez to rozumiem? Poważne podejście do sakramentów, szczególnie eucharystii. Powinien zachowywać śluby, mówić krótkie kazania, a gdy trzeba, być silny i stanowczy jak na mężczyznę przystało. Co do ślubów jeszcze… Ich się dotrzymuje. Dla mnie ksiądz, który porzucił sutannę, to taki facet, co zmienia sobie żonę na inną. Mój stosunek do takiej postawy jest kategorycznie na nie. Nie ma wyjątków.

– Żyjemy w czasach, w których kościół jest atakowany, krytykowany… Spotkałaś się z głosami, że Twoje powieści przywracają wiarę w to, że na swojej drodze możemy spotkać księży z prawdziwego powołania?

– Tak, to dla mnie za każdym razem najwspanialszy komplement. Raz nawet przekazano mi zdanie pewnego księdza, że moje książki powinny być lekturą obowiązkową w seminarium. Cóż, tak daleko bym się nie ośmieliła pójść… Sama z siebie pokpiwam, że chciałabym być traktowana przez czytelników-księży tak samo, jak wuj Anioł, archeolog, traktował Indianę Jonesa: entuzjastycznie, choć z ciepłym uśmieszkiem lekkiej ironii. Moja mama zapytała mnie: skąd ty, dziecko, tyle wiesz o księżach i seminariach duchownych? Była chyba trochę zawiedziona, kiedy jej powiedziałam, że nic nie wiem. Że to wszystko jest fikcja literacka, że mnie się wydaje, że tak powinno być. Jak w tym kawale, kiedy facet musztrował grupę uczącą się pływać. Ktoś wreszcie nie wytrzymał i warknął: panie, przestań pan chrzanić, wskakuj pan do wody i pokaż, jak to się robi! A on na to: ale ja nie umiem pływać, ja rozumiem, jak się powinno pływać!

Oczywiście, ze bardzo skrupulatnie przeglądam seminaryjne i parafialne strony internetowe (niektóre są po prostu fatalne!). W ten sposób powstał wątek komórek zabronionych w seminariach. No i całkiem autentyczne jest zdanie z portalu pewnego seminarium: przyszły kapłan musi cieszyć się pełnym zdrowiem fizycznym, bo jego brak niepełnosprawności jest gwarantem powołania go na służbę przez Boga. Co włożyłam w usta babci Kotoń, która, wysłuchując z empatią historii niesłyszącego kandydata do seminarium, burknęła poirytowana: „bo jakby Pan Bóg wybrał go sobie na swojego kapłana, toby go stworzył zdrowym, czyż nie?”

– Bez wątpienia bliski Twojemu sercu jest o. Jan Góra. Zadedykowałaś mu III i IV tom sagi. Wzruszyłaś mnie tym do łez…

– Górę znam od 1979 roku. Byliśmy z mężem jedną z tych par, które umawiały się na randki na mszę młodzieżową o siedemnastej (tak, naprawdę, tym razem to nie fikcja literacka!). W ciemnym kościele Góra uczył, jak śpiewać kanony z Taizé na dwa głosy, a potem głosił długaśne kazania (trzy, na wejście, w miejscu kazania właściwego i na ogłoszenia, i był jedynym księdzem, w wykonaniu którego takie zabiegi nie wkurzały). Dzisiaj widzę, że miał dwa motywy przewodnie: umiłowanie eucharystii i docieranie do Boga przez wspólnotę. (To ważne, za chwilę do tego wrócimy). Niemal za każdym razem po odczytaniu ewangelii mówił tak: jak ja się cieszę, że mamy dzisiaj takie fan-tas-tycz-ne czytania! Po prostu genialne! Ale z całą pewnością jego ulubioną była ewangelia o uczniach idących do Emaus. Zawsze w Wielkanoc tak pochachmęcił, że nawet jak nie była w rozpisce, to i tak ją czytał. „Pozostań z nami, Panie, bo dzień już się nachylił…”.

Zawsze tak cudownie uśmiechał się do ludzi. Szczerze, w nieudawany sposób cieszył się z ich obecności. Przechowuję w sercu te jego uśmiechy: kiedy wchodziliśmy do kaplicy u Pana Boga za piecem, na Lednicy przy nocnym przechodzeniu przez bramę III Tysiąclecia… Pamiętam tę Lednicę’2015, jego ostatnia Lednicę; przechodziłam pod Rybę, Góra był już bardzo zmęczony, ale oczywiście cały rozjaśnił się jak słońce: „pani Małgosia!”. Żeby ten jego uśmiech kiedyś też mnie powitał… I ryczę, oczywiście!…

W niedzielę 20 grudnia 2015 roku, na swojej ostatniej mszy niedzielnej, uczył na kazaniu cały kościół mówić: jestem Twój, zbaw mnie. Poszłam do niego do komunii, on oczywiście uśmiechnął się całym sobą, rozpromienił się. Następnego dnia, w poniedziałek 21, mieliśmy pójść do niego na 18 na roraty (z rannych rorat, będących jego dziełem,  współbracia wygryźli go kilka lat wcześniej, tak jakby sobór watykański nie wprowadził wynalazku zwanego koncelebrą). Zadzwonił do nas dobry kolega, dawno nie widziany, czy nie moglibyśmy się z nim spotkać. Pójdziemy na roraty jutro, powiedzieliśmy sobie. Jutra już nie było.

– W Twoich książkach wiara jest bardzo ważna dla bohaterów. A jaką rolę odgrywa w Twoim życiu?

– Stabilizacji, fundamentu, kompasu. Różnie na różnych etapach życia. Był taki moment w moim życiu (właśnie za sprawą „Władcy Pierścieni”, jak by to głupio nie brzmiało), że czułam się zakochana jak nastolatka, jak narzeczona. Endorfiny aż we mnie buzowały. Ale podskórnie czułam, że Pan Jezus już zaczyna ciężko znosić te moje egzaltacje, że warczy na mnie jak nie przymierzając Góra: ty się do roboty weź, babo, a nie przewracaj oczami! No to wzięłam się, wyśpiewałam Mu pieśń radosną o dobrych ludziach i pracowitych księżach. Ale to chyba ciągle jeszcze nie jest to, chyba ciągle chodzi Mu o coś innego. Pewnie o coś najzwyklejszego, najnormalniejszego. Mam nad komputerem ikonę Chrystusa Pantokratora  (też to głupio brzmi, prawda? Nie nad łóżkiem, tylko nad komputerem). Chrystus ma na niej nierówne oczy – prawe boskie, wnikliwe, spokojne – i podbite, zapłakane, człowiecze lewe. Prawym przenika, lewym prosi o pomoc.

– Pandemia to trudny czas dla wiernych. Jak Małgorzata Klunder wierzy w czasie zarazy?

– O, to bardzo delikatny temat i nie wiem, czy przetrzymasz moją… ultrasubiektywną ekspresję, tak to nazwijmy.  Kiedy episkopat i poszczególni biskupi udzielili dyspensy od mszy niedzielnej (?!), byłam skonsternowana. Bo tak literalnie, to ja się na nią nie załapuję; nie jestem, jakby powiedział naczelnik więzienia z „Kilera”, ani stara, ani chora, nie jestem dzieckiem i młodzieżą w wieku szkolnym, nie sprawuję nad nimi bezpośredniej opieki, i wreszcie nie czuję obawy przed zagrożeniem. A czego mam się [cenzura] bać, śmierci?! Patrz wyżej – jakby co, Góra przeprowadzi. Jasne, że w internecie też można. Różne rzeczy można w internecie, zakupy albo seks na ten przykład. Ale czy to to samo?

Potem został ogłoszony został limit 50 osób w kościele i dzielni księża, ci w stylu księdza Tadeusza i Janka, w tej liczbie ksiądz Marcin Węcławski, rzucili się odprawiać 20 i więcej mszy w ciągu niedzieli, żeby obsłużyć tę samą ilość wiernych, co zawsze.

Natomiast moi odwieczni dominikanie, moja wspólnota, pośpiesznie ogłosili, ze „nie są w stanie zapewnić warunków bezpieczeństwa sanitarnego” i zamknęli interes na cztery spusty, tak po prostu. Bawcie się sami. Nawet z transmisją internetową mieli problemy, nawet nie pofatygowali się, żeby te transmisje były z wszystkim znanego i kochanego kościoła, a nie z wewnętrznej kaplicy. Pola Lednickie też zostały zamknięte, chociaż mogły stać się wirtualnym przyczółkiem ewangelizacyjnym. Tak by na pewno zrobił Góra. Jutrznia, droga krzyżowa, rekolekcje, msza święta, nieszpory, jamneńska pieśń wieczorna.

Nie potrafię zrozumieć, jak ci, którzy przez całe moje dorosłe życie nauczali, że najważniejsza jest eucharystia, teraz z lekkim sercem ogłaszają, żeby komunię przyjąć duchowo w tandemie z żalem za grzechy. Jasne, zawsze tak można było zrobić. Na Syberii albo jak się ktoś topi. Nie wtedy, kiedy 20 zdrowych, wyświęconych chłopa siedzi bezrobotnie i do głowy im nie przyjdzie, żeby wziąć Ciało Pańskie do bursy i zanieść Je ludziom. Pojedynczo. Po każdym zdezynfekować rączki, albo nawet umyć się od góry do dołu, a ciuchy wyprać.

Jeszcze później podkręcono śrubę do 5 osób i to było moje non possumus. Moje, nie prymasa i nie biskupów. Nie mogę pojąć, jak można było nie zaprotestować, kiedy przed samą Wielkanocą de facto zamknięto wiernym dostęp do kościoła. Cóż, do tego trzeba by mieć [cenzura], jak kardynał Wyszyński. Mój kościół parafialny jest ogromny; teraz, kiedy nareszcie wprowadzono przelicznik na 15 m2, mieści się w nim 130 osób na górnym poziomie i 60 na dolnym, co powinno dawać wszystkim do myślenia.

Ale to nic. Mam już naszkicowane dwie sceny do szóstej części (tytuł roboczy: „Szósty Anioł”). Pierwsza to sen Róży: Góra siedział bardzo, bardzo zmęczony na swoim fotelu na środku dominikańskiego dziedzińca i rozdawał komunię na rękę, a Marecki z Robertem Kadzidło stali obok i dezynfekowali mu dłonie.

Druga dotyczy z dawna zaplanowanego ślubu Herberta, który miał się odbyć w Wielkanoc’2020 w kościele na rynku Wildeckim. Młodzi za nic nie chcieli przekładać. Wobec tego ksiądz Marcin zarządził następująco: matki państwa młodych jako świadkowie, ojcowie i bracia na ministrantów. Zostało piąte miejsce w kościele, zaklepane momentalnie przez babcię Kotoń, która, pomimo perswazji rodziny, nie chciała oglądać ślubu kolejnego wnuka przez internet. W ten sposób zabrakło miejsca dla Wisi. Wobec czego Wisia odziała się w albę i ustawiła razem z panami jako obsługa liturgiczna. Ksiądz Marcin, tradycjonalista odprawiający mszę trydencką, westchnął i spytał: Psalm dasz radę zaśpiewać?  Oczywiście!, odpowiedziała dumnie nieodrodna kuzynka księdza Jana. Rozkręciła się przy psalmie i potem buchnęła tak cudownym, piętrowo koloraturowym „Alleluja”, że wszyscy osłupieli. Chyba miała wsparcie z g(G)óry.

– Czekamy na premierę IV tomu sagi. Co czeka na czytelników „Tadeusza od spraw zwykłych”? Możesz uchylić rąbka tajemnicy? Ile jeszcze części czeka na publikacje?

– Ups, wyszłam przed szereg i zdążyłam już zespojlerować nie tylko „czwórkę”, ale i dwie następne części, w tym jedną dopiero w projekcie… ”Tadeusz” pomyślany jest na kształt puzzla: każdy rozdział dotyczy innej osoby (w tym kota Gingera), zazębiających się ze sobą nawzajem i z księdzem Tadeuszem w centrum, a każdy jest opisem małego, maleńkiego, zwyczajnego cudu. Każdy z osobna można zupełnie racjonalnie wytłumaczyć, ale… Za drugim razem to przypadek, za trzecim zbieg okoliczności, za czwartym infiltracja służb specjalnych, jak powiadał nie pamiętam kto, a za szesnastym? Chyba tylko świętych obcowanie…

Autorce serdecznie dziękujemy za poświęcony czas! Rozmowę przeprowadziła Mama Dropsa Książkowego.

„Za nasze winy” – Ewa Bauer (#MamaDropsaCzyta)

Read More
za nasze winy

Ewa Bauer, Za nasze winy, Wydawnictwo Replika 2019.
Saga: „Tułacze życie”
#MamaDropsaCzyta

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Ewy Bauer – prawniczki, pasjonatki  psychologii,  autorki kilku dramatów psychologicznych. Skąd zatem wziął się pomysł na sagę historyczną? Autorka wyjaśniła, że zrodził się z dziesięcioletnich badań genealogii jej rodziny, która pochodziła ze Lwowa i okolic, a przybyła tam prawdopodobnie z Sudetów. Szukając jej śladów, została wciągnięta w ten świat i w wyobraźni Ewy Bauer przesuwały sie gotowe obrazy z życia ludzi, których losy spisała jako rodziny Neubinerów. Autorka starała się wiernie oddać tło historyczno-obyczajowe tamtych czasów. Nie było to łatwe zadanie z uwagi na małą ilość źródeł oraz zbyt skomplikowaną sytuację polityczną i społeczną na opisywanych obszarach. Opis wydawcy mnie zaintrygował. Lubię powieści z historią w tle. Po lekturze pierwszego tomu uważam, że Ewa Bauer sprostała zadaniu i napisała z rozmachem świetną sagę historyczną, która wciąga od pierwszego rozdziału.

Chciałeś się tułać po świecie, będziesz się tułał, ocierając o śmierć bliskich, aż czwarte pokolenie zmaże twoje winy.
Hodie mihi, cras tibi.

Akcja pierwszego tomu sagi „Tułacze życie” rozgrywa sie w drugiej połowie XVIII wieku. Główny bohater Joseph Neubiner, wdowiec, wraz z trzema synami postanowił porzucić tułacze życie i osiedlić się na terenach królestwa Galicji i Lodomerii, we wsi Łany niedaleko Kamionki Strumiłowej, gdzie otrzymał od rządu austriackiego niewielki młyn z przybudówką. W historię jego rodziny o niemieckich korzeniach była wpisana tułaczka po świecie. Podjął też decyzję o spisaniu jej dziejów. I tak powstała interesująca opowieść o klątwie, którą rzuciła na jego ojca Ludwiga babcia w chwili śmierci, skazując go na tułacze życie. Początki życia Joseph  na wsi były bardzo trudne, ale ponieważ prowadził jedyny młyn w rejonie, więc z czasem zaczęło mu się powodzić coraz lepiej. W domu brakowało kobiecej ręki do sprawowania opieki nad synami, więc zatrudnił opiekunkę, którą chłopcy pokochali jak matkę. Jaki los spotkał synów? Johan opuścił dom w poszukiwaniu szczęścia w mieście, Michael w mieście u pryncypała przeszedł szkołę życia, zanim został piekarzem a Augustin zamierzał zostać w Łanach, by przejąć w przyszłości po ojcu młyn. Po śmierci ojca syn przeglądał nagromadzone przez lata dobra i znalazł wśród nich skórzaną sakwę z biżuterią i tajemniczą monetą, którą wrzucił do wazy, ponieważ chciał się o niej czegoś więcej dowiedzieć. Nie wiedział, że była to przeklęta moneta, która sprowadzała na rodzinę nieszczęście albo zwiastowała nadejście złego. „A miała w sobie coś takiego, że trudno się było z nią rozstać”. Przez wiele lat nie miał kontaktu z braćmi, nie pojawili się nawet na pogrzebie ojca. I nie miał go kto przed złem przestrzec. Czy moneta z „niezwyczajnymi” napisami naprawdę skrywała złowieszczą tajemnicę? Czy pojawiła się w kolejnych pokoleniach? Komu udało się jej pozbyć? Dzieje rodziny były spisywane przez następne pokolenia, „żeby pamięć o tych wydarzeniach pozostała dla przyszłych pokoleń”.

W I tomie sagi „Tułacze życie” wydarzenia polityczne i  kulturalne XVIII wieku przeplatają się z losami kilku pokoleń rodu Neubinerów. Dzięki narysowanemu drzewu genealogicznemu można w każdej chwili spojrzeć nań, gdyż na kartach powieści pojawiła się plejada bardzo ciekawych bohaterów z rodu Neubinerów i nie tylko. Historia rodu wskazuje, jak ważną wartością były więzi rodzinne, jedność rodziny. Żona miała być posłuszna mężowi, swemu panu a dzieci miały okazywać szczególny szacunek matce. Rodziny wielodzietne miały powód do dumy. Dziewczyna z chwilą urodzenia bękarta, traciła szanse na dobre zamążpójście, rodzina dobre imię a dziecko było traktowane gorzej niż zrodzone w małżeństwie. Poznajemy zwyczaje i obyczaje oraz wierzenia związane z codziennym życiem, pracą, świętami, uroczystościami rodzinnymi: ślubem, chrztem, pogrzebem. Z ogromną ciekawością pochłaniałam ich opisy. Większość mężczyzn rodu cechowała niezwykła pracowitość, dbałość o rodzinę, wprowadzanie ulepszeń, postępu technologicznego. Ludwig Neubiner mieszkał w kurnej chacie , natomiast jego prawnuki już w ulepszonej i wygodnej z kominem, podłogą. Poznajemy na przestrzeni kilkudziesięciu lat życie rodu codzienne i od święta, ich troski i problemy, radości i dramaty, nieszczęścia, tragedie (klątwa, fatum, tajemnicza moneta). Mimo dużej ilości opisów akcja powieści toczy się wartko dzięki  zwrotom akcji i różnorodnym wydarzeniom – także historycznym. Na kartach powieści rozgrywają się bowiem : wojna siedmioletnia, drugi rozbiór Polski, utworzenie na terenach południowo-wschodniej Rzeczpospolitej Królestwa Galicji i Lodomerii, kolonizacja galicyjska, Wiosna Ludów, wolność polityczna i reforma wsi wraz z uwłaszczeniem chłopów. Wszystko to jest napisane pięknym, plastycznym językiem oddziałującym na nasze zmysły i wyobraźnię i wywołującym wiele emocji i uczuć.

Jestem pełna podziwu dla Autorki za jej kunszt pisarski. Za wyjątkowy styl, za osadzenie wielowątkowej powieści w realiach historycznych – tak przecież odległych… Ewa Bauer nie zapomniała o niczym – ani o sprawach wielkich, takich jak miłość do człowieka czy ojczyzny, ani o błahostkach, budujących codzienność – zwyczajach czy tradycjach a nawet… zabobonach. Nie mogę się doczekać lektury kolejnych tomów!

Kto powinien sięgnąć po sagę „Tułacze życie”? Tom „Za nasze winy” i kolejne części to przede wszystkim tytuły dla miłośników sag rodzinnych, wielopokoleniowych. Dla miłośników powieści, których akcja rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych. Należy zaznaczyć, że ta książka nie jest podręcznikiem historii. Niemniej jednak jest warta uwagi Czytelnika – nawet tego najbardziej wymagającego. Tułaczka – dosłowna i metaforyczna; więzy rodzinne i rola matki w życiu człowieka – „Za nasze winy” to skarbnica ważnych tematów i prawd. Obok takiej książki nie wolno przejść obojętnie!

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Replika!

„Każdy wschód słońca” – Małgorzata Klunder (#MamaDropsaCzyta)

Read More
każdy wschód słońca

Małgorzata Klunder, Każdy wschód słońca, Wydawnictwo Replika 2020.
Saga: „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej”
#MamaDropsaCzyta

Każdy wschód słońca ciebie zapowiada,
Nie pozwól nam przespać poranka.
Dałeś nam siebie za darmo,
Twoja hojność zdumiewa.
Naucz nas liczyć dni nasze,
Niech człowiek już nie umiera.

Lektura powieści Małgorzaty Klunder „Każdy wschód słońca”, trzeciego tomu mojej ukochanej sagi „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej” towarzyszyła mi w tym szczególnym czasie, w którym wiara  bardzo pomaga przeżyć nie tylko mojej rodzinie. Czytelnicy poprzednich tomów wiedzą, że zagadnienia związane z wiarą nie są bowiem obce bohaterom powieści. Co tym razem Autorka dla nich przygotowała?

Gdy dzieci opuszczają rodzinny dom…

Robert i Róża Niziołkowie wypuścili swoje dzieci w świat i teraz to one na własny rachunek tworzą karty tej opowieści. Księża Tadeusz Wieczorek i Jan Perygryn Niziołek zostali wysłani na misje do szkockiego niedużego miasta Kirkcadly, na północ od Edynburga. Na początku muszą się oswoić ze szkocką mentalnością, na szczęście co krok spotykają rodaków. Powieść jest tak napisana, że czytelnik z łatwością może się przenieść do Szkocji i przeżywać z misjonarzami każdy dzień, towarzyszyć im w pracy duszpasterskiej, w chwilach wypoczynku, spotkań towarzyskich. Nie zapominajmy, że tuż za rogatkami miasta zamieszkali też Ela z Davidem, którzy oczekują potomka. Co mnie najbardziej poruszyło w powieści? Ks. Tadeusz w trosce o swoje zdrowie postanowił codziennie chodzić po kilka kilometrów dziką plażą. Miał niezwykły dar przyciągania do siebie ludzi, którzy mu towarzyszyli, powierzając swoje problemy, radości. Z czasem ławeczka awansowała do roli konfesjonału. Ksiądz wręcz promieniał i czuł się zdrowszy. Nawet kiedy złamał nogę, wiernym brakowało proboszcza, odwiedzali go więc na plebanii. Rozczulały mnie jego codzienne rozmowy z Jezusem okraszone dużą dozą humoru:

Tylko po co, panie Jezu, potrzebna była ta złamana noga? – zapytał zupełnie jak don Camillo. Tak, tak, wiem, to wyłącznie moja głupota i niezdarność. Ale jednak… Nie mogłeś ustawić tam na jakiś czas jakiegoś anioła stróża? Do czego ci jestem potrzebny tak idiotycznie unieruchomiony, bezradny jak dziecko?(…)Tadziu, przestań chrzanić, facet z komisu przyszedłby na dziesiątą i odbił się od pustego konfesjonału, bo ty byś fruwał gdzieś na wybrzeżu – powiedział Jezus z St. Marie’s.

Ks. Janek zaś cieszył się z każdej wizyty siostry z mężem, był niezmiernie szczęśliwy, że spodziewają się dziecka. Rodzina z Polski pomogła im w przygotowaniach większego domu. Tymczasem rodzice martwili się i tęsknili za dziećmi. Szczególnie Robert wciąż chciałby usłyszeć od najlepszego syna pod słońcem odpowiedzi na pytanie: „dlaczego wybrał taką drogę?”. Czasem łapał się na tym, że był zazdrosny o ks. Tadzia. W jakich okolicznościach Robert poznał odpowiedź? Z autopsji wiem, że trudno od razu zwerbalizować odpowiedź na to pytanie. Ja też poznałam ją dopiero z czasem, obserwując postawę syna podczas formacji w seminarium. My jako rodzice też ją niejako przeszliśmy.

W powieści jest wiele opisów wywołujących ogromne wzruszenie, łzy. Jednym z niezapomnianych będzie z pewnością opis uczuć ks. Tadzia, gdy na szkockim lądzie zobaczył niewielką kapliczkę na drzewie wtuloną w żywopłot, z której to spoglądała na niego „Matka Boska Niezawodnej Nadziei z Jamnej, młoda, zatroskana kobieta w chuście na głowie, z maleńkim Niemowlęciem na rękach”. Zapragnął, by „zaprotegować Najświętszej Pannie też i Szkocję”. Był świadom, że cała rodzina Niziołków to „odwieczni i wierni pretorianie ojca Góry”. Poświęcenie kapliczki stało się przyczynkiem do wspomnień obu księży o ojcu Janie. Warto dodać, że to właśnie zmarłemu kapłanowi Autorka zadedykowała powieść.  Łzy wywołuje również wątek zorganizowania Lednicy w Szkocji. Ks. Tadzio obiecał Eli, że „Góra robi pod Rybą, a my zrobimy na górze! (…) – Zostaw to mnie!” To było coś niesamowitego z udziałem gości z Polski.

Czytając powieść, niejednokrotnie wzruszałam się, śmiałam, przeżyłam cały rok liturgiczny w Szkocji i śpiewałam z bohaterami pieśni lednickie. Autorka kreując postaci duchownych, zaprezentowała zarówno blaski, jak i cienie posługi kapłańskiej. Przypomina to, o czym wielu wiernych zapomina. Sutannę noszą „normalni” mężczyźni, którzy mają pasje, marzenia, pragnienia, tęsknoty, czyli ludzie tacy jak my.

Każdy wschód słońca to opowieść o wspaniałej przyjaźni dwóch księży i dwóch mężczyzn, Bożych wariatów, pasjonatów Tolkiena i nie tylko.  Zakończenie powieści bardzo mnie wzruszyło, nie spodziewałam się takiego finału tomu. Nie byłam na to gotowa.  

Podczas pisania recenzji towarzyszyła mi piosenka religijna w wykonania Mietka Szcześniaka, ulubiona ks. Tadzia, której wers refrenu stał się tytułem tego tomu. Bardzo dziękuję Autorce i Wydawnictwu Replika za egzemplarz do recenzji. Pani Małgorzacie dziękuję szczególnie za piękną dedykację, za doskonałe wyczucie emocji towarzyszących mi podczas lektury. Jako osoba wierząca, żona z 35-letnim stażem, mama księdza oraz wspaniałej córki wiem, że przez życie można iść z miłością, uśmiechem i wiarą! To piękna lektura na ten szczególnie trudny czas.

„Cień zbrodni” – Edyta Świętek (saga „Grzechy młodości”)

Read More
cień zbrodni

Edyta Świętek, Cień zbrodni, Wydawnictwo Replika 2020.
Saga: „Grzechy młodości”
#MamaDropsaCzyta

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika otrzymałam trzeci tom fascynującej sagi Edyty Świętek pt. Cień zbrodni („Grzechy młodości”). Po raz trzeci znalazłam się w Bydgoszczy wśród rodziny Trzeciaków, by poznać jej pełne emocji, dramatów losy w trudnych czasach w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku – strajki, stan wojenny, kryzys, bieda, kartki, godzina milicyjna, prześladowanie ludzi, przybycie do Bydgoszczy księdza Jerzego Popiełuszki, charyzmatycznego kapłana Solidarności, następnie jego porwanie i bestialska śmierć. Jaki scenariusz przygotowało dla nich życie i jak sobie poradzą?

„Cień zbrodni” – trzeci tom bestsellerowej sagi

Tymoteusz pod wpływem tragicznych zdarzeń zmienił się na lepsze. Targające nim wyrzuty sumienia, skrupuły sprawiły, że zaczął pomagać Justynie i jej dzieciom. Ale to nie okazało się być dobrym lekiem na cierpienie z powodu bezsennych nocy. Jego dorosłe dzieci zupełnie nieprzygotowane do wejścia w dorosłość przysporzyły mu wiele problemów. Nie mógł sobie z nimi poradzić, żona była zupełnie bezradna. Jego zięć chciał powielić „scenariusz na życie” teścia Trzeciaka. Denerwował mnie Tymoteusz w poprzednich tomach, ale gdy sam doświadczył prawdziwej tragedii, to jest mi go po prostu tak po ludzku żal. Czy rzeczywiście nad nim i jego bliskimi zawisła klątwa? Gdzie zaznawał namiastki ukojenia? Kazimierz Trzeciak przeszedł na emeryturę, aby „uniknąć kłopotów”, ponieważ alkohol nie pomagał mu uporać się z rozterkami. „Zmienił zapatrywanie na rzeczywistość”. Zresztą zawsze był człowiekiem wierzącym, mimo że oficjalnie jako milicjant nie mógł praktykować. Jego zięć Albert, aktywny opozycjonista, córka Manuela i mały Juliusz z pewnością się do tego przyczynili. Poglądy Alberta udzieliły się żonie i rodzinie.  Wojciech Kost podjął decyzję o opuszczeniu żony, wyprowadził się i wniósł pozew o rozwód. Dla dzieci była to trudna i bolesna decyzja, szczególnie żal mi syna Piotrka. Czy uda się jeszcze uratować to małżeństwo? Jak Agata sobie poradzi z dziećmi? Czy ułoży sobie życie osobiste? Justyna nadal czekała na zaginionego męża, nie wierzyła w jego śmierć. Tęskniła, kochała, absolutnie nie potępiała jego działalności. To dla niej powód do dumy. Jak dobrze, że wciąż obok niej były dzieci Jola i Michał, ciocia Helena, i wielu przyjaznych ludzi, którzy pomagali jej w tragicznych chwilach. „Tak, jakby wokół niej pojawiło się nagle mnóstwo aniołów”. I narodziła się nadzieja na odbudowanie relacji z matką. Helena też nie straciła nadziei, otrzymała paczkę z Niemiec od tajemniczego nadawcy i list. Rodzinie się polepszył byt, jakkolwiek wciąż żyło się im ciężko. Kim okaże się tajemniczy adresat? Myślę, że następne części sagi nam to wyjaśnią.

Obok wielopokoleniowej rodziny Trzeciaków ważną bohaterką powieści jest także Bydgoszcz. Z książką w ręku można spacerować, podziwiać jej piękno, szukać śladów przeszłości. „To gdzieś tu muszą czaić się zazdrość, rozpacz, radość, miłość, lęk, nadzieja”. Wszak wśród bohaterów i wydarzeń fikcyjnych pojawiają się postacie i wydarzenia historyczne.

Podobnie  jak w poprzednich tomach Edyta Świętek, mistrzyni sagi rodzinnej zaskoczyła mnie zakończeniem. Absolutnie się tego nie spodziewałam. To za sprawą tytułu akcja toczy się wartko, obfituje w szereg wydarzeń dramatycznych i zaskakujących zwrotów akcji. Galeria postaci się powiększyła, bowiem nowe pokolenie wkroczyło w dorosłość i dostarczyło nie lada emocji, niekiedy skrajnych. Bohaterowie są świetnie wykreowani, autentyczni. Budzą w nas całą feerię emocji – cień zbrodni, klątwa rzucona na mordercę i jego rodzinę, grzechy młodości, echa niewierności, proces sumieniowy, dylematy moralne, niewłaściwe decyzje życiowe, bieda, bogactwo czy też trudny czas stanu wojennego. Z niecierpliwością Czytelnik będzie czekał na czwarty tom. Ja już się nie mogę doczekać. Ten tom również pochłonęłam.

Wspomnień czar…

W 1981 roku skończyłam studia i rozpoczęłam pracę jako polonistka w szkole podstawowej, otrzymałam też klucze do nowej, wymarzonej kawalerki w bloku. Rozpoczęłam swoje dorosłe życie. Dzięki temu tomowi odbyłam podróż w głąb siebie, przypomniałam sobie tamte wydarzenia, stan wojenny, kiedy to musiałam uzyskać specjalną przepustkę, aby odwiedzić mamę. Trudne to były czasy także i dla mnie. Cała paleta emocji tej podróży towarzyszyła. To bardzo realistyczna i wartościowa powieść, którą z całego serca polecam. Każdy rozdział powieści rozpoczyna się fragmentem piosenki popularnej w tamtych czasach, większość z nich to kompozycje nieżyjącego dziś Romualda Lipki. Kompozytor związany był z Lublinem, uwielbiamy od lat jego piosenki w wykonaniu Budki Suflera i innych piosenkarzy.

Zachęcam z całego serca do sięgnięcia po kolejny tom sagi Edyty Świętek „Grzechy młodości” i do podróży w lata 80. dwudziestego wieku.

Wydawnictwu Replika bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki.

„Droga do Achtoty” – Małgorzata Klunder (#MamaDropsaCzyta)

Read More
droga do achtoty

Małgorzata Klunder, Droga do Achtoty, Wydawnictwo Replika 2015.
Seria: „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej”
#MamaDropsaCzyta

Zakochana w rodzinie Niziołków od pierwszego wejrzenia po lekturze pierwszego tomu sagi, postanowiłam czegoś więcej dowiedzieć się o Autorce. Przeczytałam ciekawy wywiad Anety Kwaśniewskiej, z którego się dowiedziałam, że Małgorzata Klunder czyta to, co fascynuje bohaterów: Sienkiewicza, „Władcę Pierścieni” (książki na równi z filmem), Łysiaka, „Don Camillo”, Cejrowskiego, „Lalkę” B. Prusa, kryminały Agaty Christie i Joanny Chmielewskiej. Uwielbia też twórczość Jacka Kaczmarskiego a na bieżąco „czyta zachłannie, co się da”. Ma też kilka pasji wręcz obsesji religijnych, jej fiołem są też pasje literacko-historyczne z królami Polski na czele z Bolesławem Śmiałym, marzy o nakręceniu filmu na podstawie „Zośki i Parasola” A. Kamińskiego. Chciałaby też przekonać pana Łysiaka do twórczości Jacka Kaczmarskiego. Czy łatwo pisało się książkę o dobrych Niziołkach? Nie zawsze, bowiem żeby dobro nie stało się nudne, należy je uatrakcyjnić. „A jak to zrobić, żeby czytelnik pokochał księdza, który poważnie podchodzi do ślubu celibatu? I narzeczonych, którzy postanawiają poczekać do ślubu? I tytułowych Roberta i Różę, którzy ani razu nie mieli pokusy, żeby rozejrzeć się za kimś innym?” Moim skromnym zdaniem Autorce świetnie się to udało.

Drugi tom ma metaforyczny a może bardziej kalamburowy tytuł – „Droga do Achtoty”. Gdzie znajduje się Achtota i jaka droga do niej prowadzi? Wydaje się, że nie będzie prosta, ale Niziołkom na pewno uda się do niej dojść. Przecież oni w każdej sytuacji mogą na siebie liczyć. Akcja tego tomu obejmuje dziewięć miesięcy, narratorką  już dorosła  Elanor Pulcheria, która, podczas przygotowań do ślubu, opowiada o losach dorosłego, starszego rodzeństwa. Skupia się przede wszystkim na życiu brata Janka, który po głębokich przemyśleniach podjął ważną decyzję i został… księdzem. Trafił na parafię do Krzesin, gdzie proboszczem był przesympatyczny ksiądz Tadeusz – miał też fioła na punkcie Tolkiena. Niewątpliwie rodzinne upodobania, pasje, zainteresowania literackie, wartości wyniesione z domu miały wpływ na wypracowanie metod duszpasterskich księdza Janka, ewangelizację młodzieży, organizowanie różnych akcji w celu pomocy potrzebującym. Ela, kochająca siostra, opowiedziała dokładnie, jak wyglądał zwykły dzień brata w jednym z rozdziałów. Nie brakuje i tu sytuacji komicznych.

Podczas Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia akcja powieści przeniosła się do domu Davida. Ela po raz pierwszy spędzała święta poza domem rodzinnym, mogła się z rodziną połączyć na Skypie. Czym zaskoczyła narzeczona przyszłą rodzinę Davida? Jakie myśli, rozważania zaprzątały ciągle głowę Róży? Gdzie zorganizowano ślub Eli i Davida? Jak przebiegła uroczystość? Kto przygotował oprawę muzyczną? Dlaczego tata Robert na ślubie dostał ataku śmiechu? I wreszcie jakie dwa wydarzenia na koniec zaskoczyły wszystkich? Odpowiedzi na te pytania odnajdziecie w lekturze.

Drugi tom sagi również pochłonęłam, ciesząc się, że trzeci tuż, tuż. To w dalszym ciągu mądra, ciekawa, niezwykle klimatyczna, pełna ciepła opowieść. Dorosłe dzieci Róży i Roberta podejmują świadomie ważne decyzje życiowe, zdając niejako egzamin z tego, w co zostali wyposażeni w domu rodzinnym przez dziadków, rodziców – system ponadczasowych wartości. Mają świadomość, że zawsze mogą liczyć na wzajemną pomoc rodziny. Dzieci przecież były wnikliwymi obserwatorami życia rodziców, którzy się kochali, lubili i nigdy nie zawiedli na sobie. To zwariowana, szczęśliwa i bardzo kochająca się rodzina, której życie obfituje w różnorodne wydarzenia. Wzbudza w czytelniku cała feerię emocji – od śmiechu aż po wzruszenie i łzy. I stali mi się bliscy jak rodzina. Nie sądzę, ze zostali zbyt wyidealizowani przez autorkę. Takie rodziny naprawdę istnieją – rodziny silne Bogiem, miłością, przyjaźnią, wiernością, godnością, lojalnością, uczciwością, miłosierdziem. Jako mama księdza i córki z niepełnosprawnością ruchową wiem, że te wartości moralne stanowią o sile człowieka i cementują rodzinę. To od syna dowiedziałam się, dlaczego Tolkien a w szczególności „Władca Pierścieni” – to ulubiona lektura  Niziołków i ks. Tadeusza, proboszcza Janka. Często zapominamy o tym, ze pod sutanną kryje się człowiek – chłopak, mężczyzna, który ma pasje, zainteresowania – ulubione książki, filmy, muzykę. Ma też przede wszystkim rodzinę – rodziców, rodzeństwo, których wsparcie jest niezbędne do pełnienia posługi kapłańskiej. To książka napisana z pasją, mądra, pełna drogowskazów życiowych, ciekawa. Walorami tej części są świetne dialogi, komizm językowy i sytuacyjny, poruszające opisy emocji, które się udzielają czytelnikowi. I drogi do Achtoty.

Bardzo dziękuje Autorce za egzemplarz powieści. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po sagę i polubienia Niziołków tak jak ja.

„Robert i Róża” – Małgorzata Klunder (#MamaDropsaCzyta)

Read More
robert i róża

Małgorzata Klunder, Robert i Róża, Wydawnictwo Replika 2015.
Seria: „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej”
#MamaDropsaCzyta

Dzięki wznowieniu sagi i trochę przez przypadek udało mi się wejść do niziołkowego świata, czyli do świata bohaterów powieści Małgorzaty Klunder  „Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej”. Jakkolwiek pierwszy tom sagi „Robert i Róża” ukazał się drukiem w 2015 roku, do chwili wznowienia nic o niej nie wiedziałam. Dzięki krótkiej acz motywującej „polecajce” wirtualnej znajomej i wspaniałomyślności Autorki dwa wznowione i przeczytane tomy goszczą już u mnie w domu na półce, czekając na następne. Pragnę  podzielić się moją opinią o powieści.

Balsam na zbolałą duszę… Pełna ciepła, optymizmu i humoru saga rodzinna o ponadczasowych wartościach. To istotnie opowieść o poznańskiej rodzinie Niziołków, która przez życie kroczy z miłością, uśmiechem i wiarą. I nie jest to nudne życie, bowiem moja rodzina również te wartości moralne ceni, bo one stanowią niejako o naszej sile. Dlatego też pokochałam bohaterów powieści od pierwszego wejrzenia i cieszę się, że przed nami jeszcze kilka spotkań. W każdej złej chwili, dla poprawy humoru można dzięki książkom w biblioteczce do nich wrócić. Narratorem powieści jest najmłodsza córka Elanor Pulcheria, która opowiada nam dzieje rodziny od lat 60.ub.wieku aż do 2013 r., czas akcji obejmuje bez mała pół wieku. Głównymi bohaterami są Róża, nauczycielka matematyki, miłośniczka literatury i wędrówek górskich, jej nazwisko panieńskie Kotoń pochodziło od szczytu w Beskidzie Makowskim, oraz Robert Niziołek, któremu mama już od trzeciego roku życia opowiadała o bohaterach „Władcy Pierścieni”, „Hobbita” Tolkiena. Robert dość szybko nauczył się języka angielskiego, by móc czytać Tolkiena w oryginale a po lekturze (w szafie!) postanowił, że skończy anglistykę i zostanie tłumaczem. Poznajemy zatem historię jego tolkienowskiego szaleństwa, z którego się nie wyleczył, a zaraził nim żonę a następnie dzieci. „Władca Pierścieni” bowiem rzucił mu się na mózg tak skutecznie, że na zawsze ukształtował jego prywatną gradację literatury; najpierw Tolkien, potem długo, długo nic, potem Sienkiewicz, a potem cała reszta. Na kartach powieści pojawiło się  mnóstwo nazwisk autorów i tytułów książek, to również podróż w głąb mojego dzieciństwa i młodości, bo też większość z nich lubiłam. Niezwykłe fascynacje literackie!

Robert i Róża to także historia o pięknej przyjaźni, bardzo mnie poruszyła przyjaźń od czasów szkolnych Roberta i Brendana ze Szkocji –  nazwiska zobowiązują: Niziołek i Bach, czyli Mały, która później przeniosła się na rodziny. Ujmująca jest też przyjaźń Janka i Merry’ego, a potem dołączyła do nich Wiolka. Przyjaciele dzięki swoim pasjom, marzeniom, kreatywności na stałe zapisali się w dziejach szkoły. Pasją rodzinną stały się też wycieczki górskie, żeby się lepiej szło, śpiewali sobie razem Stachurę. Razem z Elką i Davidem, synem Brendana zwiedziłam i zachwycałam się Szkocją.

Bohaterowie kroczą przez życie z uśmiechem, z humorem, są pełni optymizmu, zarażają nim innych dookoła, z wiarą – nie wstydzą się tego i z miłością, jej różnymi odmianami – bo ona jest najważniejszą wartością. Cenią sobie także uczciwość, prawdomówność, lojalność, wierność ideałom. Zawsze niosą bezinteresownie pomoc potrzebującym. Gdy ktoś jest chory, są w stanie poruszyć niebo i ziemię. Ważne wydarzenia rodzinne wywołują też łzy wzruszenia. Autorka świetnie wykreowała bohaterów, to prawdziwi ludzie z krwi i kości, których można znaleźć w sąsiedztwie… W dodatku zwariowani na punkcie literatury. Dość osobliwe poczucie humoru narratorki odziedziczone po rodzicach spowodowało, że fabuła obfituje w wiele sytuacji komicznych. Chichoczemy z bohaterami aż do łez. Mamy tu do czynienia także z komizmem słownym, gdy rodzina „gada Sienkiewiczem” lub sypie cytatami z Tolkiena. Nawet Jankowi przy uzasadnieniu najważniejszej i dość zaskakującej życiowej decyzji pomaga właśnie Tolkien. Co to za decyzja? O tym i dlaczego wszyscy tak bardzo „trzęsą się” nad Elunią, dowiedzie sięę, sięgając po powieść.

My, Niziołki, umiemy ścierpieć wszelkie niedogodności, kiedy dążymy do celu, i to lepiej od dużych ludzi.

Powieść wręcz pochłonęłam, jakkolwiek nie jestem fanką Tolkiena, ale jest nim mój Syn. Żal się rozstawać w takim momencie z Niziołkami, ale czeka na mnie drugi tom powieści.  

Dziękuję z całego serca Autorce Małgorzacie Klunder za egzemplarz z piękną dedykacją.