„Po drugiej stronie raju” – Beata Zdziarska (patronat Mamy Dropsa)

Read More
po drugiej stronie raju okładka

Beata Zdziarska, Po drugiej stronie raju, Wydawnictwo Replika, 2021.
Patronat Mamy Dropsa

26 października to dzień premiery powieści obyczajowej Beaty Zdziarskiej „Po drugiej stronie raju”, mojego pierwszego patronatu z Wydawnictwa Replika, z którym mam przyjemność najdłużej współpracować. Bardzo się ucieszyłam z tej propozycji. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Autorki i już wiem, że nie będzie ostatnie z uwagi na trudne i niezwykle ważne tematy poruszane w powieściach. Rozmaite sytuacje z życia stanowią dla Beaty Zdziarskiej inspirację. Zapraszam na garść refleksji po lekturze powieści.

Pomysł powieści „Po drugiej stronie raju” narodził się w głowie Autorki, ponieważ postanowiła napisać historię małżeństwa, które po kilku latach przeżywa kryzys. Podczas rozwijania fabuły doszły jeszcze inne wątki warte uwagi.

Tytuł jest trafną metaforą, gdyż całe ludzkie życie rozgrywa się po drugiej stronie raju i tylko w pewnych sytuacjach możemy powiedzieć, że jest nam jak w raju. Właśnie z rajem, z biblijnymi Adamem i Ewą skojarzył mi się piękny wiersz ks. Jana Twardowskiego, którego twórczość bardzo lubię. Poetycko-filozoficzne rozważania o mocy miłości między ludźmi, relacji Bóg-człowiek i o tym, że tylko miłość daje przebaczenie.

Biblia milczy czy się Adam z Ewą całowali
bardzo wielu współczesnych nic to nie obchodzi
chociaż najpierw się żyje a potem pomyśli

a jednak jak to było w sam raz poza bramą
może mówili patrząc w czarne gwiazdy złote
chyba tutaj także będziemy się kochać
miłość za nami biegnie choć nie ma doświadczeń
trudniej po raju niż po ziemi chodzić

nie wiedzieli nawet jak w oczy popatrzeć
czy od razu całować czy ukryć wzruszenie

a miłość tylko jedną można wszędzie spotkać
przed grzechem i po grzechu zostaje ta sama

Jan Twardowski, Adam i Ewa

 Jak żyje się na ziemi bohaterom powieści „Po drugiej stronie raju”? Po kilku latach małżeństwa Mateusz i Ewa Suliccy przechodzą kryzys, który się pogłębia. A świetnie się im powodziło, brakowało jedynie … szczęścia. Ewa pracuje w korporacji, pnie się po szczeblach kariery, rywalizując z Hanką. W wolnych chwilach lubi czytać książki, słuchać Mozarta, architekturę średniowiecza i plażowanie w ciepłych krajach. Mateusz z kolei jest inżynierem, irytował go coraz bardziej spadek formy, pojawiający się ból nóg, marzył przecież o kolejnych wyprawach górskich, miał już plan wypraw na najwyższe europejskie szczyty górskie – Korona Europy. preferował wypoczynek aktywny. Uległ jednak żonie i wybrali się odpocząć do Grecji. Ewa zajmowała się komunikacją między ludźmi, a nie potrafiła rozwiązać problemów na własnym podwórku. Przyjaciółka mobilizowała ją do działania, bo „drugi człowiek to dar od Boga lub losu. Mateusz z kolei zawsze mógł liczyć na pomoc i wsparcie przyjaciela z dzieciństwa Adama, lekarza. Gdy postanawiają o siebie zawalczyć, los ich boleśnie doświadczył chorobą nieuleczalną Mateusza. Autorka krok po kroku, dzień po dniu przedstawia reakcję Mateusza, Ewy, teściów, matki Mateusza i przyjaciół. Poznajemy bliżej ich wzajemne relacje, emocje i uczucia. Muszą się zmierzyć z nową, niezwykle trudną i bolesną sytuacją.

Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi przeobrazić życie nasze nie do poznania, poplątać nasze plany i marzenia.

Podobnie jak biblijna Ewa , która swoim nieroztropnym krokiem sprowadziła na ludzkość choroby, cierpienie oraz śmierć, bohaterka postąpiła niegodziwie, co doprowadziło do dramatu rodzinnego. Czy Mateusz był w stanie zdobyć się na wybaczenie? Postępek Ewy i jego konsekwencje wywołały w moim sercu istną lawinę emocji. Moim zdaniem cierpienie to nie lada wyzwanie i na tym polega miłość, żeby być obok, wspierać, razem cieszyć się, płakać, współodczuwać. Jak można wyzbyć się skrupułów, wyrzutów sumienia, żalu, zagłuszyć je muzyką? Nie na tym polega wolność wyboru w małżeństwie. Mateusz nie chciał, żeby Ewa została z nim i jego chorobą z poczucia odpowiedzialności i zobowiązania. Nie teoretyzuję, dziecko z niepełnosprawnością, walka o jego normalność, co jest procesem, następnie moja choroba scementowały nasze małżeństwo jeszcze bardziej i umocniły naszą miłość.

Podobno ból jest walutą, za którą kupuje się niebo.

Autorka poruszyła w powieści problem osoby z niepełnosprawnością nabytą w związku z postępującą chorobą. Jak wyglądała jego walka o samego siebie?

Zmaganie się ze słabością własnego ciała stanowi większy heroizm niż bohaterstwo wojenne. O ile w tym drugi człowiek jest w stanie odnaleźć jakiś sens, może zyskać sławę, a przynajmniej szacunek w oczach społeczeństwa, o tyle choroba, która ogranicza wolę działania, skazuje na samotną anonimową walkę w świecie zredukowanym do minimum.

Beata Zdziarska poruszyła też temat starości jako innego etapu życia, który napawa nas często lękiem. Ten wątek kontrastuje niejako z wątkiem Ewy i Mateusza. Zofia, jego mama wypełnia swój wolny czas na emeryturze zajęciami w Domu Pogodnej Jesieni, w którym rezydenci dochodzą do kresu życia i nazywają domem, a nie omem starców. Zaprzyjaźniła się z jego rezydentami, szczególnie z Marią, Basią i Franciszkiem, który skradł i moje serce. Obcowanie z przyjaciółmi było doskonałym lekiem na samotność i dawało jej energię i motywację, żeby nie stać w poprzek drogi, a iść dalej do przodu. Maria dzielnie zmagała się z chorobą, bardzo jej w tym pomagała wiara, szczególnie modlitwa przed lwowską ikoną. Zofia, doświadczona przez życie, była również wierzącą osobą. Wzruszały mnie spacery Franciszka z Zofią nad morze. Pogodny bohater sypał mądrościami życiowymi jak z rękawa. One podtrzymywały Zofię na duchu. Zapewne wzruszy czytelników jego opowieść, dlaczego nie lubi kokosanek, pysznych ciasteczek do kawy. Basia nauczyła z kolei Zofię haftować. Ale w DPJ zdarzały się i smutne momenty – śmierć. Rozmowy z księdzem na tematy religijne – czy Matka Boska wybaczyła oprawcom jej Syna, czy potrafiła na nich spojrzeć jak na ludzi – przygotowały teściową do rozmowy z synową Ewą, bowiem przez przypadek spotkały się w szpitalu. Czy to był przypadek? Czy daje to czytelnikowi nadzieję na  odbudowę relacji między kobietami i odnalezienie drogi do porozumienia?

Powieść czyta się szybko, jest napisana lekkim stylem, ale nie płytkim i pięknym, pełnym emocji językiem. Akcja toczy się niejako dwutorowo: Ewa przebywając w szpitalu, pragnie uporządkować swoją przeszłość i opowiada w pierwszej osobie prawdziwą historię swojego życia. Podobnie i Zofia, cierpiąc w szpitalu na bezsenność, odtworzyła w pierwszej osobie historię swojego życia. Dlatego też dość łatwo wkraczamy do świata świetnie wykreowanych bohaterów z pogłębionym rysem psychologicznym. Ich historie wywołują w nas lawinę często skrajnych emocji. Uwrażliwiają czytelnika, skłaniają do przemyśleń i refleksji nad życiem i najważniejszymi w nim wartościami. Zmuszają niejako do rachunku sumienia. Trudno oderwać się od książki. Wiele cytatów zaznaczyłam, by wracać do nich jak do złotych myśli, drogowskazów życiowych.

Beata Zdziarska podarowała czytelnikom swoją trzecią powieść, w której poruszyła trudne i bolesne tematy, obnażając ludzkie słabości: kryzys w małżeństwie, relacje między mężem i żoną, między zięciem a teściami, synową a teściową. Opowiada też o różnych obliczach miłości, o bolesnej zdradzie, o niezwykle trudnej sztuce wybaczenia, o przyjaźni, o rywalizacji w pracy. Pochyliła się też nad starością, o której myśl napawa nas lękiem. Z życia rezydentów w Domu Pogodnej Jesieni możemy wiele czerpać i się nauczyć. Ale po drugiej stronie raju znajdujemy także cierpienie, nieuleczalne choroby, ból, smutek, brak nadziei, zwątpienie, samotność i dręczącą tęsknotę. Czy to tęsknota za utraconym rajem…?

Zachęcam Was do sięgnięcia po wspaniałą powieść idealną na długie, jesienne, kocykowe wieczory.

Wydawnictwu Replika dziękuję za zaufanie i powierzenie mi patronatu nad powieścią. Autorce dziękuję za mądrą i trudną powieść.

„Zaklinaczka motyli” – Agnieszka Stec-Kotasińska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
zaklinaczka motyli recenzja

Agnieszka Stec-Kotasińska, Zaklinaczka motyli, Wydawnictwo Replika, 2021. #MamaDropsaCzyta

A może by tak wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady…?

Uwielbiam wypady z Mężem w Bieszczady, bo czas się tam sączy, powietrze wspaniałe, jest sielsko i anielsko, widoki zapierają dech, koją, wyciszają, akumulatory się ładują. W tym roku nie mieliśmy Bieszczad w planie, ale kto wie, czy we wrześniu nie pojedziemy chociaż na weekend, bo tęsknimy. Powieści, których akcja dzieje się w Bieszczadach, zachęcają, by rzucić jednak wszystko i tam wyjechać. Jedną z nich jest „Zaklinaczka motyli” Agnieszki Stec-Kotasińskiej. Zapraszam do lektury recenzji.

Iga Wawrzyniak, dziewczyna o rudych włosach, piegowatej twarzy i smutnych oczach, miłośniczka motyli, dość znana fotografka z Rzeszowa w bieszczadzkiej wsi Polany, w pięknej okolicy, odnalazła doskonały azyl w drewnianym domku. Bardo polubiła to miejsce i miała nadzieję, że jego aura pomoże jej uporać się z przeszłością, wyciszyć się, uspokoić, nabrać dystansu i przede wszystkim oswoić z żałobą po tragicznej śmierci męża Adama. Ich małżeństwo było udane, kochali się, mieli wspólne marzenia, plany na przyszłość. Iga tak bardzo chciała na nowo zacząć żyć pełnią życia. Znalazła tu szybko przyjaciółkę Zosię, która z rodziną mieszkała po sąsiedzku. Mieszkańcy wsi też ją polubili. Do domu obok przeprowadziła się para celebrytów z Warszawy. On – Michał, znany dziennikarz i ona, Ewelina, jego narzeczona od czterech lat, znana topowa vlogerka, uwielbiająca miejskie życie. Ta bohaterka od początku nie przypadła mi do gustu, absolutnie nie pasowała do Michała. W odziedziczonym domu po dziadkach, którzy go wychowali, pragnął odzyskać spokój. Przyjechał tu bowiem z bagażem swoich wspomnień, traum, niezaleczonej przeszłości. Jak dobrze, że los skrzyżował drogi Igi i Michała, pozornie dla siebie obcych osób. Jak się okazało, ich wspólna historia rozpoczęła się na długo przed tym, zanim się spotkali. Czy bohaterom uda się w zaciszu pokonać przeciwności losu i odnaleźć siebie, poznać prawdę o swoim życiu? Ich droga będzie kręta, pełna bólu, rozczarowań, dramatów, tajemnic, emocji… W tych cudownych okolicznościach przyrody będzie sielsko, ale nie anielsko.

Moje wspomnienia o nim są jak motyle złapane w siatkę, które powstrzymuję siłą woli, by nie poznały słowa „wolność” .

Czy można żyć przeszłością, celebrować wspomnienia o zmarłym mężu, żyć nimi, karmić się nimi i zamknąć drzwi do świata? Jakie tajemnice związane z Adamem ujrzały światło dzienne i przysporzyły cierpień i bólu Idze? Jaką rolę odegrała rodzina i przyjaciele oraz Michał? Czy Idze udało się wreszcie wypuścić zaklęte w klatkach motyle, by odleciały do kart historii?

Piękna i zarazem życiowa historia o Idze, zaklinaczce motyli i Michale, leczącym rany na duszy niesamowicie mnie poruszyła. Autorka tak poprowadziła ciekawie fabułę, zaskoczyła zwrotami akcji i wykreowała bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, prawdziwych: z zaletami, wadami i słabościami że trudno się było oderwać od czytania. Bardzo polubiłam Igę, z czasem Michała, Zosię i jej rodzinę. Ciekawa jest kompozycja powieści – podział na rozdziały zatytułowane imionami bohaterów, z narracją poprowadzoną w pierwszej osobie, dzięki czemu możemy łatwo wniknąć do świata poszczególnych bohaterów, poznać ich myśli i motywy działania.

Powieść jest napisana lekkim stylem, pełnym emocji językiem. Wywołuje w czytelniku cały wachlarz uczuć i emocji. Autorka poruszyła w niej trudne problemy: różne oblicza i odcienie miłości , zazdrość, zawiść, egoizm, manipulacja człowiekiem, zdrada, podwójne życie, wybaczenie, siła przyjaźni. Jest to także powieść o tym, jak relacje w rodzinie mogą wpływać na losy bohaterów. Agnieszka Stec-Kotasińska przekonuje czytelników również o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany, pozwolić życiu biec własnym torem. Czas bowiem leczy rany i na ciele, i na duszy, pozwala larwie opuścić kokon i zmienić postać w pięknego, kolorowego i wolnego motyla, którego można pokochać całym sercem. Zakończenie powieści jest rozczulające, ale poznacie je sami.

Zachęcam Was do lektury emocjonalnej i mądrej powieści. A ja sięgnę po debiut Autorki „Siła przeznaczenia”.

Wydawnictwu Replika pięknie dziękuję za egzemplarz recenzencki.

„Przedsionek szczęścia” – Anna Kapczyńska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
przedsionek szczęścia

Anna Kapczyńska, Przedsionek szczęścia, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

– Boże, jaka ja jestem prawie szczęśliwa – powiedziałam do siebie w poniedziałek rano. Tak zaczynałam codzienną modlitwę do swojego osobistego Boga.

-Bądź sobie zatem prawie szczęśliwa. Pamiętaj tylko, że jedynie ty sama masz na to wpływ, nikt więcej. – Łatwo się mówi. Czasem wydaje mi się, że lepiej być nie może, a gdy już jestem prawie pewna, że wszystko jest na swoim miejscu, zaczynam mieć wątpliwości. I dopada mnie niepokój – zwierzyłam mu się.

A dlaczego bohaterka najnowszej powieści Anny Kapczyńskiej czuje się prawie szczęśliwa i wciąż tkwi w przedsionku szczęścia? Zapraszam do lektury garści refleksji, jakie wywołała we mnie książka.

Bohaterką powieści jest Henia, która mieszka z mężem Wojtkiem na Jeżycach w Poznaniu, prowadzi z Grażyną Knajpę, restaurację, miejsce z dobrą energią, ma rodziców, na których nieustannie narzeka i wspaniałą babcię, o którą się ciągle martwi, posiada też przyjaciółkę i koleżanki. Uwielbia jazdę na rowerze i … piwo. Czytelnik poznaje historię znajomości i miłości Heni z Wojtkiem. Bohaterka powieści wciąż znajduje się w przedsionku szczęścia… Ciągle prześladuje ją to „prawie” i towarzyszy uczucie niepokoju, niedosytu, niskie poczucie własnej wartości, za mało odwagi, poczucie, że powinno być lepiej, jeszcze lepiej. Często też czuje się zagubiona, niepewna, udręczona przez czarne scenariusze, które wymyśla. Ma dla wszystkich wokół czas, jest gotowa zawsze nieść innym pomoc i znosić zbyt wygórowane oczekiwania otaczających ją ludzi. Brakuje jej asertywności. Nie może znaleźć natomiast czasu dla siebie, żeby pobyć sama ze sobą, przyjrzeć się sobie i przede wszystkim siebie zaakceptować, polubić, zdefiniować siebie i uszczęśliwić. Brakuje jej pełni, spełnienia na wielu niwach. Dlatego też Knajpa ma się gorzej, mąż w dalekich trasach, przyjaciółka zajęta swoimi sprawami, a rodzina z chęcią zaplanowałaby jej życie. Czy można tak żyć jak w poczekalni do pełni szczęścia, nie bardzo wiedząc, jak znaleźć się w odpowiednim miejscu i co ta pełnia miałaby właściwie oznaczać. A wyobraźnia podpowiadała jej najgorsze scenariusze.

Autorka świetnie wykreowała postać babci Wisi, która, mimo osiemdziesięciu lat, wciąż czuła się młoda duchem i absolutnie na nic nie narzekała. Miała natomiast jakiś gen uwodzicielski, którego natura poskąpiła Heni. Wisia ledwo pochowała kochanka i już telefony od potencjalnych kochanków się do niej prawie urywały. Czy to gen, czy to tajna broń kobieca? Czy po prostu babcia postradała rozum? Wisia zawsze wiedziała, czego chce, nigdy nie oglądała się na innych, miała silną osobowość,  całe życie podejmowała świadome decyzje i była zdeterminowana, aby wpłynąć na metamorfozę Heni w sposobie myślenia.

Małymi kroczkami dawna i zahukana Henia świadomie wkroczyła na drogę zmian. […] czasem trzeba wziąć życie w swoje ręce i mocno nim potrząsnąć, jak tą kulą, wiecie, ze sztucznym śniegiem, a przy okazji przyjrzeć się z oku temu, w czym tkwimy, i uczciwie to nazwać. Nieważne jest to, co było, bo życie jest tu i teraz i należy z niego czerpać całymi garściami. Wisia zawsze była zdania, żeby jej wnuczka wyprowadziła się od rodziców, od byłego męża i jego babci, z którymi tkwiła w toksycznym związku. Życie na pół gwizdka nie miało najmniejszego sensu. Dlatego trzeba wszelkie problemy rozwiązywać na pniu, zamiast w nich tonąć. Tonąć to sobie można w pianie od piwa.

Książkę wręcz pochłonęłam, ale po lekturze musiałam wrócić do pewnych jej fragmentów, ponieważ i ja tkwię wciąż w „przedsionku szczęścia” a do pełni brakuje mi odwagi, wiary w swoje możliwości. Często też towarzyszy mi niepokój, że zaraz moja pełnia szczęścia zostanie zmącona przez kop od życia. Mimo świadomości praca nad podniesieniem niskiej samooceny jest wciąż syzyfową. Potrzeba mi, jak Henrysi, pewności siebie i asertywności. Posiadam także ową wyjątkową zdolność do nakręcania się, jestem specjalistką od problemów, z igły zrobię widły. Tak łatwo mi podciąć skrzydła. Dlatego też ta słodko-gorzka opowieść o życiu zapadła w moje serce. Gorzka, bo porusza ważne, trudne problemy: o miłości i jej różnych obliczach, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, o więzach rodzinnych, o które należy dbać i pielęgnować, o zdradzie, o życiu w hipokryzji i wreszcie o niebezpieczeństwach płynących z życia małżeństwa na odległość. A słodka, bo napisana lekkim stylem, dość obrazowym i pełnym emocji językiem zaprawionym humorem, niekiedy czarnym, ironią i sarkazmem.

Bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani – autentyczni, mają zarówno zalety, jak i wady. Każdy z nich ma coś do naprawienia w swoim życiu. Jest też wiele sytuacji komicznych z udziałem świetnej, energicznej staruszki Wisi, która potrafiła mieć wielki wpływ na zmianę życia ukochanej wnuczki Heni. Autorka przekazała również poprzez różne sytuacje z życia bohaterów, że ciepłą, miłą i zdrową relację można utrzymać między ludźmi poprzez właściwą komunikację. Szczera rozmowa dużo zmienia na lepsze niż ograniczanie się do wydawania poleceń, rozkazów. Niweluje wszelakie niedopowiedzenia, często wynikające z różnicy płci. […] słowa mają magiczną moc, zwłaszcza te dobre, tylko trzeba je wypuścić, powiedzieć na głos i samemu usłyszeć.

Zachęcam zatem do sięgnięcia po powieść w ten wakacyjny i urlopowy czas, kiedy mamy okazję do snucia refleksji o życiu, mamy czas na uporządkowanie swoich problemów, naprawę relacji podczas spotkań rodzinnych. Nigdy nie jest za późno na zmiany. Zacznijmy je więc od siebie, kroczek po kroczku. Naprawdę warto!

Wydawnictwu Replika dziękuje bardzo za egzemplarz do recenzji.

„Jakoś to będzie, Różo” – Jagoda Wochlik (patronat medialny)

Read More
jakoś to będzie różo

Jagoda Wochlik, Jakoś to będzie, Różo, Wydawnictwo Replika 2021.
Patronat medialny Dropsa Książkowego

Do tej pory nazwisko Więdłocha kojarzyło mi się z aktorką, Agnieszką. Teraz mam drugie skojarzenie. Róża. Róża Więdłocha. Brzmi śmiesznie? Może, ale uwierzcie mi, że to nie jest banalna kobieta! Już 20 lipca dzięki Wydawnictwu Replika będziecie mogli ją poznać!

Miłośniczka filiżanek i kina. Marzy o wielkiej miłości rodem z filmów romantycznych. Ale jednocześnie się boi. Boi się szczęścia. Życie bowiem pokazało jej, że nie jest komedią romantyczną, a za każdą chwilę radości trzeba słono zapłacić. Katastrofa nadejdzie prędzej czy później i trzeba być na nią przygotowanym. Dlatego uparcie buduje wewnętrzny schron. Róża Więdłocha – główna bohaterka powieści Jagody Wochlik – mogłaby tak w skrócie siebie scharakteryzować. Róża jest jak filiżanka. Delikatna, piękna, zachwyca kruchością i elegancją. Wystarczy jednak jedna chwila, słowo, zdarzenie, by pękła na kawałki…

Jakoś to będzie – stara się sobie powtarzać. Z naciskiem na jakoś. Boi się tego, co niepowtarzalne, przeznaczone specjalnie dla niej. Ale przy tej „jakości” nie sposób się nudzić, naprawdę! Ciekawość – to słowo kojarzy mi się z tą historią. Towarzyszyła mi od pierwszej do ostatniej strony. Bo choć Róża, dla własnego wewnętrznego bezpieczeństwa, stara się być przewidywalna, to zdecydowanie nie jest. Nauczycielka i bibliotekarka z powołania, nie lubi bezczynności. Angażuje się w wychowanie młodzieży i życie szkoły całym sercem. Zdaniem dyrektor – aż za bardzo, Przyjaciółki? Tu też zaskoczenie – jej powiernicami są stałe bywalczynie biblioteki w wieku emerytalnym. Miłość? Wydaje się, że z rozsądku, że ze strachu przed samotnością, że ten nowy nauczyciel nie pojawił się w jej życiu po nic, ale… Czy w miłości da się kalkulować?

„Jakoś to będzie, Różo” przeczytałam w dwa dni. Zachwyciła mnie postać głównej bohaterki. Przypominała mi nieco filmową Amelię, nieco mnie samą. Bywa tak, że i ja wyglądam nieszczęścia zza rogu, gdy wszystko układa się, w moim mniemaniu, za dobrze. „Dobrze, jak nie za dobrze!” – mawiała Ula Cieplak z „BrzyUli”. Powieść pisana jest lekkim językiem. Autorka dba, by stylem oddać charakter Róży i budować napięcie, które na ostatnich stronach sprawiało, że miałam ochotę czytać na stojąco.

Wiele uśmiechu, wiele wzruszeń i wiele łez. Lektura gwarantuje całą gamę emocji, momentami skrajnych. Bo Róża musi się nauczyć kwitnąć. Musi pojąć, że jest wyjątkowa. Przed nią długa droga. Możesz jej towarzyszyć. Warto! Tej dziewczyny nie da się nie lubić. Może dlatego, że jest taka jak większość z nas…?

„Wszystkie kształty uczuć” – Edyta Świętek (patronat medialny)

Read More
wszystkie kształty uczuć

Edyta Świętek, Wszystkie kształty uczuć, Wydawnictwo Replika 2021.

Choć od lektury pierwszego wydania powieści „Wszystkie kształty uczuć” minęły ponad cztery lata, wciąż pamiętam emocje, które mi wówczas towarzyszyły.

Po powieść Edyty Świętek sięgnęłam w jeden z zimowych weekendów. Pamiętam, że do zakupu e-booka skłoniła mnie okładka (z misiem) oraz opis wydawcy. Spędziłam z tą historią kilka godzin. Skończyłam tego samego dnia, tuż przed wyjściem do kina. Całą drogę na seans przeżywałam zakończenie, emocjonowałam się czytelniczo, zachęcając mamę do sięgnięcia po książkę. Zachęciłam ją dość skutecznie – literacka znajomość Mamy Dropsa z Edytą Świętek trwa do dziś. Ja, przyznaję, nie jestem na bieżąco z twórczością Królowej Alei Róż. Jednak dziś z uśmiechem na ustach wracam do historii „Wszystkie kształty uczuć”. Jako czytelniczka i jako patronka wznowienia.

Zapraszam Was do lektury recenzji z 2017 roku – moje wrażenia i rekomendacja są wciąż aktualne!

„Kiedyś dogonimy Paryż” – Magdalena Kołosowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
kiedyś dogonimy paryż kołosowska recenzja

Magdalena Kołosowska, Kiedyś dogonimy Paryż, Wydawnictwo Replika 2021.
Trylogia: „Pod wspólnym niebem”
#MamaDropsaCzyta

Pod koniec kwietnia miała miejsce premiera pierwszego tomu trylogii „Pod wspólnym niebem” Magdaleny Kołosowskiej pt. „Kiedyś dogonimy Paryż”. W jednym z wywiadów przeczytałam, że do napisania serii Autorkę zainspirowały przyjaciółki i rozmowy z nimi, które czasem trwały wiele godzin. Pisząc, garściami czerpała z własnych doświadczeń i znajomych, a wiele wydarzeń rozegrało się w rzeczywistości.

„Kiedyś dogonimy Paryż” to historia internetowej znajomości, która z czasem przerodziła się w przyjaźń. Zosia z Piotrkowa Trybunalskiego, Danka z Zamościa i Irmina z Wrocławia. Co je łączyło oprócz wieku 40+? Każdej z nich coś w życiu nie wyszło, nie udało się spełnić marzeń, zrealizować pragnień. Każdą z nich życie wystawiło na próby.

Pierwsze skrzypce w pierwszym tomie serii gra Zosia. To czterdziestoletnia kobieta, rozwódka po szesnastu latach małżeństwa, freelancerka, kawożłop, w ramach podziału majątku wywalczyła od męża dom dla siebie i dwóch dorosłych córek, Ali i Oli. Poznajemy ją w chwili, gdy usiłuje się zaaklimatyzować w nowej okolicy i w nowym domu, w którym odczuwała syndrom opuszczonego gniazda, całkowicie zerwać z przeszłością, która do niej powracała we snach. Przypadkiem spotyka też Filipa, dawnego kolegę z pracy, przez którego już kiedyś zmieniła pracę pełna obaw o dalszy rozwój relacji między nimi. Jak po dziesięciu latach ułożą się ich relacje?

W każdej sytuacji Zosia zawsze mogła liczyć na wsparcie, pomoc, konkretne rady internetowych przyjaciółek. Powiem więcej, gdy sytuacja tego wymagała, spotykały się w „realu”. Dzieliły się ze sobą radościami dnia codziennego i wszystkimi troskami, omawiały problemy, szukały razem wyjścia z różnych mniej lub bardziej skomplikowanych sytuacji. Wydawało się im, że znają się prawie całe życie. Wyczuwały w rozmowie każdą nutę fałszu czy mijania się z prawdą a także udawania, że wszystko jest w porządku.

Powieść czyta się szybko, jest napisana lekkim stylem, z domieszką humoru, nutą ironii a język jest plastyczny i pełen emocji, chwilami nacechowany poetycko. Narracja jest przeplatana zapisem rozmów z komunikatora internetowego, zaznaczone są daty i godziny wysłanych wiadomości. Bardzo je polubiłam, gdyż przypominają mi moje codzienne pogaduchy. Samo życie! Oj dzieje się tu, dzieje. Akcja toczy się szybko, by znowu trochę zwolnić, a nawet przystanąć, dać czas na refleksje o życiu, o miłości, o przyjaźni czy marzeniach a także smutkach, bolączkach, chorobach, kłopotach, dopadającej nas przeszłości.

Magdalena Kołosowska poruszyła w swojej powieści jakże ważny problem relacji interpersonalnych, potrzeby bliskości, obecności drugiego człowieka. Poznajemy relacje Zosi z mamą, z siostrą i z dorosłymi córkami, które wciąż kochająca mama chce prowadzić przez życie za rączkę i wytyczać bezpieczne i wolne od błędów ścieżki. Zagalopowała się i zapomniała, że powinna przystopować. Jakże prawdziwe są bohaterki i wykreowane przez Pisarkę historie ich życia, które każdą z nich zaskakuje swoim scenariuszem.

Magdalena Kołosowska zaskakuje też tytułem. Sięgając po tę historię, spodziewałam się podróży do Paryża, spacerów nad Sekwaną, gwaru francuskich uliczek. Otrzymałam… Nie, nie zdradzę. Napiszę tylko, że Paryż niejedno ma imię…

„Kiedyś dogonimy Paryż” to pierwsza część trylogii „Pod wspólnym niebem”. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów. Przede mną, przed Wami, Neapol i Rzym. Czy przedstawione w równie nieoczywisty sposób, co Paryż? Przekonamy się wkrótce!

„Kresowa miłość” – Beata Agopsowicz (#MamaDropsaCzyta)

Read More
kresowa miłość

Beata Agopsowicz, Kresowa miłość, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

4 maja miała miejsce premiera kolejnej powieści Beaty Agopsowicz „Kresowa miłość”. Historia ta zrodziła się z fascynacji Kresami, szperania w starych przedwojennych zdjęciach, słuchania opowieści rodzinnych, poszukiwań i odkryć genealogicznych męża Autorki, który ma ormiańskie korzenie. Z powieścią spędziłam połowę majowego weekendu, ponieważ to doskonały czas na pierwsze wiosenne wycieczki, by nacieszyć się zielonością, śpiewem ptaków, pięknem kwiatów, naładować akumulatory lub zwiedzać zabytkowe miasta i urokliwe okolice. Pogoda w tym roku nie zachęciła nas do wyjazdów, więc wybrałam piękną i klimatyczną podróż literacką przez Kresy – Kuty, Stanisławów, następnie Lwów i Krosno z urokliwą okolicą – Korczyn, Odrzykoń z ruinami zamku – poznajemy jego historię. Najciekawsze jest to, że zamek odrzykoński był miejscem wydarzeń, na kanwie których powstała „Zemsta”, jedna z najsłynniejszych polskich komedii pióra Aleksandra Fredry, właściciela dzięki małżeństwu z Zofią Jabłonowską. Była to niezapomniana podróż w czasie, bowiem w powieści przeszłość przeplata się z teraźniejszością, co wzmaga ciekawość czytelniczą.

Widok, który ujrzała, wywarł na niej takie wrażenie, że zaparło jej dech w piersiach. Było cudownie. Zieleń, mnóstwo zieleni, która niosła spokój i nadzieję. Pagórki porośnięte lasem, dolina, a w niej łąka usiana kwiatami. Dagmarze wydawało się, ze pagórki przysiadły na chwilę, by odpocząć i ze sobą pogaworzyć. Spojrzała na błękitne niebo, na którym widniały jedynie dwa delikatne obłoczki. Mogłaby tak siedzieć godzinami i wpatrywać się w panoramę i odpoczywać od zgiełku codziennego życia.

Właśnie takim wytchnieniem była dla mnie lektura tej opowieści o tym, jak historia potrafi splątać ludzkie losy i zadrwić z tych, którzy próbują nią manipulować.

W 1924 roku mała ormiańska dziewczynka, Marysia Amirowicz, musi opuścić ukochane Kuty. Wraz z rodziną przenosi się do Stanisławowa, a po kilku latach rozpoczyna studia we Lwowie, gdzie, choć jeszcze o tym nie wie, czeka miłość jej życia – przystojny student chemii, Antoni. Sielankę i szczęście zakochanych burzy wojna. Antoni wyjeżdża na front i żadne z kochanków nawet nie przypuszcza, jaką niespodziankę z niego przywiezie…

Czterdzieści lat później w życie starej i schorowanej Marii Amirowicz wkracza jej bratanica, Dorota, którą staruszka traktuje jak córkę i opowiada jej całe swoje życie, nie kryjąc rozgoryczenia i żalu do losu.
Nastaje rok 2013. Dagmara, nauczycielka matematyki, poznaje w Krośnie młodego inżyniera, Adama i zakochuje się w nim z wzajemnością. Młodzi planują wspólną przyszłość, ale właśnie wtedy postanawia wtrącić się przeszłość… Opis Wydawcy.

Autorka przeniosła mnie na Kresy do sielskiego i anielskiego świata siedmioletniej Marysi. Od razu weszłam do tego świata i razem z dziewczynką odbyłam spacer po jej ukochanych Kutach nad cicho szemrzącym Czeremoszem – podziwiałam rynek, ratusz, kościół ze św. Antonim, pomocnikiem w różnych problemach, uroczystość odpustową, obiad u babci Rypsymy i dziadka Kajetana, pyszne potrawy ormiańskie, gandżabur. Następnie wraz z rodziną Marysi przeniosłam się do Stanisławowa i wreszcie do Krosna. Tu w jednym z kościołów znajdował się również obraz św. Antoniego, który przypominał Marysi jakże drogie sercu Kuty. Potem Lwów studia bohaterki na farmacji, miłość od pierwszego wejrzenia do Antoniego, przystojnego studenta chemii (jedność dusz), oświadczyny, planowany ślub i …wojna. Zachwycałam się atrakcjami Lwowa. Po latach znowu wróciłam do Krosna, zwanego „małym Krakowem”, poznałam ulubione miejsca Adama, m.in. Pijalnię Czekolady w Korczynie, spełnienie marzeń każdego wielbiciela czekolady, znowu odwiedziłam Odrzykoń a nawet wyjechałam z bohaterami nad morze do Niechorza. To był niezwykle udany weekend. Moja rodzina również kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania. Losy Marysi, mojej imienniczki, wywołały we mnie wspomnienia z dzieciństwa i młodości.

Jak już wspomniałam, w powieści są dwie a nawet trzy przestrzenie czasowe, wzajemnie sie przeplatają, wzmagając głód czytelnika, jak historia bohaterów zostanie wykreowana i co ich połączy. Odpowiedź jest prosta. Przeszłość ze współczesnością połączyła miłość – jej różne oblicza. Jednym z nich jest trudna miłość, która wymaga wielu starań, nawet walki o nią, determinacji, konsekwencji w działaniu, pójścia na kompromis. przeszłość nie może się wtrącać do naszego życia, decydować o naszych ważnych decyzjach, wyborach życiowych, manipulować nami. Przecież nie można żyć z sercem przepełnionym goryczą. Czy z powodu „duchów przeszłości” warto zniszczyć szczęście córki? Jakiego wyboru ma dokonać przyparta do ściany córka: matkę czy ukochanego? To zdecydowanie idiotyczny wybór. Warto natomiast oderwać się od przeszłości, rozprawić się z tym, co minęło, przebaczyć i żyć dalej w szczęściu, miłości. Rodzice nie powinni stawać na drodze do szczęścia swoich dzieci. Autorka uświadomiła nam,  do czego może doprowadzić brak wybaczenia, ciągłe rozpamiętywanie przeszłości, rozgoryczenie, poczucie krzywdy, karmienie siebie i innych nienawiścią . Jest to powieść o toksycznej wręcz relacji matki z córką, która tęskniła za ciepłem, radością, miłością. I gdy udało się jej wreszcie spełnić marzenie, pokochać całym sercem i być kochaną, została zmuszona wręcz do rezygnacji. A przecież miłość leczy rany! Kto pomoże bohaterce w podjęciu właściwej decyzji? Czy w końcu zwycięży miłość, która ongiś pogodziła zwaśnione rody Firlejów i Skotnickich? Ogromną rolę w życiu postaci odgrywa wiara.  Bóg jest tym, który je prowadzi i chroni. On może im pomóc, bo przecież „maczał palce” w miłości bohaterów, stawiając ich na swojej drodze.

Warto sięgnąć po najnowszą powieść Beaty Agopsowicz „Kresowa miłość’. Pisarka wykreowała prawdziwych bohaterów, takich z krwi i kości, wzbogacając ich portrety o rys psychologiczny. Akcja toczy się wartko, dwutorowość nadaje tempa. Powieść czyta się szybko, jest napisana lekkim stylem i pięknym, plastycznym językiem. Czytelnik bez żadnego trudu wchodzi do świata bohaterów, by im towarzyszyć i razem z nimi przezywać mnóstwo emocji i uczuć.  Pisarka stworzyła niezwykle poruszającą, emocjonalną i klimatyczną opowieść o bolesnych wspomnieniach, o wojnie i jej niszczycielskiej sile, o trudnych decyzjach i wyborach życiowych, o rozgoryczeniu, żalu i bólu pielęgnowanymi przez lata, o marzeniach i wreszcie o różnych obliczach miłości – trudnej ale i pięknej, uskrzydlającej, dodającej siły w walce z problemami i trudnościami. „Kresowa miłość’ mnie urzekła i zapadła głęboko w serce. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Autorki i już wiem, że nie ostatnie.

Wydawnictwu Replika z całego serca dziękuję za egzemplarz do recenzji.

„Historia Edith” – Edith Velmans (#MamaDropsaCzyta)

Read More
historia edith

Edith Velmans, Historia Edith. Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

Dziwne, jak wiele można znieść, jeśli zagłada dawkowana jest powoli. To jak z trucizną: jeśli zażyje się ją najpierw w niewielkiej ilości i po kropelce będzie zwiększać dawkę, ciało w końcu do niej przywyknie.

David van Hessen, maj 1942

4 maja miała swoją premierę książka, a właściwie pamiętnik Edith Velmans „Historia Edith. Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową”. Pamiętnik powstał w oparciu o zapiski z dzienników, które Autorka prowadziła jako nastolatka w okupowanej Holandii, listów z okresu wojny i wspomnień dorosłej już ocalałej. Mała, czarna walizka pełna dzienników z lat wojny na szczęście ocalała. Przechowała ją przyjaciółka Edith. Jak dobrze, że przyjaciółki namówiły Autorkę do jego napisania. W uporządkowaniu wspomnień pomogła córka Hester, która wyznała: „Redagując twój pamiętnik, uczę się kochać i głęboko cenić dziadków, których nigdy nie znałam”. Został przetłumaczony na kilkanaście języków, w 1999 roku zdobył nagrodę Talkie Award w kategorii „Najlepsza biografia” oraz Jewish Quarterly’s Wintage Award w kategorii „non fiction”. Czytelnicy, których serca poruszył „Dziennik” Anne Frank oraz „Tatuażysta z Auschwitz”, powinni sięgnąć po tę lekturę.

Pragnę z całego serca podziękować Wydawnictwu Replika za tę właśnie „niespodziankę książkową” dołożoną do paczki z powieścią „Kresowa miłość” Beaty Agopsowicz. Zachęciliście i zmotywowaliście mnie Państwo do jej lektury. Zwykle bowiem unikam książek o tematyce wojennej, ale od pewnego czasu zaczynam przełamywać bariery, wybierając lektury z historią w tle. Żałowałabym ogromnie, gdyby książka nie znalazła się w mojej biblioteczce. I jestem z siebie dumna, że przeczytałam do końca, nie odłożyłam na półkę. Wiedziałam, że jest to świat widziany oczyma nastolatki i , co najważniejsze, Edith przetrwała.

Ale ja chcę być silna! Chcę wyjść z tej wojny twarda i niepokonana. I jeśli nie będzie nam wolno chodzić już do szkoły, będę nadal pracować, uczyć się i nabierać mądrości!

Poznajemy tu historię dobrze usytuowanej, żydowskiej rodziny Edith van Hessen, a szczególnie jej losy podczas II wojny światowej. Gdy w 1940 roku Hitler zaatakował Holandię, Edith uczęszczała do znanego gimnazjum. Początkowo wojna w niczym nie przeszkodziła bohaterce. Miała wielu przyjaciół, oprócz nauki poświęcała sporo czasu na rozwijanie pasji, zainteresowań – wioślarstwo, pływanie łodzią, rowerowe wycieczki, jazda na łyżwach, zajęcia w kółku teatralnym, pisanie wierszy, spotkania towarzyskie. Edith była niesamowicie pozytywną osobą, patrzącą na świat przez różowe okulary. To rodzice prowadzili walkę  o przetrwanie, bezpieczeństwo rodziny i w miarę normalne życie. „Chwytaj dzień” – obowiązywała dewiza mamy, wszyscy byli nadal optymistyczni i korzystali z życia na tyle, na ile mogli. Wojna wydawała się czymś odległym. Mimo to w dzienniku Edith pojawiały się zapisy o alarmach, huku spadających bomb, o pierwszych egzekucjach „zdrajców”, o dołującym napisie „Żydzi nie są tu mile widziani” i rozporządzeniu, że kawiarnie i kina nie są dostępne dla Żydów. Edith zrozumiała, że wojna nie będzie tak krótka. Dotarły i do niej coraz bardziej szokujące informacje, że prawie cały świat był zaangażowany w wojnę oraz o kolejnych drakońskich restrykcjach wobec społeczności żydowskiej.

 „Nieś swój ciężar bez narzekania”- sentencja przekazana Edith przez mamę okazała się niezwykle pomocna, gdy do dziewczyny docierały porażające wieści z wojny. Aby ocalić córkę, rodzice wysłali ją do protestanckiej rodziny, gdzie zamieszkała pod przybranym nazwiskiem i przeżyła, udając nie-Żydówkę. Był to nie lada akt odwagi ze strony tejże rodziny. Otrzymywane w listach od bliskich lekcje wytrzymałości pokazały, że „bez względu na to, jak głęboka jest rana, ból można zmniejszyć, wspominając dobre czasy”. Z kolei listy Edith były próbą pocieszenia słabnących na duchu rodziców i babci. Dla mnie to wprost niewyobrażalne i niepojęte, że Edith, relacjonując wydarzenia wojenne i opowiadając o swoich emocjach i uczuciach, potrafiła cieszyć się życiem, być wieczną optymistką, nigdy nie straciła nadziei na lepsze życie mimo świadomości, że będzie się musiała pogodzić z najgorszym, gdy wojna się skończy. Najmniejsze ziarenko nadziei jednak zaowocowało. Z drugiej strony tak postrzegała świat dorastająca dziewczyna, która przetrwała wojnę w ukryciu i znała piekło wojny tylko z relacji. Miała świadomość, że jej rówieśnice „powracające z piekła”, czyli z obozów, „zmiażdżone wewnętrznie” nie będą się w stanie odnaleźć w świecie.

Wojna, cierpienie, nienawiść – po co to wszystko? Ale przyszła wiosna i nagle widzisz kwiaty we wszystkich ogrodach, codziennie nowy kwiat – i wtedy uświadamiasz sobie, że życie ma do zaoferowania nie tylko czerń.(…) Kwitną jabłonie, wszystko jest w rozkwicie! Wraca życie, wszystko powraca! Nadzieja.

 Nie była dla mnie łatwa lektura, mimo że świat jest widziany oczyma nastolatki. W tekście są wydzielone, opatrzone datą i zapisane kursywą fragmenty dzienników Edith, są przytoczone listy od rodziców, brata bliskich znajomych pełne tęsknoty, obaw strachu a przede wszystkim drastycznych obrazów rzeczywistości wojennej, które wywarły na mnie ogromne wrażenie i wywołały poruszenie serca, współczucie, lęk, paniczny strach, wzruszenie aż do łez. Język tej przejmującej historii jest niezwykle obrazowy, plastyczny, emocjonujący i oddziałujący na wszystkie zmysły. Łatwo nam wejść do świata Edith i być obok niej.

Po wojnie życie toczyło się dalej, ale studentka psychologii Edith w jednym z listów do przyjaciółki przypomina, że nie wolno nam zapomnieć o okrucieństwie, bestialstwie, że w tej wojnie unicestwiono tak wiele istnień ludzkich. Powinniśmy się również włączyć do walki o lepszy świat. W każdym człowieku tli się przecież iskierka miłości, którą trzeba rozniecić. Warto wierzyć w dobro i piękno w ludziach.

Nie wszystko zostało zniszczone w czasie wojny. Mnóstwo ludzi ma ideały, mnóstwo wie, jak być szczęśliwymi.

Z całego serca polecam lekturę poruszających do łez i wywołujących mnóstwo emocji i uczuć wspomnień dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową.

Wydawnictwu Replika bardzo dziękuję za niezwykłą niespodziankę książkową.

„Szukając miłości” – Magdalena Chrzanowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
szukając miłości chrzanowska

Magdalena Chrzanowska, Szukając miłości, kontynuacja „I ślubuję ci…”, Wydawnictwo Replika 2021.
#MamaDropsaCzyta

Magdalena Chrzanowska napisała kolejną powieść o szukaniu miłości i szczęścia, o marzeniach, które można spełniać w dojrzałym życiu. Historie bohaterów przekonują nas, że na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno i należy o nią walczyć.

Kto by się spodziewał, że potrącenie rowerzystki może być początkiem pięknej przygody? Z pewnością nie Jola, która po kolejnym rozstaniu z mężczyzną próbuje ułożyć sobie życie, zastanawiając się przy tym, ile razy można zaczynać od nowa. I kiedy wreszcie dochodzi do wniosku, że życie w pojedynkę może być całkiem znośne, los znowu płata jej figla. Czy i tym razem jej marzenia o szczęśliwym związku legną w gruzach?

Zapraszam serdecznie do lektury mojej opinii o powieści „Szukając miłości. Jest to kontynuacja udanego debiutu Autorki „I ślubuję ci…”. Poznajemy w niej historię Joli, dojrzałej kobiety, która po wielu przejściach, upokorzeniach, oszustwach i zdradach zdecydowała się na rozwód i postanowiła rozpocząć nowe życie. Czy otworzy się w nim na miłość? Czy bez mężczyzny u boku będzie szczęśliwa? Jak kobieta poradzi sobie z samotnością? Ile razy można zaczynać od nowa?

Bo miłość, pani Jolu, to cudowny lek, pod warunkiem, że jego działania nie zakłóci przesadny strach o ukochane osoby. I przytulać się trzeba, każdy tego potrzebuje. Przynajmniej do psa albo kota, ale ja doradzałabym jakiegoś sympatycznego pana.

Te rady usłyszała bohaterka od polecanej zielarki, kiedy wciąż nie mogła się odnaleźć w nowej sytuacji i postanowiła odpocząć nad jeziorem u przyjaciół. Rzeczywiście, przeszłości nie da się już zmienić i nie ma powodów, by wciąż oglądać się za siebie. Czy ziółka pomogą rozwiązać jej problemy, poprawią nastrój i wyciszą?  

Ale jak miała znaleźć człowieka, którego będzie w stanie pokochać, który odwzajemni jej uczucia, i jej nie oszuka? Przecież do tanga trzeba dwojga. I tu zadecydował przewrotny los, zsyłając na jej ścieżkę życia Bogdana, którego Jola rowerzystka potrąciła nad jeziorem. Autorka wprowadziła do powieści bohatera, który również był rozbitkiem życiowym z plecakiem wypełnionym po brzegi złymi doświadczeniami. Czy w pięknych okolicznościach przyrody, nad uroczym jeziorem, wśród przyjaciół, na których wsparcie zawsze mogli liczyć, tych dwoje ludzi się odnajdzie i otworzy serca na miłość. Czy spotka ich jeszcze szczęście? Czy spełnią swoje marzenia? W ich głowach gonitwa myśli, miliony pytań, rozterek. Jedno się boi, drugie też, jednak wciąż wierzy, że jeszcze nie jest za późno na miłość…

Magdalena Chrzanowska w swojej jakże życiowej powieści wykreowała autentycznych bohaterów i ich zmagania, rozterki, lęki. Tacy ludzie żyją zapewne gdzieś obok nas. Po lekturze powieści z pewnością znajdziemy dla nich rozwiązanie. Najlepszym lekiem na samotność, mimo posiadania przyjaciół, jest zawsze bliskość, obecność drugiego człowieka. Jola w swym nowym życiu spotykała mężczyzn, którzy ją zawiedli, do których się mocno zraziła i stąd jej brak zaufania. Bogdan po rozwodzie poczuł się wolnym człowiekiem i trochę na siłę szukał miłości, bo w nią wierzył. Ale czy to była prawdziwa miłość? Tej nie trzeba szukać, ona sama nas dopadnie w najmniej spodziewanym momencie. Autorka na przykładzie historii bohaterów, pokazała, że prawdziwa miłość jest trudna, skomplikowana, wymusza pewne kompromisy. A najważniejsze, że nigdy nie jest na nią za późno i należy o nią walczyć. Ciężki bagaż trudnych doświadczeń bohaterów i powracające demony przeszłości sprawiły, że podchodzili do niej pełni obaw, ucząc się na błędach. Szkoda, że nie da się tych drzwi z napisem „przeszłość” tak zatrzasnąć, żeby się już nawet nie uchyliły. (…) Można próbować nie myśleć o przeszłości, jak radziła Wrotyczka, ale odciąć się od niej nie da. Oboje rozmawiali o miłości ze swoimi dziećmi, o swoich nieudanych małżeństwach, w których zabrakło porozumienia dusz, czyli nadawania na tych samych falach. A to jest podstawą w udanym małżeństwie. Jola i Bogdan tak naprawdę nigdy nie byli sami, bo zawsze znajdowali wsparcie wśród bliskich i przyjaciół. Wypad na ryby, pobyt nad jeziorem, wspólne spędzanie urlopu i niesienie pomocy – jakże pięknie Autorka namalowała słowami przyjaźń na kartach powieści, używając całej palety emocji i uczuć. Dla paczki przyjaciół liczył się czas, bliskość, obecność, szczerość, otwartość, rozmowa. Za dużo w naszym życiu pośpiechu a wciąż za mało czasu na pielęgnowanie przyjaźni, oswajanie, tworzenie i pogłębianie więzi.

Powieść „Szukając miłości” czytało się szybko, jest napisana lekkim stylem, emocjonalnym, plastycznym językiem. Dla mnie opisy przeżyć wewnętrznych bohaterów nie było dłużyzną, lecz wzbogacało o nich wiedzę. Realia powieści Autorka osadziła na pięknej Lubelszczyźnie – „widzimy” malownicze doliny rzek: Wieprza, Tyśmienicy i Bystrzycy, a jezioro Firlej – stało się inspiracją, ponieważ jezioro i ośrodki wczasowe w powieści są fikcyjne, ich zieloność kojąca i napawająca nadzieją, zwiedzamy z bohaterami i poznajemy historię miasteczka Kock, a w nim pałac księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, której podobno częstym gościem był Tadeusz Kościuszko. To miejsca bliskie sercu Magdaleny Chrzanowskiej, a powieści stanowią piękną wizytówkę Lubelszczyzny.

Na koniec jeszcze przytoczę ważne słowa Wrotyczki: A ja myślę, że kwintesencją człowieczeństwa jest ogólnie znane powiedzenie: żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał. Absolutnie się zgadzam z panią Florą.

Powieści Autorki przypadły mi do gustu, chwyciły za serce i skłoniły do refleksji o życiu, o miłości, o tym, co najważniejsze w relacjach międzyludzkich. Rzadko trafiam na książki, w których bohaterowie są dojrzałymi ludźmi a ich historie mogą również dużo wnieść do życia dojrzałych czytelników. Dlatego też czekam na kolejny tom, ponieważ pragnę się dowiedzieć, czy Jola spełniła swoje młodzieńcze marzenie o zwiedzaniu zamków nad Loarą we Francji. A marzenia czytelników też się spełnia!

Wydawnictwu Replika serdecznie dziękuję za egzemplarz do recenzji.

„Smak wiosny” – Anna Rybkowska (#MamaDropsaCzyta)

Read More
smak wiosny rybkowska

Anna Rybkowska, Smak wiosny, Wydawnictwo Replika 2021.
Cykl: „Ślady życia”
#MamaDropsaCzyta

Wszyscy z niecierpliwością czekamy na powrót prawdziwej wiosny, aby obudzić się z marazmu zimowego i odnaleźć radość życia, które nas przytłacza trudną rzeczywistością pandemiczną i nie tylko. Dzisiaj podczas spaceru poczułam, że wystarczyło trochę słońca i przyroda od wczoraj tak się ożywiła, słychać śpiew ptaków, więcej zieloności, rozkwitły w parku tulipany, rozchyliły kwiaty, by brzęczące pszczoły mogły pracować. Nareszcie! Trzeba mi zatem zwalczyć przesilenie wiosenne i zabrać się do napisania opinii o powieściach, które czekają i wołają.

Okładka „Smaku wiosny” Anny Rybkowskiej, 2. tomu cyklu „Ślady życia”, kusi świeżą zielonością a dziewczyna z okładki w słonecznej kurtce z bukiecikiem mniszka lekarskiego w dłoniach nastraja pozytywnie. Chciałoby się tam wejść, by usiąść na trawie przed starym domem i cieszyć się wiosną, rozsmakować się w niej. Zajrzyjmy zatem, co ciekawego wydarzyło się u Bereniki w Nabokowie.

Znana czytelnikom pierwszej części pt. „Uśmiech zimy” bohaterka wciąż nie może się odnaleźć w odziedziczonym w spadku starym dworku, czuje się opuszczona, rozbita, zdołowana, udręczona, zobojętniała na wszystko, odrzucona przez mieszkańców. Najczęściej rozpamiętywała przeszłość, uciekała się od beznadziejnej teraźniejszości do wspomnień z dzieciństwa, o wszystkich mężczyznach z jej życia. Ponadto dziedziczce zaczynało brakować środków finansowych na utrzymanie starego domu, zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb i zwierząt, które bardzo kochała. Znalezione na strychu stare krówki,  ulubione z dzieciństwa, sprawiły, że kobieta zaczęła się w szybkim tempie starzeć a czas razem z nią się cofnął. Czyżby zadziałały halucynogennie?  Jesteśmy świadkami jej licznych wizji, fabuła jak w filmie, które ją wykańczały. W Nabokowie nie było idealnej ciszy. Dom żył pełnią obecności, skrzypiąc i sygnalizując każdy ruch w swoim wnętrzu. Czy Jakub, który się niespodziewanie pojawił, pomoże Berenice wyjść z tego stanu? Czy odwiedziny rodziców i dzieci coś zmienią? Igor, syn Bruna, który ją porzucił, z trudem rozpoznał w niej dawną Berenikę. A ten chłopak swoją ciekawą, intrygującą osobowością i wesołym usposobieniem wprowadzał dużo dobrego zamieszania. Dlaczego znowu się pojawił?

W powieści „Smak wiosny” zdarzenia realne przeplatają się z wizjami bohaterki, pojawiającymi sie i znikającymi postaciami z przeszłości. Opis jej stanu permanentnego zagubienia w czasie i w przestrzeni wzbudził wiele skrajnych emocji. Ktoś bawił się jej kosztem, chciał ją jeszcze bardziej pogrążyć, przesyłał swoje myśli. Jak wartki strumień płynęły w jej głowie. Sunęły z pluskiem, były impresją, doznaniem, konkretem. Ale bez adresu nadawcy. Mogła gdybać, mniemać. Może wcale się nie znali? Bohaterka potrzebowała pomocy, ale odtrącała każdą pomocną dłoń, bo podejrzewała o litość. A tej nie potrzebowała. Wiosna nie była w stanie poprawić jej nastroju. Jej poczucie bezpieczeństwa stale się chwiało.

Rozczulił mnie wątek z łyskami, szukanie dla nich pomocy, wyprawa do Ptaszarni. Pitolą, wykąpały się i aktualnie się suszą. Fajne są, maja czerwone łebki, czarne oczka i czarne nóżki. Nie wiem, co to za gatunek, pojęcia nie mam. Jeszcze nieopierzone. Takie puszyste, ciemnoszare. W powieści można też odnaleźć dużo cennych informacji, ciekawostek, przepisów dotyczących bogactwa ziół, które rosły w posiadłości Bereniki. Napotkany zielarz hobbysta, sympatyczny mężczyzna, pokazywał, objaśniał i zachęcał ją do wiosennych zbiorów.

W powieści podobała mi się barwna postać proboszcza Parazego, posługującego się gwarą podlaską, znakomitego gawędziarza, smakosza, autora wielu cennych złotych myśli. Trza być twardym, nie miętkim. Miękcy w życiu traco, bo majom wciunż mokro na twarzy, a jak nagły zamróz przydzi, to zgino od sztywnosci i zimna.(…)Sztywność ino w płodzeniu dzieci bywa pomocna. Max malował cygańskie życie, więc było to doskonałym pretekstem do opowieści o Cyganach, o ich tragicznym losie w 1942r.

Tej książki nie dało się pochłonąć w takim tempie jak w przypadku pierwszego tomu. Musiałam ją sobie „dawkować” z uwagi na styl i niezwykle plastyczny, obrazowy, bogaty w środki stylistyczne język. To była prawdziwa uczta literacka. Jak zatem smakowała? Trudno to jednoznacznie nazwać z uwagi na wiele zmieszanych smaków: realność, nadzwyczajność, irracjonalność, tajemniczość, magiczność, ezoteryczność, mroczność, depresyjność, nostalgia zaprawione czarnym humorem, komizmem, ironią, sarkazmem, bogatą metaforyką, w której sprytnie zostało ukryte drugie dno… A wszystko to  w czytelniku, podobnie jak w głównej bohaterce, wywoływało cały wachlarz emocji i uczuć. Zakończenie natomiast wywołało panikę. Wielosmakowość nie była lekka i łatwa w odbiorze, skłaniała do przemyśleń, często smutnych refleksji nad życiem, urzekała i intrygowała, rozbudzała głód czytelniczy. Teraz pozostaje czekać do lata. Czy przyniesie ono rozwiązanie chociaż niektórych tajemnic?

„Smak wiosny” to niełatwa, niezwykła, ale zdecydowanie godna polecenia lektura!

Wydawnictwu Replika dziękuje za egzemplarz do recenzji.