„Jakoś to będzie, Różo” – Jagoda Wochlik (patronat medialny)

Read More
jakoś to będzie różo

Jagoda Wochlik, Jakoś to będzie, Różo, Wydawnictwo Replika 2021.
Patronat medialny Dropsa Książkowego

Do tej pory nazwisko Więdłocha kojarzyło mi się z aktorką, Agnieszką. Teraz mam drugie skojarzenie. Róża. Róża Więdłocha. Brzmi śmiesznie? Może, ale uwierzcie mi, że to nie jest banalna kobieta! Już 20 lipca dzięki Wydawnictwu Replika będziecie mogli ją poznać!

Miłośniczka filiżanek i kina. Marzy o wielkiej miłości rodem z filmów romantycznych. Ale jednocześnie się boi. Boi się szczęścia. Życie bowiem pokazało jej, że nie jest komedią romantyczną, a za każdą chwilę radości trzeba słono zapłacić. Katastrofa nadejdzie prędzej czy później i trzeba być na nią przygotowanym. Dlatego uparcie buduje wewnętrzny schron. Róża Więdłocha – główna bohaterka powieści Jagody Wochlik – mogłaby tak w skrócie siebie scharakteryzować. Róża jest jak filiżanka. Delikatna, piękna, zachwyca kruchością i elegancją. Wystarczy jednak jedna chwila, słowo, zdarzenie, by pękła na kawałki…

Jakoś to będzie – stara się sobie powtarzać. Z naciskiem na jakoś. Boi się tego, co niepowtarzalne, przeznaczone specjalnie dla niej. Ale przy tej „jakości” nie sposób się nudzić, naprawdę! Ciekawość – to słowo kojarzy mi się z tą historią. Towarzyszyła mi od pierwszej do ostatniej strony. Bo choć Róża, dla własnego wewnętrznego bezpieczeństwa, stara się być przewidywalna, to zdecydowanie nie jest. Nauczycielka i bibliotekarka z powołania, nie lubi bezczynności. Angażuje się w wychowanie młodzieży i życie szkoły całym sercem. Zdaniem dyrektor – aż za bardzo, Przyjaciółki? Tu też zaskoczenie – jej powiernicami są stałe bywalczynie biblioteki w wieku emerytalnym. Miłość? Wydaje się, że z rozsądku, że ze strachu przed samotnością, że ten nowy nauczyciel nie pojawił się w jej życiu po nic, ale… Czy w miłości da się kalkulować?

„Jakoś to będzie, Różo” przeczytałam w dwa dni. Zachwyciła mnie postać głównej bohaterki. Przypominała mi nieco filmową Amelię, nieco mnie samą. Bywa tak, że i ja wyglądam nieszczęścia zza rogu, gdy wszystko układa się, w moim mniemaniu, za dobrze. „Dobrze, jak nie za dobrze!” – mawiała Ula Cieplak z „BrzyUli”. Powieść pisana jest lekkim językiem. Autorka dba, by stylem oddać charakter Róży i budować napięcie, które na ostatnich stronach sprawiało, że miałam ochotę czytać na stojąco.

Wiele uśmiechu, wiele wzruszeń i wiele łez. Lektura gwarantuje całą gamę emocji, momentami skrajnych. Bo Róża musi się nauczyć kwitnąć. Musi pojąć, że jest wyjątkowa. Przed nią długa droga. Możesz jej towarzyszyć. Warto! Tej dziewczyny nie da się nie lubić. Może dlatego, że jest taka jak większość z nas…?

„Wszystkie kształty uczuć” – Edyta Świętek (patronat medialny)

Read More
wszystkie kształty uczuć

Edyta Świętek, Wszystkie kształty uczuć, Wydawnictwo Replika 2021.

Choć od lektury pierwszego wydania powieści „Wszystkie kształty uczuć” minęły ponad cztery lata, wciąż pamiętam emocje, które mi wówczas towarzyszyły.

Po powieść Edyty Świętek sięgnęłam w jeden z zimowych weekendów. Pamiętam, że do zakupu e-booka skłoniła mnie okładka (z misiem) oraz opis wydawcy. Spędziłam z tą historią kilka godzin. Skończyłam tego samego dnia, tuż przed wyjściem do kina. Całą drogę na seans przeżywałam zakończenie, emocjonowałam się czytelniczo, zachęcając mamę do sięgnięcia po książkę. Zachęciłam ją dość skutecznie – literacka znajomość Mamy Dropsa z Edytą Świętek trwa do dziś. Ja, przyznaję, nie jestem na bieżąco z twórczością Królowej Alei Róż. Jednak dziś z uśmiechem na ustach wracam do historii „Wszystkie kształty uczuć”. Jako czytelniczka i jako patronka wznowienia.

Zapraszam Was do lektury recenzji z 2017 roku – moje wrażenia i rekomendacja są wciąż aktualne!

„Kiedyś dogonimy Paryż” – Magdalena Kołosowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
kiedyś dogonimy paryż kołosowska recenzja

Magdalena Kołosowska, Kiedyś dogonimy Paryż, Wydawnictwo Replika 2021.
Trylogia: „Pod wspólnym niebem”
#MamaDropsaCzyta

Pod koniec kwietnia miała miejsce premiera pierwszego tomu trylogii „Pod wspólnym niebem” Magdaleny Kołosowskiej pt. „Kiedyś dogonimy Paryż”. W jednym z wywiadów przeczytałam, że do napisania serii Autorkę zainspirowały przyjaciółki i rozmowy z nimi, które czasem trwały wiele godzin. Pisząc, garściami czerpała z własnych doświadczeń i znajomych, a wiele wydarzeń rozegrało się w rzeczywistości.

„Kiedyś dogonimy Paryż” to historia internetowej znajomości, która z czasem przerodziła się w przyjaźń. Zosia z Piotrkowa Trybunalskiego, Danka z Zamościa i Irmina z Wrocławia. Co je łączyło oprócz wieku 40+? Każdej z nich coś w życiu nie wyszło, nie udało się spełnić marzeń, zrealizować pragnień. Każdą z nich życie wystawiło na próby.

Pierwsze skrzypce w pierwszym tomie serii gra Zosia. To czterdziestoletnia kobieta, rozwódka po szesnastu latach małżeństwa, freelancerka, kawożłop, w ramach podziału majątku wywalczyła od męża dom dla siebie i dwóch dorosłych córek, Ali i Oli. Poznajemy ją w chwili, gdy usiłuje się zaaklimatyzować w nowej okolicy i w nowym domu, w którym odczuwała syndrom opuszczonego gniazda, całkowicie zerwać z przeszłością, która do niej powracała we snach. Przypadkiem spotyka też Filipa, dawnego kolegę z pracy, przez którego już kiedyś zmieniła pracę pełna obaw o dalszy rozwój relacji między nimi. Jak po dziesięciu latach ułożą się ich relacje?

W każdej sytuacji Zosia zawsze mogła liczyć na wsparcie, pomoc, konkretne rady internetowych przyjaciółek. Powiem więcej, gdy sytuacja tego wymagała, spotykały się w „realu”. Dzieliły się ze sobą radościami dnia codziennego i wszystkimi troskami, omawiały problemy, szukały razem wyjścia z różnych mniej lub bardziej skomplikowanych sytuacji. Wydawało się im, że znają się prawie całe życie. Wyczuwały w rozmowie każdą nutę fałszu czy mijania się z prawdą a także udawania, że wszystko jest w porządku.

Powieść czyta się szybko, jest napisana lekkim stylem, z domieszką humoru, nutą ironii a język jest plastyczny i pełen emocji, chwilami nacechowany poetycko. Narracja jest przeplatana zapisem rozmów z komunikatora internetowego, zaznaczone są daty i godziny wysłanych wiadomości. Bardzo je polubiłam, gdyż przypominają mi moje codzienne pogaduchy. Samo życie! Oj dzieje się tu, dzieje. Akcja toczy się szybko, by znowu trochę zwolnić, a nawet przystanąć, dać czas na refleksje o życiu, o miłości, o przyjaźni czy marzeniach a także smutkach, bolączkach, chorobach, kłopotach, dopadającej nas przeszłości.

Magdalena Kołosowska poruszyła w swojej powieści jakże ważny problem relacji interpersonalnych, potrzeby bliskości, obecności drugiego człowieka. Poznajemy relacje Zosi z mamą, z siostrą i z dorosłymi córkami, które wciąż kochająca mama chce prowadzić przez życie za rączkę i wytyczać bezpieczne i wolne od błędów ścieżki. Zagalopowała się i zapomniała, że powinna przystopować. Jakże prawdziwe są bohaterki i wykreowane przez Pisarkę historie ich życia, które każdą z nich zaskakuje swoim scenariuszem.

Magdalena Kołosowska zaskakuje też tytułem. Sięgając po tę historię, spodziewałam się podróży do Paryża, spacerów nad Sekwaną, gwaru francuskich uliczek. Otrzymałam… Nie, nie zdradzę. Napiszę tylko, że Paryż niejedno ma imię…

„Kiedyś dogonimy Paryż” to pierwsza część trylogii „Pod wspólnym niebem”. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Przede mną, przed Wami, Neapol i Rzym. Czy przedstawione w równie nieoczywisty sposób, co Paryż? Przekonamy się wkrótce!

„Kresowa miłość” – Beata Agopsowicz (#MamaDropsaCzyta)

Read More
kresowa miłość

Beata Agopsowicz, Kresowa miłość, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

4 maja miała miejsce premiera kolejnej powieści Beaty Agopsowicz „Kresowa miłość”. Historia ta zrodziła się z fascynacji Kresami, szperania w starych przedwojennych zdjęciach, słuchania opowieści rodzinnych, poszukiwań i odkryć genealogicznych męża Autorki, który ma ormiańskie korzenie. Z powieścią spędziłam połowę majowego weekendu, ponieważ to doskonały czas na pierwsze wiosenne wycieczki, by nacieszyć się zielonością, śpiewem ptaków, pięknem kwiatów, naładować akumulatory lub zwiedzać zabytkowe miasta i urokliwe okolice. Pogoda w tym roku nie zachęciła nas do wyjazdów, więc wybrałam piękną i klimatyczną podróż literacką przez Kresy – Kuty, Stanisławów, następnie Lwów i Krosno z urokliwą okolicą – Korczyn, Odrzykoń z ruinami zamku – poznajemy jego historię. Najciekawsze jest to, że zamek odrzykoński był miejscem wydarzeń, na kanwie których powstała „Zemsta”, jedna z najsłynniejszych polskich komedii pióra Aleksandra Fredry, właściciela dzięki małżeństwu z Zofią Jabłonowską. Była to niezapomniana podróż w czasie, bowiem w powieści przeszłość przeplata się z teraźniejszością, co wzmaga ciekawość czytelniczą.

Widok, który ujrzała, wywarł na niej takie wrażenie, że zaparło jej dech w piersiach. Było cudownie. Zieleń, mnóstwo zieleni, która niosła spokój i nadzieję. Pagórki porośnięte lasem, dolina, a w niej łąka usiana kwiatami. Dagmarze wydawało się, ze pagórki przysiadły na chwilę, by odpocząć i ze sobą pogaworzyć. Spojrzała na błękitne niebo, na którym widniały jedynie dwa delikatne obłoczki. Mogłaby tak siedzieć godzinami i wpatrywać się w panoramę i odpoczywać od zgiełku codziennego życia.

Właśnie takim wytchnieniem była dla mnie lektura tej opowieści o tym, jak historia potrafi splątać ludzkie losy i zadrwić z tych, którzy próbują nią manipulować.

W 1924 roku mała ormiańska dziewczynka, Marysia Amirowicz, musi opuścić ukochane Kuty. Wraz z rodziną przenosi się do Stanisławowa, a po kilku latach rozpoczyna studia we Lwowie, gdzie, choć jeszcze o tym nie wie, czeka miłość jej życia – przystojny student chemii, Antoni. Sielankę i szczęście zakochanych burzy wojna. Antoni wyjeżdża na front i żadne z kochanków nawet nie przypuszcza, jaką niespodziankę z niego przywiezie…

Czterdzieści lat później w życie starej i schorowanej Marii Amirowicz wkracza jej bratanica, Dorota, którą staruszka traktuje jak córkę i opowiada jej całe swoje życie, nie kryjąc rozgoryczenia i żalu do losu.
Nastaje rok 2013. Dagmara, nauczycielka matematyki, poznaje w Krośnie młodego inżyniera, Adama i zakochuje się w nim z wzajemnością. Młodzi planują wspólną przyszłość, ale właśnie wtedy postanawia wtrącić się przeszłość… Opis Wydawcy.

Autorka przeniosła mnie na Kresy do sielskiego i anielskiego świata siedmioletniej Marysi. Od razu weszłam do tego świata i razem z dziewczynką odbyłam spacer po jej ukochanych Kutach nad cicho szemrzącym Czeremoszem – podziwiałam rynek, ratusz, kościół ze św. Antonim, pomocnikiem w różnych problemach, uroczystość odpustową, obiad u babci Rypsymy i dziadka Kajetana, pyszne potrawy ormiańskie, gandżabur. Następnie wraz z rodziną Marysi przeniosłam się do Stanisławowa i wreszcie do Krosna. Tu w jednym z kościołów znajdował się również obraz św. Antoniego, który przypominał Marysi jakże drogie sercu Kuty. Potem Lwów studia bohaterki na farmacji, miłość od pierwszego wejrzenia do Antoniego, przystojnego studenta chemii (jedność dusz), oświadczyny, planowany ślub i …wojna. Zachwycałam się atrakcjami Lwowa. Po latach znowu wróciłam do Krosna, zwanego „małym Krakowem”, poznałam ulubione miejsca Adama, m.in. Pijalnię Czekolady w Korczynie, spełnienie marzeń każdego wielbiciela czekolady, znowu odwiedziłam Odrzykoń a nawet wyjechałam z bohaterami nad morze do Niechorza. To był niezwykle udany weekend. Moja rodzina również kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Losy Marysi, mojej imienniczki, wywołały we mnie wspomnienia z dzieciństwa i młodości.

Jak już wspomniałam, w powieści są dwie a nawet trzy przestrzenie czasowe, wzajemnie sie przeplatają, wzmagając głód czytelnika, jak historia bohaterów zostanie wykreowana i co ich połączy. Odpowiedź jest prosta. Przeszłość ze współczesnością połączyła miłość – jej różne oblicza. Jednym z nich jest trudna miłość, która wymaga wielu starań, nawet walki o nią, determinacji, konsekwencji w działaniu, pójścia na kompromis. przeszłość nie może się wtrącać do naszego życia, decydować o naszych ważnych decyzjach, wyborach życiowych, manipulować nami. Przecież nie można żyć z sercem przepełnionym goryczą. Czy z powodu „duchów przeszłości” warto zniszczyć szczęście córki? Jakiego wyboru ma dokonać przyparta do ściany córka: matkę czy ukochanego? To zdecydowanie idiotyczny wybór. Warto natomiast oderwać się od przeszłości, rozprawić się z tym, co minęło, przebaczyć i żyć dalej w szczęściu, miłości. Rodzice nie powinni stawać na drodze do szczęścia swoich dzieci. Autorka uświadomiła nam,  do czego może doprowadzić brak wybaczenia, ciągłe rozpamiętywanie przeszłości, rozgoryczenie, poczucie krzywdy, karmienie siebie i innych nienawiścią . Jest to powieść o toksycznej wręcz relacji matki z córką, która tęskniła za ciepłem, radością, miłością. I gdy udało się jej wreszcie spełnić marzenie, pokochać całym sercem i być kochaną, została zmuszona wręcz do rezygnacji. A przecież miłość leczy rany! Kto pomoże bohaterce w podjęciu właściwej decyzji? Czy w końcu zwycięży miłość, która ongiś pogodziła zwaśnione rody Firlejów i Skotnickich? Ogromną rolę w życiu postaci odgrywa wiara.  Bóg jest tym, który je prowadzi i chroni. On może im pomóc, bo przecież „maczał palce” w miłości bohaterów, stawiając ich na swojej drodze.

Warto sięgnąć po najnowszą powieść Beaty Agopsowicz „Kresowa miłość’. Pisarka wykreowała prawdziwych bohaterów, takich z krwi i kości, wzbogacając ich portrety o rys psychologiczny. Akcja toczy się wartko, dwutorowość nadaje tempa. Powieść czyta się szybko, jest napisana lekkim stylem i pięknym, plastycznym językiem. Czytelnik bez żadnego trudu wchodzi do świata bohaterów, by im towarzyszyć i razem z nimi przezywać mnóstwo emocji i uczuć.  Pisarka stworzyła niezwykle poruszającą, emocjonalną i klimatyczną opowieść o bolesnych wspomnieniach, o wojnie i jej niszczycielskiej sile, o trudnych decyzjach i wyborach życiowych, o rozgoryczeniu, żalu i bólu pielęgnowanymi przez lata, o marzeniach i wreszcie o różnych obliczach miłości – trudnej ale i pięknej, uskrzydlającej, dodającej siły w walce z problemami i trudnościami. „Kresowa miłość’ mnie urzekła i zapadła głęboko w serce. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Autorki i już wiem, że nie ostatnie.

Wydawnictwu Replika z całego serca dziękuję za egzemplarz do recenzji.

„Historia Edith” – Edith Velmans (#MamaDropsaCzyta)

Read More
historia edith

Edith Velmans, Historia Edith. Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

Dziwne, jak wiele można znieść, jeśli zagłada dawkowana jest powoli. To jak z trucizną: jeśli zażyje się ją najpierw w niewielkiej ilości i po kropelce będzie zwiększać dawkę, ciało w końcu do niej przywyknie.

David van Hessen, maj 1942

4 maja miała swoją premierę książka, a właściwie pamiętnik Edith Velmans „Historia Edith. Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową”. Pamiętnik powstał w oparciu o zapiski z dzienników, które Autorka prowadziła jako nastolatka w okupowanej Holandii, listów z okresu wojny i wspomnień dorosłej już ocalałej. Mała, czarna walizka pełna dzienników z lat wojny na szczęście ocalała. Przechowała ją przyjaciółka Edith. Jak dobrze, że przyjaciółki namówiły Autorkę do jego napisania. W uporządkowaniu wspomnień pomogła córka Hester, która wyznała: „Redagując twój pamiętnik, uczę się kochać i głęboko cenić dziadków, których nigdy nie znałam”. Został przetłumaczony na kilkanaście języków, w 1999 roku zdobył nagrodę Talkie Award w kategorii „Najlepsza biografia” oraz Jewish Quarterly’s Wintage Award w kategorii „non fiction”. Czytelnicy, których serca poruszył „Dziennik” Anne Frank oraz „Tatuażysta z Auschwitz”, powinni sięgnąć po tę lekturę.

Pragnę z całego serca podziękować Wydawnictwu Replika za tę właśnie „niespodziankę książkową” dołożoną do paczki z powieścią „Kresowa miłość” Beaty Agopsowicz. Zachęciliście i zmotywowaliście mnie Państwo do jej lektury. Zwykle bowiem unikam książek o tematyce wojennej, ale od pewnego czasu zaczynam przełamywać bariery, wybierając lektury z historią w tle. Żałowałabym ogromnie, gdyby książka nie znalazła się w mojej biblioteczce. I jestem z siebie dumna, że przeczytałam do końca, nie odłożyłam na półkę. Wiedziałam, że jest to świat widziany oczyma nastolatki i , co najważniejsze, Edith przetrwała.

Ale ja chcę być silna! Chcę wyjść z tej wojny twarda i niepokonana. I jeśli nie będzie nam wolno chodzić już do szkoły, będę nadal pracować, uczyć się i nabierać mądrości!

Poznajemy tu historię dobrze usytuowanej, żydowskiej rodziny Edith van Hessen, a szczególnie jej losy podczas II wojny światowej. Gdy w 1940 roku Hitler zaatakował Holandię, Edith uczęszczała do znanego gimnazjum. Początkowo wojna w niczym nie przeszkodziła bohaterce. Miała wielu przyjaciół, oprócz nauki poświęcała sporo czasu na rozwijanie pasji, zainteresowań – wioślarstwo, pływanie łodzią, rowerowe wycieczki, jazda na łyżwach, zajęcia w kółku teatralnym, pisanie wierszy, spotkania towarzyskie. Edith była niesamowicie pozytywną osobą, patrzącą na świat przez różowe okulary. To rodzice prowadzili walkę  o przetrwanie, bezpieczeństwo rodziny i w miarę normalne życie. „Chwytaj dzień” – obowiązywała dewiza mamy, wszyscy byli nadal optymistyczni i korzystali z życia na tyle, na ile mogli. Wojna wydawała się czymś odległym. Mimo to w dzienniku Edith pojawiały się zapisy o alarmach, huku spadających bomb, o pierwszych egzekucjach „zdrajców”, o dołującym napisie „Żydzi nie są tu mile widziani” i rozporządzeniu, że kawiarnie i kina nie są dostępne dla Żydów. Edith zrozumiała, że wojna nie będzie tak krótka. Dotarły i do niej coraz bardziej szokujące informacje, że prawie cały świat był zaangażowany w wojnę oraz o kolejnych drakońskich restrykcjach wobec społeczności żydowskiej.

 „Nieś swój ciężar bez narzekania”- sentencja przekazana Edith przez mamę okazała się niezwykle pomocna, gdy do dziewczyny docierały porażające wieści z wojny. Aby ocalić córkę, rodzice wysłali ją do protestanckiej rodziny, gdzie zamieszkała pod przybranym nazwiskiem i przeżyła, udając nie-Żydówkę. Był to nie lada akt odwagi ze strony tejże rodziny. Otrzymywane w listach od bliskich lekcje wytrzymałości pokazały, że „bez względu na to, jak głęboka jest rana, ból można zmniejszyć, wspominając dobre czasy”. Z kolei listy Edith były próbą pocieszenia słabnących na duchu rodziców i babci. Dla mnie to wprost niewyobrażalne i niepojęte, że Edith, relacjonując wydarzenia wojenne i opowiadając o swoich emocjach i uczuciach, potrafiła cieszyć się życiem, być wieczną optymistką, nigdy nie straciła nadziei na lepsze życie mimo świadomości, że będzie się musiała pogodzić z najgorszym, gdy wojna się skończy. Najmniejsze ziarenko nadziei jednak zaowocowało. Z drugiej strony tak postrzegała świat dorastająca dziewczyna, która przetrwała wojnę w ukryciu i znała piekło wojny tylko z relacji. Miała świadomość, że jej rówieśnice „powracające z piekła”, czyli z obozów, „zmiażdżone wewnętrznie” nie będą się w stanie odnaleźć w świecie.

Wojna, cierpienie, nienawiść – po co to wszystko? Ale przyszła wiosna i nagle widzisz kwiaty we wszystkich ogrodach, codziennie nowy kwiat – i wtedy uświadamiasz sobie, że życie ma do zaoferowania nie tylko czerń.(…) Kwitną jabłonie, wszystko jest w rozkwicie! Wraca życie, wszystko powraca! Nadzieja.

 Nie była dla mnie łatwa lektura, mimo że świat jest widziany oczyma nastolatki. W tekście są wydzielone, opatrzone datą i zapisane kursywą fragmenty dzienników Edith, są przytoczone listy od rodziców, brata bliskich znajomych pełne tęsknoty, obaw strachu a przede wszystkim drastycznych obrazów rzeczywistości wojennej, które wywarły na mnie ogromne wrażenie i wywołały poruszenie serca, współczucie, lęk, paniczny strach, wzruszenie aż do łez. Język tej przejmującej historii jest niezwykle obrazowy, plastyczny, emocjonujący i oddziałujący na wszystkie zmysły. Łatwo nam wejść do świata Edith i być obok niej.

Po wojnie życie toczyło się dalej, ale studentka psychologii Edith w jednym z listów do przyjaciółki przypomina, że nie wolno nam zapomnieć o okrucieństwie, bestialstwie, że w tej wojnie unicestwiono tak wiele istnień ludzkich. Powinniśmy się również włączyć do walki o lepszy świat. W każdym człowieku tli się przecież iskierka miłości, którą trzeba rozniecić. Warto wierzyć w dobro i piękno w ludziach.

Nie wszystko zostało zniszczone w czasie wojny. Mnóstwo ludzi ma ideały, mnóstwo wie, jak być szczęśliwymi.

Z całego serca polecam lekturę poruszających do łez i wywołujących mnóstwo emocji i uczuć wspomnień dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową.

Wydawnictwu Replika bardzo dziękuję za niezwykłą niespodziankę książkową.

„Szukając miłości” – Magdalena Chrzanowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
szukając miłości chrzanowska

Magdalena Chrzanowska, Szukając miłości, kontynuacja „I ślubuję ci…”, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

Magdalena Chrzanowska napisała kolejną powieść o szukaniu miłości i szczęścia, o marzeniach, które można spełniać w dojrzałym życiu. Historie bohaterów przekonują nas, że na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno i należy o nią walczyć.

Kto by się spodziewał, że potrącenie rowerzystki może być początkiem pięknej przygody? Z pewnością nie Jola, która po kolejnym rozstaniu z mężczyzną próbuje ułożyć sobie życie, zastanawiając się przy tym, ile razy można zaczynać od nowa. I kiedy wreszcie dochodzi do wniosku, że życie w pojedynkę może być całkiem znośne, los znowu płata jej figla. Czy i tym razem jej marzenia o szczęśliwym związku legną w gruzach?

Zapraszam serdecznie do lektury mojej opinii o powieści „Szukając miłości. Jest to kontynuacja udanego debiutu Autorki „I ślubuję ci…”. Poznajemy w niej historię Joli, dojrzałej kobiety, która po wielu przejściach, upokorzeniach, oszustwach i zdradach zdecydowała się na rozwód i postanowiła rozpocząć nowe życie. Czy otworzy się w nim na miłość? Czy bez mężczyzny u boku będzie szczęśliwa? Jak kobieta poradzi sobie z samotnością? Ile razy można zaczynać od nowa?

Bo miłość, pani Jolu, to cudowny lek, pod warunkiem, że jego działania nie zakłóci przesadny strach o ukochane osoby. I przytulać się trzeba, każdy tego potrzebuje. Przynajmniej do psa albo kota, ale ja doradzałabym jakiegoś sympatycznego pana.

Te rady usłyszała bohaterka od polecanej zielarki, kiedy wciąż nie mogła się odnaleźć w nowej sytuacji i postanowiła odpocząć nad jeziorem u przyjaciół. Rzeczywiście, przeszłości nie da się już zmienić i nie ma powodów, by wciąż oglądać się za siebie. Czy ziółka pomogą rozwiązać jej problemy, poprawią nastrój i wyciszą?  

Ale jak miała znaleźć człowieka, którego będzie w stanie pokochać, który odwzajemni jej uczucia, i jej nie oszuka? Przecież do tanga trzeba dwojga. I tu zadecydował przewrotny los, zsyłając na jej ścieżkę życia Bogdana, którego Jola rowerzystka potrąciła nad jeziorem. Autorka wprowadziła do powieści bohatera, który również był rozbitkiem życiowym z plecakiem wypełnionym po brzegi złymi doświadczeniami. Czy w pięknych okolicznościach przyrody, nad uroczym jeziorem, wśród przyjaciół, na których wsparcie zawsze mogli liczyć, tych dwoje ludzi się odnajdzie i otworzy serca na miłość. Czy spotka ich jeszcze szczęście? Czy spełnią swoje marzenia? W ich głowach gonitwa myśli, miliony pytań, rozterek. Jedno się boi, drugie też, jednak wciąż wierzy, że jeszcze nie jest za późno na miłość…

Magdalena Chrzanowska w swojej jakże życiowej powieści wykreowała autentycznych bohaterów i ich zmagania, rozterki, lęki. Tacy ludzie żyją zapewne gdzieś obok nas. Po lekturze powieści z pewnością znajdziemy dla nich rozwiązanie. Najlepszym lekiem na samotność, mimo posiadania przyjaciół, jest zawsze bliskość, obecność drugiego człowieka. Jola w swym nowym życiu spotykała mężczyzn, którzy ją zawiedli, do których się mocno zraziła i stąd jej brak zaufania. Bogdan po rozwodzie poczuł się wolnym człowiekiem i trochę na siłę szukał miłości, bo w nią wierzył. Ale czy to była prawdziwa miłość? Tej nie trzeba szukać, ona sama nas dopadnie w najmniej spodziewanym momencie. Autorka na przykładzie historii bohaterów, pokazała, że prawdziwa miłość jest trudna, skomplikowana, wymusza pewne kompromisy. A najważniejsze, że nigdy nie jest na nią za późno i należy o nią walczyć. Ciężki bagaż trudnych doświadczeń bohaterów i powracające demony przeszłości sprawiły, że podchodzili do niej pełni obaw, ucząc się na błędach. Szkoda, że nie da się tych drzwi z napisem „przeszłość” tak zatrzasnąć, żeby się już nawet nie uchyliły. (…) Można próbować nie myśleć o przeszłości, jak radziła Wrotyczka, ale odciąć się od niej nie da. Oboje rozmawiali o miłości ze swoimi dziećmi, o swoich nieudanych małżeństwach, w których zabrakło porozumienia dusz, czyli nadawania na tych samych falach. A to jest podstawą w udanym małżeństwie. Jola i Bogdan tak naprawdę nigdy nie byli sami, bo zawsze znajdowali wsparcie wśród bliskich i przyjaciół. Wypad na ryby, pobyt nad jeziorem, wspólne spędzanie urlopu i niesienie pomocy – jakże pięknie Autorka namalowała słowami przyjaźń na kartach powieści, używając całej palety emocji i uczuć. Dla paczki przyjaciół liczył się czas, bliskość, obecność, szczerość, otwartość, rozmowa. Za dużo w naszym życiu pośpiechu a wciąż za mało czasu na pielęgnowanie przyjaźni, oswajanie, tworzenie i pogłębianie więzi.

Powieść „Szukając miłości” czytało się szybko, jest napisana lekkim stylem, emocjonalnym, plastycznym językiem. Dla mnie opisy przeżyć wewnętrznych bohaterów nie było dłużyzną, lecz wzbogacało o nich wiedzę. Realia powieści Autorka osadziła na pięknej Lubelszczyźnie – „widzimy” malownicze doliny rzek: Wieprza, Tyśmienicy i Bystrzycy, a jezioro Firlej – stało się inspiracją, ponieważ jezioro i ośrodki wczasowe w powieści są fikcyjne, ich zieloność kojąca i napawająca nadzieją, zwiedzamy z bohaterami i poznajemy historię miasteczka Kock, a w nim pałac księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, której podobno częstym gościem był Tadeusz Kościuszko. To miejsca bliskie sercu Magdaleny Chrzanowskiej, a powieści stanowią piękną wizytówkę Lubelszczyzny.

Na koniec jeszcze przytoczę ważne słowa Wrotyczki: A ja myślę, że kwintesencją człowieczeństwa jest ogólnie znane powiedzenie: żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał. Absolutnie się zgadzam z panią Florą.

Powieści Autorki przypadły mi do gustu, chwyciły za serce i skłoniły do refleksji o życiu, o miłości, o tym, co najważniejsze w relacjach międzyludzkich. Rzadko trafiam na książki, w których bohaterowie są dojrzałymi ludźmi a ich historie mogą również dużo wnieść do życia dojrzałych czytelników. Dlatego też czekam na kolejny tom, ponieważ pragnę się dowiedzieć, czy Jola spełniła swoje młodzieńcze marzenie o zwiedzaniu zamków nad Loarą we Francji. A marzenia czytelników też się spełnia!

Wydawnictwu Replika serdecznie dziękuję za egzemplarz do recenzji.

„Smak wiosny” – Anna Rybkowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
smak wiosny rybkowska

Anna Rybkowska, Smak wiosny, Wydawnictwo Replika 2021.
Cykl: „Ślady życia”
#MamaDropsaCzyta

Wszyscy z niecierpliwością czekamy na powrót prawdziwej wiosny, aby obudzić się z marazmu zimowego i odnaleźć radość życia, które nas przytłacza trudną rzeczywistością pandemiczną i nie tylko. Dzisiaj podczas spaceru poczułam, że wystarczyło trochę słońca i przyroda od wczoraj tak się ożywiła, słychać śpiew ptaków, więcej zieloności, rozkwitły w parku tulipany, rozchyliły kwiaty, by brzęczące pszczoły mogły pracować. Nareszcie! Trzeba mi zatem zwalczyć przesilenie wiosenne i zabrać się do napisania opinii o powieściach, które czekają i wołają.

Okładka „Smaku wiosny” Anny Rybkowskiej, 2. tomu cyklu „Ślady życia”, kusi świeżą zielonością a dziewczyna z okładki w słonecznej kurtce z bukiecikiem mniszka lekarskiego w dłoniach nastraja pozytywnie. Chciałoby się tam wejść, by usiąść na trawie przed starym domem i cieszyć się wiosną, rozsmakować się w niej. Zajrzyjmy zatem, co ciekawego wydarzyło się u Bereniki w Nabokowie.

Znana czytelnikom pierwszej części pt. „Uśmiech zimy” bohaterka wciąż nie może się odnaleźć w odziedziczonym w spadku starym dworku, czuje się opuszczona, rozbita, zdołowana, udręczona, zobojętniała na wszystko, odrzucona przez mieszkańców. Najczęściej rozpamiętywała przeszłość, uciekała się od beznadziejnej teraźniejszości do wspomnień z dzieciństwa, o wszystkich mężczyznach z jej życia. Ponadto dziedziczce zaczynało brakować środków finansowych na utrzymanie starego domu, zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb i zwierząt, które bardzo kochała. Znalezione na strychu stare krówki,  ulubione z dzieciństwa, sprawiły, że kobieta zaczęła się w szybkim tempie starzeć a czas razem z nią się cofnął. Czyżby zadziałały halucynogennie?  Jesteśmy świadkami jej licznych wizji, fabuła jak w filmie, które ją wykańczały. W Nabokowie nie było idealnej ciszy. Dom żył pełnią obecności, skrzypiąc i sygnalizując każdy ruch w swoim wnętrzu. Czy Jakub, który się niespodziewanie pojawił, pomoże Berenice wyjść z tego stanu? Czy odwiedziny rodziców i dzieci coś zmienią? Igor, syn Bruna, który ją porzucił, z trudem rozpoznał w niej dawną Berenikę. A ten chłopak swoją ciekawą, intrygującą osobowością i wesołym usposobieniem wprowadzał dużo dobrego zamieszania. Dlaczego znowu się pojawił?

W powieści „Smak wiosny” zdarzenia realne przeplatają się z wizjami bohaterki, pojawiającymi sie i znikającymi postaciami z przeszłości. Opis jej stanu permanentnego zagubienia w czasie i w przestrzeni wzbudził wiele skrajnych emocji. Ktoś bawił się jej kosztem, chciał ją jeszcze bardziej pogrążyć, przesyłał swoje myśli. Jak wartki strumień płynęły w jej głowie. Sunęły z pluskiem, były impresją, doznaniem, konkretem. Ale bez adresu nadawcy. Mogła gdybać, mniemać. Może wcale się nie znali? Bohaterka potrzebowała pomocy, ale odtrącała każdą pomocną dłoń, bo podejrzewała o litość. A tej nie potrzebowała. Wiosna nie była w stanie poprawić jej nastroju. Jej poczucie bezpieczeństwa stale się chwiało.

Rozczulił mnie wątek z łyskami, szukanie dla nich pomocy, wyprawa do Ptaszarni. Pitolą, wykąpały się i aktualnie się suszą. Fajne są, maja czerwone łebki, czarne oczka i czarne nóżki. Nie wiem, co to za gatunek, pojęcia nie mam. Jeszcze nieopierzone. Takie puszyste, ciemnoszare. W powieści można też odnaleźć dużo cennych informacji, ciekawostek, przepisów dotyczących bogactwa ziół, które rosły w posiadłości Bereniki. Napotkany zielarz hobbysta, sympatyczny mężczyzna, pokazywał, objaśniał i zachęcał ją do wiosennych zbiorów.

W powieści podobała mi się barwna postać proboszcza Parazego, posługującego się gwarą podlaską, znakomitego gawędziarza, smakosza, autora wielu cennych złotych myśli. Trza być twardym, nie miętkim. Miękcy w życiu traco, bo majom wciunż mokro na twarzy, a jak nagły zamróz przydzi, to zgino od sztywnosci i zimna.(…)Sztywność ino w płodzeniu dzieci bywa pomocna. Max malował cygańskie życie, więc było to doskonałym pretekstem do opowieści o Cyganach, o ich tragicznym losie w 1942r.

Tej książki nie dało się pochłonąć w takim tempie jak w przypadku pierwszego tomu. Musiałam ją sobie „dawkować” z uwagi na styl i niezwykle plastyczny, obrazowy, bogaty w środki stylistyczne język. To była prawdziwa uczta literacka. Jak zatem smakowała? Trudno to jednoznacznie nazwać z uwagi na wiele zmieszanych smaków: realność, nadzwyczajność, irracjonalność, tajemniczość, magiczność, ezoteryczność, mroczność, depresyjność, nostalgia zaprawione czarnym humorem, komizmem, ironią, sarkazmem, bogatą metaforyką, w której sprytnie zostało ukryte drugie dno… A wszystko to  w czytelniku, podobnie jak w głównej bohaterce, wywoływało cały wachlarz emocji i uczuć. Zakończenie natomiast wywołało panikę. Wielosmakowość nie była lekka i łatwa w odbiorze, skłaniała do przemyśleń, często smutnych refleksji nad życiem, urzekała i intrygowała, rozbudzała głód czytelniczy. Teraz pozostaje czekać do lata. Czy przyniesie ono rozwiązanie chociaż niektórych tajemnic?

„Smak wiosny” to niełatwa, niezwykła, ale zdecydowanie godna polecenia lektura!

Wydawnictwu Replika dziękuje za egzemplarz do recenzji.

„Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” – Paulina Kozłowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
pensjonat na kaczym wzgórzu

Paulina Kozłowska, Pensjonat na Kaczym Wzgórzu, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

Bardzo lubię odkrywać nowych autorów, czytać ich debiutanckie powieści, obserwować i śledzić ich rozwój literacki. A Wydawnictwo Replika ostatnio umożliwiło utalentowanym autorom zaistnienie na rynku wydawniczym. Jest przyjazne debiutantom. Dlatego też skorzystałam z propozycji Wydawnictwa, by zrecenzować pierwszą powieść Pauliny Kozłowskiej „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu”, której premiera miała miejsce 23 lutego. Mój wzrok przykuła piękna, klimatyczna okładka, oczywiście opis wydawcy oraz rekomendacje Patronek. Zapraszam zatem do lektury mojej opinii o książce.

Pensjonat na Kaczym Wzgórzu znajduje się w urokliwej Kobylnicy na Pomorzu, w której mieszka Autorka. Skąd taka nazwa? Wypasano tam dawniej kaczki. Jest to miejsce, do którego przyjeżdżają kobiety, by leczyć swe złamane serca, poturbowane przez miłość, poczucie straty, odpocząć od smutków i rozterek zafundowanych im przez facetów. Prowadzi go od pięciu lat trzydziestoletnia Łucja Stus a właściwie jeszcze Zakrzewska, dziewczyna z dobrego domu, z rodziny lekarskiej,  która rzuciła wszystko i przyjechała z misją zbawiania kobiecego świata do odziedziczonego w testamencie domu po babci, a której nie miała okazji poznać za życia. Dlaczego uciekła? Nie chciała, aby rodzice realizowali krok po kroku zaplanowaną przez nich jej drogę życiową. Spełniała się w roli terapeutki w tej cudnej ostoi dla kobiet takich jak i ona. Pensjonat cieszył się wśród nich powodzeniem. Mimo specjalnego regulaminu żyło się tu im po przyjacielsku. Obok Kaczego Wzgórza znajdowała sie działka, na której szybko wyrosła Samotnia – oaza męskiej rozpusty, miejsce, gdzie mężczyźni, korzystając z różnego rodzaju rozrywek, mogliby odreagować stresy dnia codziennego. Jej właścicielem jest Robert, syn i następca wielkiego szefa Jana Sępa, człowieka o bardzo trudnym charakterze, gburze bez serca, perfekcjonisty, który wątpił w to, że syn będzie jego godnym następcą w firmie. Miedzy Łucją a Robertem dochodzi do wojny, narasta między  niechęć, wzajemna antypatia. Kobiety chcą doprowadzić do tego, żeby Sęp wraz z ekipą się stąd wynieśli z uwagi na  sprzeczność interesów. Jesteście ciekawi, jaki przebieg będzie miała ta wojna i do czego doprowadzi walczące strony? Tego się dowiecie, biorąc powieść do ręki.

Tę niezwykle emocjonującą powieść czyta się bardzo szybko, wręcz pochłania dzięki frapującej fabule. Akcja wciąga już od pierwszego rozdziału, napięcie rośnie dzięki nagłym zwrotom akcji, perypetiom bohaterów. Skoro wojna dwóch światów, więc obie strony się wzajemnie obserwują, śledzą, podglądają, próbują negocjować,  walczą a to wszystko jest okraszone humorem, ironią, sarkazmem. Aż kipi emocjami i skrzy się humorem. Powieść jest napisana lekkim stylem, niezwykle plastycznym językiem, poprawnie, nawet użyte wulgaryzmy czy kolokwializmy nie rażą ucha czytelnika, tylko dodają smaczku, pikanterii tej wojnie. Bohaterowie są znakomicie wykreowani. Na uwagę zasługuje ich ciekawy rys psychologiczny. Bohaterem jest tu także natura – opisy przyrody są przepiękne. Tu naprawdę można wyleczyć duszę z wielu zranień, traum, by móc żyć na nowo. Czytając, możemy zaśmiewać się do łez z komicznych sytuacji, ale i wzruszać poznanymi historiami bohaterów, ich relacjami rodzinnymi, przeżyciami, bagażem doświadczeń niesionym przez niełatwe życie.

Paulina Kozłowska poruszyła bowiem bardzo trudne i ważne tematy, dotyczące rożnych przejawów przemocy wobec kobiet w nieudanych związkach małżeńskich. Co ciekawe, Autorka nie koncentruje się na obnażaniu ich słabości, nie szlocha nad ich losem, tylko pokazuje, jak w pensjonacie one się zmieniają, uzbrajają w siłę. Już nie są same, między nimi kwitnie przyjaźń, która je umacnia w podejmowaniu zdecydowanych kroków, w dokonaniu mądrych zmian, postanowień i wyborów życiowych. Książka zaskakuje, skłania do wielu przemyśleń i refleksji, a mimo to zapewnia doskonały relaks.

Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie świetny pomysł na książkę kolejnej, utalentowanej Debiutantki. Czekam niecierpliwie na kolejny tom.  

Wydawnictwu Replika bardzo dziękuję za egzemplarze recenzencki.

Paulinie Kozłowskiej gratuluję udanego debiutu.

„Na krawędzi nocy” – Edyta Świętek (#MamaDropsaCzyta)

Read More
na krawędzi nocy

Edyta Świętek, Na krawędzi nocy, Wydawnictwo Replika 2021.
Seria: „Alter ego”
#MamaDropsaCzyta

Edyta Świętek, Mistrzyni sag rodzinnych, oddała tym razem w ręce swoich czytelników historię, którą nazwała baśnią dla dorosłych. Pisarka wciąż poszukuje nowych inspiracji i wrażeń. Najczęściej czerpie je z życia. „Czasami wystarcza mała iskierka, która wywołuje wiele zamieszania”.  Kiedyś ktoś napił się kawy z kubka Autorki, aby poznała jego myśli. I to była iskierka, przyczynek do rozmyślań nad magicznymi zdolnościami ludzi.  W ten sposób narodziła się historia Niny, czarownicy i jej przyjaciół. Niezwykła historia, o której trudno zapomnieć. Zapraszam do lektury recenzji drugiego wydania powieści „Na krawędzi nocy”, pierwszego tomu dylogii „Alter ego”, której premiera odbyła się w lutym. Przekonajmy się, czy czarownice istnieją tylko w bajkach.

Główną bohaterką powieści jest Nina, a właściwie Antonina Klara Strega-Oramus. W chwili, gdy ją poznajemy, skończyła 30 lat i już życie zdążyło zapełnić jej plecak różnymi doświadczeniami. Opowiada nam w pierwszej osobie swoją historię. Od razu nawiązuje bezpośrednią więź z czytelniczką, nazywając ją przyjaciółką. W Prologu definiuje czarownicę, obala kilka mitów dotyczących czarownic i magii, podaje pewne fakty o ich zdolnościach. Dzięki retrospekcji cofamy się do dnia, w którym Nina dowiedziała się od uwielbianej babci Marianny, że jest właśnie czarownicą, inną niż wszyscy, odziedziczyła właśnie po niej tę zdolność. Ona szara myszka, nieśmiała i wycofana została tak obdarowana. Babcia oczywiście udzieliła ukochanej wnuczce rady, jak się posługiwać zdolnością czarowania, bo przecież będzie mogła wpływać na życie innych, żeby „nie przedobrzyła”. Jeśli bowiem nie zachowa umiaru, może nie zaznać w życiu prawdziwych przyjaźni i miłości. Od najmłodszych lat odwiedzały Ninę we snach Anioł, ucieleśnienie męskich cnót i Mroczny, rzucający cień na Anioła, wzbudzający niepokój. W noc poprzedzającą 18 urodziny Anioł oznajmia: „- To już dzisiaj. Bądź gotowa”. W urodziny zakochała się w jasnowłosym Adrianie, którego nazwała Wikingiem – był piękny i świetlisty jak Anioł z jej snów. Czy rzuciła na niego czar? Czy zadziałał jej urok osobisty? Od tego momentu motyw fantastyczny miesza się ze zwyczajnym życiem bohaterki. Adrian stał się jej mężem i żyło im się fantastycznie. Nina nie wtajemniczała go w swoje zdolności magiczne. Anioł i Mroczny zniknęli ze snów. Sielankę zakłócał jedynie wredny szef w pracy Niny oraz dziwne przeczucia, sny i wizje, jakby coś złego się miało stać. Pojawił się znowu Mroczny w ponurej, diabolicznej postaci, wzbudzając lęk. Jednego dnia bohaterka straciła wszystko, co było dla niej najważniejsze.

Czy czarownica potrafiła cierpieć?

W mojej głowie brzmi „Sonata Księżycowa” Beethovena. (…) Posłuchaj właśnie tej melodii. tak brzmi moja tęsknota i rozpacz – to moje umieranie. Nie dociera do mnie nic z tego, co dzieje się wokół. Nie jestem zdolna do działania. Na długie godziny pogrążam się w nieutulonym płaczu.

Edyta Świętek pokazała, że życie potrafi mocno doświadczyć zarówno czarownicę, jak i zwyczajną dziewczynę. Nie zawsze mamy wpływ na to, co sie wokół nas wydarzy. Zafundowała czytelnikom cały wachlarz emocji i uczuć – na początku radość, szczęście, namiętność, życzliwość, następnie smutek, lęk, płacz, rozpacz, cierpienie, oswajanie się ze śmiercią, przeżywanie żałoby, pustka, bezsenne noce i dnie, depresja, szukanie pociechy w myślach, we wspomnieniach, w poezji, w oglądaniu zdjęć. akceptowanie straty, przyzwyczajanie się do pustego domu.  

Po nocy pojawił się brzask. Sny przygotowały Ninę do spotkania z Mrocznym. Tak po prostu wpadła na niego w sklepie podczas zakupów… Wyglądał tak samo jak we snach i też był irytujący. Nina jako czarownica mogła sprawdzić, czy słusznie sie do niego uprzedziła. Wystarczy łyk kawy z jego szklanki… Czy wraz z pojawieniem się Mrocznego Nina rozpocznie nowy rozdział życia? Czy powróci dobra passa? W jaki sposób życie ją znowu zaskoczy we snach i na jawie?

Powieść czyta się szybko, jest napisana lekkim stylem, ale nie płytkim i bardzo emocjonalnym językiem, opisy przeżyć wewnętrznych Niny wywołały we mnie mnóstwo różnorodnych emocji i uczuć. To baśń dla dorosłych o miłości z mądrym przekazem. Jak to w baśniach bywa – fabuła służy do wyrażenia czegoś ważnego. Życie nasze jest czymś ulotnym, nie zawsze mamy wpływ na bieg wydarzeń. po najczarniejszej nocy następuje brzask, nowy dzień. Nie powinniśmy się pogrążać w rozpaczy, poddawać się, tylko walczyć i myśleć o kolejnym dniu pełnym światła, kolorów, nowej szansy, o powrocie dobrej passy. A do tego potrzebny jest nam drugi człowiek i jego wsparcie – rodzina, przyjaciele są wokół nas.

Edyta Świętek zachwyciła mnie kreacją całej plejady bohaterów. Są prawdziwi, wyraziści. Mimo że Nina jest czarownica, to zachowuje się i czuje jak „normalny” człowiek. Anioł i Mroczny – pochodzący z dwóch światów – z jawy i ze snów – również mnie zafascynowali. Przecież każda z nas kiedyś marzyła o tym wyśnionym, jedynym królewiczu na białym koniu. Pociągali nas również tacy jak Mroczny, mimo lęków i obaw. Przypadła mi do serca postać babci Marianny i Gabrieli, teściowej Niny. Dzięki świetnie poprowadzonej narracji pierwszoosobowej czułam się tak, jakbym była przyjaciółką bohaterką i ona przy kawie opowiedziała mi swoją frapująca historię. Powiem Wam, że uroczysko babci Marianny kupiła Edyta Świętek, bowiem od dłuższego czasu szukała miejsca sprzyjającego twórczym uniesieniom. Pojawiła się tu też dobrze nam znana Madzia Kociołek, bohaterka powieści „Pełnia szczęścia”.

Akcja toczy się wartko, zaskakują nas zwroty akcji, perypetie bohaterów, z którymi czytelnik również się znajduje między jawą a snem. Opisy miejsc są bardzo plastyczne, oddziałują na naszą wyobraźnię.

Zachęcam do sięgnięcia po tę poruszającą powieść o miłości, o sile przyjaźni, o relacjach rodzinnych i międzyludzkich oraz ze zwierzętami.  Choć podczas lektury często sięgałam po chusteczki, to jednak książka mimo wszystko zachęca, skłania  do refleksji nad życiem – niepoddawania się i walki o nowy dzień, lepsze jutro, dodaje odwagi i mobilizuje do pracy nad sobą, nad wprowadzeniem zmian na zewnątrz, ale przede wszystkim wewnątrz siebie.

Wydawnictwu Replika bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki.

Edycie Świętek dziękuję z całego serca za kolejną historię, o której tak łatwo nie da się zapomnieć.  

„Koń, który mnie wybrał” – Susan Richards (#MamaDropsaCzyta)

Read More
koń który mnie wybrał

Susan Richards, „Koń, który mnie wybrał”, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

Gdy zobaczyłam okładkę a na niej tytuł, podtytuł i opis wydawcy wśród premier na stronie Wydawnictwa Replika, zapragnęłam przeczytać książkę. Tak też się stało, bowiem dzięki uprzejmości i zaufaniu Wydawnictwa otrzymałam tę powieść do recenzji. Zapraszam więc do lektury mojej opinii o książce „Koń, który mnie wybrał”. To wspomnienia autorki, Susan Richards.

Miłość bez echa to podzwonne dla duszy. Jednak ciało bez duszy niemądrze rośnie i tak, wkracza w przyszłość bez swojego jądra, swojej jaźni, skurczone jak drzewo bonsai przez pozbawioną echa miłość.(…) Właśnie to – owo echo – podarowała nam Lay Me Down. Po raz pierwszy, odkąd pamiętałam, czułam tak wielką miłość, a następnie tak wielki żal.

W powieści poznajemy historię niełatwego życia Autorki, w którym traumatyczne przeżycia z dzieciństwa – śmierć matki, rozstanie z bratem, obojętność ze strony babci, ojciec alkoholik staczający się na dno, złe traktowanie ze strony dalekich krewnych opiekunów, wywarły wpływ na jej los i pozbawiły ją możliwości przeżywania pełnej palety uczuć i emocji, a szczególnie tych pozytywnych . Z czasem sama dała się złapać w pułapkę alkoholizmu. Piła, żeby zapomnieć i przetrwać złe chwile jak na przykład nieudane związki z mężczyznami, problemy ze zdrowiem. Jednak nadszedł dzień, w którym się otrząsnęła, że alkohol jej w niczym nie pomógł, nie uzdrowił a mogła się znaleźć na samym dnie. Co ją uzdrowiło?

Miała ogromne oczy w kształcie migdałów, a na środku czoła białą gwiazdkę. Arabscy przodkowie uwidaczniali się w wydatnych kościach jarzmowych i wąskim, nieco wklęsłym nosie. Pierś i kłąb pokrywała biała piana, a sierść pachniała mokrą galanterią skórzaną.

Tak wyglądała trzyletnia klacz Georgia, z którą trzydziestoletnia Suzan postanowiła spędzić kolejne trzydzieści lat. Stawała się koniem z marzeń, w pewnym sensie terapeutką i razem rozpoczęły nowy etap życia – u Suzan bez męża, bez alkoholu, ale od pójścia do pracy i podjęcia studiów wieczorowych. Jedyną nicią łączącą teraźniejsze życie z poprzednim były konie, wielka miłość Suzan. Już w wieku pięciu lat otrzymała od babki w prezencie kucyka Bunty. Drugą pasją Autorki były książki, uwielbiała je czytać a w marzeniach pragnęła coś napisać. Pisała wiersze, prowadziła dziennik, publikowała artykuły w niewielkiej bostońskiej gazecie. Ja jednak byłam w ciąży z książką. czułam, jak kopie, chcąc sie urodzić. Byłam jedną z tych kobiet, które są wprost stworzone przez naturę do pisania: szerokie w biodrach, idealne do wysiadywania godzinami przed komputerem.

W chwili gdy poznajemy bohaterkę, w jej stajni znajdują się trzy konie, wśród których obowiązywała wyraźna hierarchia: Tempo – „mądry i łagodny władca”, Georgia, „wredna babka, której okropne zachowanie zawsze ujdzie na sucho, bo tak” i Hot-shot, „dobroduszna niania” hołubiąca tamtych dwoje. Pojawiła się też była klacz wyścigowa Lay Me Down ze swoim źrebięciem osłabiona z powodu niedożywienia, zapalenia płuc, infekcji oka – przeszła bardzo trudną drogę. Właściwie to ona wybrała Suzan, chętnie weszła do przyczepy. Czyżby czuła podobieństwo między nimi? Były przecież osierocone, porzucone i źle traktowane. Wraz pojawieniem się Lay Me Down obserwujemy kolejne zmiany w życiu Suzan. Potulne, przymilne i niesłychanie łagodne zwierzę, bardzo często wzdychające mimo złej doli i ogromu cierpienia była otwarta i ufna wobec ludzi i tego nauczyła swoją właścicielkę. Potrafiła na nowo pokochać, Suzan dość szybko poczuła na swoim sercu jej wielkie mokre westchnienie. Pisarka dość szczegółowo opisuje relacje między końmi, ich oswajanie sie ze sobą, poznawanie, okazywanie uczuć . Zapoznawanie się klaczy, w tym „potwora” zwanego Georgią nie było łatwe. Obserwowanie zachowań między końmi przyczyniło się do zwierzeń Suzan na temat swojego życia i relacji z rodziną i z innymi ludźmi. A z drugiej strony poznajemy, jakie relacje, więzi tworzą sie i zacieśniają między bohaterkami.  Dla Suzan gesty Lay stawały się drogie, zaskakiwała ją swoją czułością, słodyczą, łagodnością i uprzejmością, miłością do słońca. Pod ich wpływem u Suzan czytelnik obserwuje również metamorfozę – zniknęły lęki, strach, pojawiła się wrażliwość ale i odwaga, determinacja, zaczęła żyć i czuć intensywniej, zmieniła styl ubierania, pojawił się ktoś, kto zaprosił ją na randkę…  

Mój związek z Lay me Down był niepowtarzalny również pod innymi względami. Takiej relacji jak z nią nie miałam z żadnym ze swoich dotychczasowych zwierząt. Od początku zdawało się, ze to ja mam się czegoś nauczyć od niej i że to ja ostatecznie skorzystam na uratowaniu jej życia.(…)Jej zdolność do miłości była ogromna. Gdzież ona się tego nauczyła? Dlaczego ja nie umiałam?

Historia pięknej znajomości klaczy i Suzan dostarczyła mi ogromu emocji. Tak ciekawie Autorka opisała, scharakteryzowała świat zwierząt, pokazała ich złożoność natury, charakterów, upodobań i relacji ze światem ludzi. Opisy przeżyć wewnętrznych chwytają za serce. Autorka antropomorfizuje zwierzęta, co świadczy o jej wielkim przywiązaniu, wdzięczności i miłości. Wzruszająca do łez jest walka Suzan z nieuleczalną chorobą Lay Me Down, brylantu wśród koni, której ufność i łagodność otworzyły jej serce na miłość. To cud, że się spotkały. I mimo zakończenia pełnego łez, bólu i żalu wierzę, że z tej pięknej miłości o uzdrawiającej mocy wiele zostanie w Suzan już na zawsze. Jej serce już zawsze będzie kochające i otwarte. Cieszmy się życiem mimo wielu niebezpieczeństw, jakie na nas czyhają.

Polecam te piękne i poruszające do głębi serce wspomnienia Susan Richards na zimowe wieczory.

Wydawnictwu Replika dziękuję serdecznie za egzemplarz do recenzji.