„Wróbel w getcie” – Kristy Cambron (recenzja przedpremierowa)

Read More
wróbel w getcie

Kristy Cambron, Wróbel w getcie, Wydawnictwo Znak 2021.
Recenzja przedpremierowa
Seria: „Ukryte arcydzieło” – tom II

Mniej więcej rok temu, także dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak, miałam okazję czytać powieść „Motyl i skrzypce”, tej samej Autorki. Do dziś pamiętam rozterki, jakie odczuwałam, pisząc recenzję. Z jednej strony chciałam Was zachęcić do lektury tej książki, z drugiej zaś… No właśnie. Nie byłam pewna, czy temat Auschwitz był potraktowany przez Kristy Cambron z należytym szacunkiem. Mimo to z radością przyjęłam propozycję przeczytania i napisania kilku słów o „Wróblu w getcie”. Tym razem nie mam wątpliwości, co napisać – książka, w moim odczuciu oczywiście, jest po prostu lepsza od poprzedniczki.

Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie, które coraz częściej pojawia się w sieci: tak, chcąc przeczytać „Wróbla w getcie”, warto sięgnąć wcześniej po „Motyla i skrzypce”. Pozwoli to na lepsze zrozumienie wątków współczesnych. Dlaczego piszę współczesnych? Ponieważ i tym razem Kristy Cambron zabiera czytelnika w rozgrywające się na dwóch przestrzeniach czasowych literackie podróże – zarówno do Kalifornii, londyńskich uliczek i Paryża XXI wieku; jak i do Londynu i Pragi podczas II wojny światowej.

Gdy Kaja Makovsky dowiaduje się, że niemiecki terror dociera do Pragi, opuszcza Wielką Brytanię, żeby ratować swoją żydowską rodzinę. Kiedy jest już u celu, ucieczka okazuje się niemożliwa, a piekło wojny staje się jej bolesną codziennością. Kobieta trafia do getta w Terezinie, gdzie poznaje dziewczynkę, która niespodziewanie odmieni jej życie.
Kilkadziesiąt lat później Sera James i William Hanoverowie, bohaterowie „Motyla i skrzypiec”, w trakcie bajkowego ślubu zostają brutalnie rozdzieleni – mężczyzna zostaje oskarżony o przestępstwo, którego nie popełnił, a teraz grozi mu dziesięć lat więzienia. Sera postanawia zrobić wszystko, aby uratować swojego męża i ich wspólną przyszłość.
Losy dwóch kobiet, które dzielą dziesiątki lat, zostaną niespodziewanie połączone historią tajemniczej dziewczynki ocalonej z Holokaustu.

„Wróbel w getcie” to nie jest powieść wojenna, nie tylko ze względu na towarzyszący wątek współczesny. Choć Autorka, jak sama pisze, inspirowała się prawdziwymi wydarzeniami, książki nie można traktować jako źródła wiedzy historycznej. To przede wszystkim romans, którego akcja, częściowo, rozgrywa się na tle tragicznych wydarzeń i w miejscach, które do dziś pamiętają ludzką krew, łzy i śmierć. Motywy wojenne na kartach tej książki to przede wszystkim ukłon w stronę małych artystów, którzy trafili do przejściowego obozu koncentracyjnego w Terezinie. Fikcyjne losy Kai, którą poznajmy na praskim dworcu, by potem towarzyszyć jej w stawianiu pierwszych dziennikarskich kroków w londyńskiej prasie, to pretekst do przedstawienia zaledwie wycinku dziecięcych losów podczas Holokaustu. Obrazki, rysunki, wierszyki – „Wróbelki”, kilku- i kilkunastoletni więźniowie, na różne sposoby zostawiały po sobie ślad w niemieckich obozach zagłady.

Jeśli czasem czytujecie moje recenzje, to wiecie, że uwielbiam narracje dwutorowe – mieszanie przeszłości i teraźniejszości, stopniowe zazębianie się miejsc, bohaterów, wydarzeń… Co, oprócz wspomnianej dziewczynki uratowanej przed zagładą, łączy bohaterki? Ucieczka, chęć ocalenia bliskich i pragnienie miłości. Zarówno Kaja, jak i Sera podejmują decyzje kierowane miłością. Decydują się na dalekie podróże po to, by ocalić tych, których kochają. Kaja chroni rodziców, Sera walczy o swojego męża. Nieświadomie, po kilkudziesięciu latach, ich drogi krzyżują się na ulicach Londynu i Paryża za sprawą rodzinnych tajemnic. Właśnie ze względu na to warto poznać „Motyla…”.

„Wróbel w getcie” to książka, którą czyta się szybko i z ogromnym zaciekawieniem. Podobnie jak „Motyl i skrzypce” to propozycja dla tych, którzy boją się brutalnych opisów wojny i Holokaustu. Autorka skupia się w powieści przede wszystkim na losach  Kai i jej kilkuletniej podopiecznej. Ukazuje także różne twarze niemieckich oficerów – przecież nie każdy z nich niósł strach i śmierć… Nawet tam, za drutami i murami obozu, nie wszystko było czarno-białe.

Mam wrażenie, że Kristy Cambron na kartach „Wróbla…” zostawiła jeszcze więcej serca niż na stronicach poprzedniej powieści. Tym razem nie czułam, by któryś z wątków – zarówno ten dotyczący Sery i jej męża, jak i wojenny, był traktowany po macoszemu. Tym razem nie mam pretensji o to, że zestawiła ze sobą wydarzenia z XX i XXI wieku. Wreszcie, nie czuję, by wątek Holokaustu został tutaj pozbawiony swoistego sacrum.

Pamiętajcie jednak, że „Wróbel w getcie” to nie tylko wydarzenia rozgrywające się na tle koszmaru II wojny światowej. To także towarzyszące bohaterom z Kalifornii miłosne rozterki i problemy, także z prawem. To poznawanie rodziny, tajemnic i zapomnianych ścieżek. „Wróbel w getcie” to przede wszystkim historia o miłości i nadziei, której nigdy nie może zabraknąć. Nawet w największym mroku.

TO KSIĄŻKA DLA CIEBIE, JEŚLI:
  • Lubisz powieści z wątkiem historycznym.
  • Lubisz książki, w których narracja prowadzona jest dwutorowo (w przeszłości i współcześnie).
  • W książkach o miłości cenisz coś więcej niż relacje damsko-męskie.
NIE SIĘGAJ PO TĘ POWIEŚĆ, JEŚLI:
  • W książkach z wątkiem II wojny światowej nie lubisz elementów romansu.
  • Chcąc czytać o Holokauście, wybierasz tylko literaturę faktu.
  • Uważasz, że Zagłada Żydów to sacrum, które nie powinno się znaleźć w literaturze obyczajowej.

„Świąteczny nieznajomy” – Richard Paul Evans

Read More
świąteczny nieznajomy

Richard Paul Evans, Świąteczny nieznajomy, Wydawnictwo Znak 2020.

Ale wpadka! Najnowszą powieść Richarda Paula Evansa przeczytałam w (po)świąteczną niedzielę, 27 grudnia. Recenzję planowałam napisać w tygodniu, ale urlop w dużej mierze spędziłam pod znakiem Netflixa i serialu „Bridgerton”. Recenzję dodaję więc dopiero dziś, już w nowym roku, mając nadzieję, że wybaczycie poślizg. Zresztą… Kto powiedział, że świąteczne historie można czytać tylko w okolicy 6 lub 25 grudnia? Sięgając po nie nieco później, nie łamiemy przykazań ani Konstytucji. Ponadto, „Świąteczny nieznajomy” to, wbrew tytułowi, niekoniecznie tylko bożonarodzeniowa opowieść…

Główną bohaterką powieści jest Maggie. W jednej chwili traci wszystko – miłość, męża i poczucie bezpieczeństwa. Okazuje się, że jej życiowy partner, szanowany polityk, jest bigamistą. Jej szczęście rozpada się jak domek z kart. Przyjaciółka, z którą prowadzi firmę, namawia ją do wciągnięcia się w wir przygotowań świątecznych. Maggie, dość niechętnie, zaczyna od kupna choinki. To tam, na straganie pachnących drzewek, wśród zieleni symbolizującej nadzieję, poznaje Andrew. Jej świąteczny nieznajomy wydaje się być aniołem, który podaje pomocną dłoń i pomaga wyjść z dołka. Ale czy aniołowie krążą po ziemi? Czy mężczyzna może nie mieć wad i tajemnic? Co z zaufaniem po zdradzie? Maggie musi odpowiedzieć sobie na wiele pytań…

„Świąteczny nieznajomy” to pierwsza od dawna książka, którą przeczytałam w jeden dzień. Jeśli znacie pióro Richarda Paula Evansa, to wiecie, że zdecydowanie od opisów woli dialogi. Dzięki temu historię czyta się naprawdę szybko i z zainteresowaniem. Na tempo czytania bez wątpienia ma wpływ narracja pierwszoosobowa – historię poznajemy z perspektywy głównej bohaterki. Powieść jest pełna emocji. Czytelnik, tak i jak i bohaterowie, jest zaskakiwany, a kolejne rozdziały, przynoszą zwroty akcji.

Właśnie, rozdziały! Muszę podkreślić, że każdy z nich jest rozpoczynany fragmentem dziennika Maggie. Dany cytat niejako zapowiada to, co pojawi się w danej części.

We wstępie napisałam, że „Świąteczny nieznajomy” to książka, którą warto czytać nie tylko w okresie Bożego Narodzenia. Powieść jest częścią cyklu „Seria z Noel”. Słowo Noel pochodzi z łaciny i oznacza „narodzić się”. Przecież rodzić się na nowo, wstawać z upadku, doświadczać dobra i otwierać się miłość możemy każdego dnia, nie tylko w grudniu. Ważne jest jednak przebaczenie, bez którego często nie potrafi zrobić kroku do przodu. Przebaczanie to wolność. To otwarcie okna w sercu na światło, jakie niesie nadzieja. Historia Maggie pokazuje, że warto to zrobić. Maggie rodzi się na nowo. Ty też możesz. Kto wie, może to właśnie powieść z klimatyczną okładką pomoże Ci znaleźć motywację…?

„Moc truchleje. Opowieści wigilijne 1939-1945” – Sylwia Winnik

Read More
moc truchleje sylwia winnik

Sylwia Winnik, Moc truchleje. Opowieści wigilijne 1939-1945, Wydawnictwo Znak 2020.

Jak pisałam w postach w social mediach, przedświąteczne dni były dla mnie bardzo trudne. Śmierć bliskiej Osoby, nawał pracy w związku  z urlopem – kumulacja sprawiła, że wieczorami nie miałam ani siły, ani ochoty na czytanie. Teraz czuję z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Bo tę książkę powinnam przeczytać już dawno. Bo tę książkę powinnam Wam polecić już dawno. To pozycja, którą wszyscy powinniśmy mieć w biblioteczce i sięgać po nią – niczym po „Opowieść wigilijną” Dickensa – w (przed)świątecznym chaosie. Chociaż… Myślę, że prawda zawarta w zbiorze Sylwii Winnik powinna nam towarzyszyć przez cały rok.

W Moc truchleje. Opowieści wigilijne 1939-1945 bohaterowie opowiadają o tym, jak podczas II wojny światowej obchodzili Boże Narodzenie. Przecież nawet w tamtym podłym czasie, w cieniu wybuchów, w chaosie ludzkich krzyków i łez przychodził na świat Chrystus. Zwłaszcza wtedy. Zstępował na ziemię – upodloną niczym stajenka sprzed ponad 1000 lat. Przychodził, by w ciemność wojny wlewać światło. By dawać nadzieję.

Sylwia Winnik, zainspirowana opowieścią prababci, dotarła do tych, którzy w wigilię przebywali zarówno w konspiracji w domach, na dalekiej Syberii, jak i w aresztach czy obozach koncentracyjnych.  Dla bohaterów tego zbioru wigilia była często jedynym dniem w roku, kiedy mogli najeść się do syta. Była jedynym dniem w roku, kiedy na ustach pojawiała się polska kolęda. Wreszcie, była jedynym dniem w roku, gdy w sercu na nowo zaczynała tlić się nadzieja. Nadzieja na wolność, nadzieja na spotkanie z bliskimi, nadzieja na Boży cud pokoju.

Wojenne wspomnienia wyjątkowych narratorów przeplatają się z opowieściami o tym, jak Święta Bożego Narodzenia obchodzono w ich domach przed 1 września 1939 roku. To właśnie te wspomnienia trzymały ich przy życiu w kolejne wigilijne wieczory…

Książkę, właśnie dzięki narracji pierwszoosobowej, czyta się bardzo szybko. Miałam wrażenie, że siedzę obok bohaterów kolejnych historii i słucham opowieści, trzymając ich za pomarszczone dłonie i ukradkiem obcierając łzy.

Uważam, że zbiór Moc truchleje. Opowieści wigilijne 1939-1945 każdy z nas powinien mieć w swojej biblioteczce. Mieć i czytać. Kartka po kartce, historia po historii. W dzisiejszym świecie, mam wrażenie, tracimy sens Bożego Narodzenia. Dla wielu z nas to nie Bóg się rodzi. To choinka przychodzi , to prezenty się kupuje i rozpakowuje. To makowce się piecze, to dom lśni. Tak, to jest ważne. Tak, milej świętuje się w czystości, ze smakołykami na stołach. Ale czy na pewno to Bóg się rodzi? Czy wraz z Nim przychodzą na świat wiara, nadzieja i miłość bez granic? Czy najważniejsi są ci, którzy gromadzą się przy stole? Czy pamiętamy o tych, których krzesła są puste…?

Te Święta być może dla wielu z Was były trudne. Bo obostrzenia, bo przy stole na zawsze zabrakło kogoś bliskiego. Pandemia dotknęła każdego z nas. Ale znów narodził się Bóg. Skoro dawał nadzieję ludziom, którzy każdego dnia stawali oko w oko ze śmiercią, wierzę, że i nasze serca ukoi. Nie tylko w wigilię.

Nie chcę pisać pustego: „polecam”. Zamiast tego, zostawię kilka cytatów, które powinniśmy sobie wziąć do serca.

„Lecz my, którzy przeżyliśmy, którzy doczekaliśmy się końca wojny i obozowego koszmaru, musieliśmy się nauczyć cieszyć życiem na nowo – mimo wszystko. I nauczyliśmy się. Doceniliśmy je i codziennie pamiętaliśmy, jak bardzo jest kruche. Najważniejsze, czego potrzebujemy, to wolność, wzajemny szacunek i miłość. I bliscy ludzie, z którymi możemy zasiąść przy wigilijnym stole”.

„Myślę sobie, że cuda dzieją się wokół nas każdego dnia, tylko nie umiemy ich dostrzegać, bo nie chcemy ani nie potrafimy w nie uwierzyć. Umysł, który nie wierzy, odporny jest też na cuda. Tylko że… przychodzi niekiedy taki moment, że wbrew naszej woli dzieje się nagle coś pięknego. I dzieje się właśnie po to, by docenić codzienny cud życia. I żeby o cudzie, jakim jest życie, nie zapominać”.

„Zamiast spoglądać w przeszłość lub czekać na nieznane, które nie wiadomo, czy nadejdzie, cieszmy się – nie tylko w ten jeden dzień w roku – po prostu sobą i wspólnym czasem. Zapamiętujmy każdy miły gest i dobry moment”.

„Pamiętajcie: nie powinno między wami brakować dobra, i to nie tylko w święta Bożego Narodzenia. Serdeczne, przyjazne relacje potrzebne są każdego dnia. I każdego dnia trzeba wciąż je na nowo pielęgnować”.

„Bo nadal cię kocham” – Magdalena Kordel (recenzja przedpremierowa)

Read More
bo nadal cię kocham

Magdalena Kordel, Bo nadal cię kocham, Wydawnictwo Znak 2020.

Recenzja bardzo przedpremierowa, ale nie mogłam się oprzeć.

Choć w głowie tli mi się milion myśli na sekundę, wpatruję się w ekran laptopa i nie wiem, od czego zacząć. Tak bardzo bym chciała, żebyście pokochali nową powieść Magdaleny Kordel. „Bo nadal cię kocham” zdecydowanie na to zasługuje. Ta książka zasługuje na miłość, bo traktuje o miłości w sposób niebywały na polskim rynku czytelniczym.

Miałam przyjemność brać udział w live z Sylwią Kubik. Rozmowę z autorką serii powiślańskiej prowadziła Nienaczytana. Szanowne Panie dyskutowały między innymi o powieściach świątecznych i przekazie, jaki z nich wypływa. Zapytana o swój stosunek do Świąt Sylwia powiedziała, że ona świętuje nie choinkę, a Boże Narodzenie. Myślę, że jej stanowisko idealnie odpowiada temu, co chciała przekazać Magdalena Kordel.

„Bo nadal cię kocham” to powieść, w której na próżno szukać pogoni za prezentami, wymyślnych dekoracji czy poszukiwaniu stylizacji na uroczystą kolację. Autorka, jak zawsze zresztą, skupia się na tych i na tym, co najważniejsze. Skupia się na ludziach i towarzyszących im emocjach oraz uczuciach. Święta Bożego Narodzenia, poprzedzane przez jesiennie zaskakujące i wywołujące złość, żal wydarzenia, stają się czasem troski, miłości i wybaczania.

Jak już wspominałam w postach na Facebooku, jedna z najulubieńszych pisarek Polek, w powieści „Bo nadal cię kocham”, odchodzi od tak znanego nam z książek świątecznych „kultu młodości”. Głównym wątkiem historii są nie perypetie 30-latki z wielkiego miasta, która marzy o spotkaniu miłości życia w wigilijny wieczór. Magdalena Kordel zaprasza nas do świata kilkudziesięciolatki. Czytelnikom serii o Malowniczem Leontyny przedstawiać nie muszę. Ta bohaterka jest dla mnie uosobieniem marzeń o babci: mądra, pełna ciepła, gotowa nieść pomoc, wysłuchuje, lecz nie ocenia… Marzeń, bo obie babcie straciłam wcześnie. Za wcześnie… Do rzeczy, a właściwie do losów Leontyny.

Wszystko zaczyna się od wizyty na poczcie. Wszystko zaczyna się od dość osobliwego prywatnego śledztwa na temat jakości pracy i zaufania. Wszystko zaczyna się od spotkania w kawiarni młodziutkiej pracownicy poczty ze starszym mężczyzną. Romans? Nic z tych rzeczy. To początek wyjątkowej historii. Początek wydarzeń, które odmienią święta niejednego bohatera powieści.

Wydaje się, że Leontyna nie jest sama. W jej życiu są przecież obecni mieszkańcy Malowniczego, pozostaje w stałym kontakcie z przyszywanym wnukiem, Kubą i jego rodziną. Niespodziewanie otrzymany list obdziera i ją, i pośrednio czytelnika ze złudzeń. Leontyna jest sama. Sama walczy z gniewem, poczuciem krzywdy, pretensjami. Od lat robi wszystko, żeby zapomnieć. Pod zmarszczkami i dobrotliwym uśmiechem, za witryną wyjątkowego sklepiku chowa się kobieta, która jest bezbronna. Bezbronna wobec wspomnień, które otworzyła tajemnicza przesyłka. Kartka odkryła to, co przez lata tak skrzętnie chowała – i przed światem, i przed samą sobą.

Młodość przeplata się tu ze starością. Młodzieńcze zakochanie z tęsknotą w jesieni życia. Radość macierzyństwa z poczuciem samotności. Przygotowania do Bożego Narodzenia z ucieczką przed miłością i troską. I wreszcie – najbardziej chwytająca za serce „przeplatanka” – „Mała dziewczynka z AK” przeplata się ze słowami polskiej kolędy „Bracia patrzcie jeno”… Łzy same cisną się do oczu…

Posłuchaj: https://www.youtube.com/watch?v=ZbHgEmavyxY

 „Mała dziewczynka z AK” współcześnie jest opisywana jako lekki utwór poświęcony dziewczynom i kobietom Powstania Warszawskiego. To tylko pozory. Pod płaszczykiem młodzieńczego uczucia kryje się śmierć, tragedia i klęska. Warszawa – miasto młodzieńczej miłości – ocieka przecież krwią i przypomina gruzowisko. Tekst piosenki kreuje pod powiekami tragiczne obrazy. Miłość, która przyszła tak nagle w oblężonym i walczącym mieście, kończy się wraz ze śmiercią. Wspomnienie ukochanej staje się jedynym źródłem radości dla tego, który kocha i który nadal walczy. Ona, choć ciałem nie ma jej obok, daje mu nadzieję. Powstanie upada. Nie ma miejsca na nadzieję. Jest żal i rozpacz – po utracie miłości, po utracie szansy na odzyskanie wolności…

Historia przedstawiona w piosence skomponowanej w październiku 1944 r. częściowo pokrywa się z historią bohaterów „Bo nadal cię kocham”. Magdalena Kordel zabiera czytelnika w podróż w przeszłość. Czytelnika i postaci. Nie jest bowiem możliwe czerpanie z teraźniejszości bez pogodzenia się z przeszłością. I z tymi, którzy tę przeszłość tworzyli…

Magda nie byłaby jednak sobą, gdyby w powieści nie pojawiły się akcenty humorystyczne czy momenty wywołujące (szeroki) uśmiech na twarzy czytającego. Żeby było jasne – „Bo nadal cię kocham” to piękna, pozytywnie nastrajająca powieść. Leontyna, walcząc ze swoimi demonami, nie przestaje przecież żyć. Pozostaje stanowcza i pewna swego. Pomaga jej w tym przyjaciółka z dawnych lat. Ewa to prawdziwa bomba pozytywnej energii i poczucia humoru. Czytając o spotkaniach pań przy nalewce czy przygodach z kozą Kleofasem (w nawiasie pisząc, takie imię nosi mój żółw), uśmiechałam się nie raz i nie raz tonęłam w refleksjach. Bo Ewa jest nie tylko przyjaciółką. Ewa jest też prywatnym psychologiem, który próbuje wyciągnąć Leontynę z ciemnego kąta przeszłości.

„Bo nadal cię kocham” chwyta za serce. Wzrusza i porusza. Bawi do łez. Zmusza do refleksji. Każe się pochylić nad przeszłością, nad tym, jak ogromną rolę odgrywa w życiu każdego z nas. Uczy kochać. Uczyć wybaczać. Uczy prawdziwej przyjaźni. Na Święta przygotowuje serca, nie salon czy jadalnię. Magdalena Kordel wysyła czytelnikom wyjątkową pocztówkę. Świąteczną kartkę. Z życzeniami tego, co najważniejsze.

Posłuchaj: https://www.youtube.com/watch?v=UURLCtoWSBM

„Evvie zaczyna od nowa” – Linda Holmes

Read More
evvie zaczyna od nowa

Linda Holmes, Evvie zaczyna od nowa, Wydawnictwo Znak 2020.

Wczoraj wieczorem, odpowiadając na komentarz Kingi Kosiek z bloga Ogród Kwitnących Myśli, napisałam, że na tę książkę każdy czytelnik ma własny moment. Ta historia przychodzi do człowieka w odpowiednim momencie. Inaczej nie „smakuje”, czytanie nie dostarcza przyjemności, nie staje się duchową ucztą. „Evvie zaczyna od nowa” zaczęłam jakiś czas temu. Przyznaję, że na początku lektura mi nie szła. Po czym to poznawałam? Odkładając egzemplarz na stolik, nie tęskniłam do powieści, do bohaterów. Myślałam, że to przez upał, przedurlopowe zmęczenie. Po wczorajszej nocy, pełnej łez i refleksji, mam wrażenie, że ta książka po prostu czekała na swój moment. TA chwila nadeszła.

Kobieta, której świat w jeden dzień stanął na głowie. Mężczyzna, który stracił tak wiele.
Co się stanie, kiedy przypadek połączy ich losy?
Evvie pakuje walizki. Plan: nowe życie – solo, bez okropnego męża. Ale wszyscy wiemy, co robi Bóg, gdy opowiemy mu o swoich planach. Nowe życie Evvie będzie wyglądało zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażała. Dean to facet idealny. Przystojny, bogaty gwiazdor sportu ma wszystko. I może mieć każdą kobietę. Lecz nagle, u szczytu kariery, traci to, co przez lata budował. Dwoje nieznajomych – oboje na życiowym zakręcie. Kiedy przypadek połączy ich losy, zawrą pakt: zero pytań o przeszłość. Ale zanim się zorientują, oboje złamią reguły, które ustalili.
Kiedy zaczną odkrywać swoje sekrety, przeszłość sama się odezwie. Czy znajdą siłę, by się z nią zmierzyć? I czy dadzą szansę uczuciu, które – choć nieproszone – puka do ich drzwi?

Czytając powyższy opis w e-mailu od Wydawnictwa Znak, które z okładki zapewnia, że „Evvie zaczyna od nowa” to najbardziej romantyczna powieść roku, byłam pewna, że dostanę typową historię o miłości na letnie popołudnia. Ona po przejściach, on z przeszłością. Raz, dwa zakochanie, jakieś tam przeszkody i happy end. Drops kolejny raz przekonał się: nie oceniaj książek tego wydawnictwa po okładce, bo oni lubią wyciskać z ciebie łzy! Oj, wycisnęli… Napisać, że się wzruszyłam, to mało. Ja płakałam jak bóbr w poduszkę, żeby nie zbudzić Współlokatorki. Płakałam nie dlatego, że to smutna historia. Wręcz przeciwnie – mimo życiowych tragedii, jakie spotykają bohaterów, to opowieść pełna nadziei i wiary. Drugiej szansy na lepsze życie. Drugiej szansy na poprawę relacji. Często relacji samych z sobą…

Myślę, że ta książka poruszyła mnie tak głęboko właśnie przez główną bohaterkę. Bardzo długo miałam tak jak Evvie – bałam się mówić to, co naprawdę czuję w strachu przed reakcją innych. Chowałam pragnienia i uczucia głęboko do kieszeni, kierując się przede wszystkim potrzebami tych, którzy tak naprawdę mieli mnie daleko w nosie. Dbając o relację z innymi, zaniedbałam relację z samą sobą. Egoizm nie jest dobry. Ale zdrowy egoizm już tak. Evvie stara się utrzymywać relacje z bliskimi, zapominając o sobie. Choć w środku krzyczy, na zewnątrz się uśmiecha. Choć chce się jej wyć, potulnie kiwa głową i godzi się odgrywać postać, dla której scenariusz napisałaby kompletnie inny. Dean ją otwiera, a właściwie zaczyna ten żmudny proces. Evvie wychodzi ze swojej skorupy po kawałeczku. Odsłania się bardzo delikatnie, powoli. Uczy się siebie i uczy się świata, a świat uczy się nowej Evvie. Z jakim skutkiem? Sprawdźcie! 😉

Żeby było jasne – to nie jest powieść psychologiczna, w której próżno szukać miłosnych uniesień czy wątków przyjaźni. „Evvie zaczyna od nowa” to zdecydowanie książka o miłości i przyjaźni. Z kumplem, współlokatorem, matką, ojcem… Ale też z samą sobą. To historia wzruszająca, ale i zabawna. Bohaterowie zdecydowanie mają poczucie humoru. Podnoszą nas na duchu, wlewają w serca nadzieję. Myślę, że dla wielu z Was ta książka na długo, jeśli nie na zawsze, zostanie w sercu i pamięci. Czyta się ją szybko – wczoraj połknęłam ponad 200 stron. Szybko, ale ze zrozumieniem. I przesłaniem. Narrator jest zdecydowanie wszechwiedzący i wnika w postaci. Ani Evvie, ani Dean nic przed czytelnikiem nie ukryją.

Skoro Evvie zaczyna od nowa, może Ty też możesz? Może nawet nie wiesz, że powinnaś? Zacznij od książki. Poznaj tę wyjątkową historię.

„Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna” – Katarzyna Droga

Read More
doktor irka wojna miłość i medycyna katarzyna droga

Katarzyna Droga, Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna, Wydawnictwo Znak 2020.

Irena Magdalena Ćwiertnia-Sitowska urodziła się w 1921 roku w Warszawie. Podczas okupacji rozpoczęła studia medyczne, przeżyła powstanie. Po wojnie została lekarzem. Zmarła w grudniu 2018 roku. Jako młoda studentka prowadziła pamiętnik. Zapisywała w nim swoje przeżycia, tęsknoty, opisywała wydarzenia. Zapiski prowadziła również podczas powstania warszawskiego i po nim, kiedy była skazana na tułaczkę. Pamiętnik ocalał – jego fragmenty można przeczytać na stronie internetowej Muzeum Dulag 121. Jakiś czas temu na zapiski trafiła Katarzyna Droga, przeglądając zbiory Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego. Pamiętnik zaczyna się od słów, że doktor Ćwiertnia chciałaby zamienić go w książkę, by „utrwalić w pamięci sylwetki tych, którzy odeszli na zawsze”. Niestety, Autorka się spóźniła i nie poznała pani doktor. Poznała za to jej syna, który pozwolił na stworzenie książki. „Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna” – powieść oparta na faktach, inspirowana prawdziwą historią, miała swoją premierę 29 lipca. W przededniu 76. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Powstania, które na zawsze zmieniło życie młodziutkiej wówczas studentki medycyny, Irki.

Mimo wojennej zawieruchy rozpoczynając studia, Irka i jej koleżanki miały mnóstwo marzeń i planów. Chciały zostać lekarkami, kochać, być kochanymi. Zakładać rodziny i cieszyć się wolnością, bo wierzyły, że prędzej czy później nadejdzie moment wyzwolenia. Uciekały przed łapankami, były świadkami rodzinnych dramatów, aresztowania dotykały ich bliskich, ale mimo wszystko zachowywały w sobie namiastkę młodzieńczej radości i nadziei. Katarzyna Droga świetnie ukazuje w powieści dwa wymiary dorastania w czasie wojny. Z jednej strony młodzi działają w konspiracji i są gotowi do największych poświęceń dla dobra i wolności ojczyzny. Z drugiej natomiast, namiętnie dyskutują o sukienkach, planują śluby, spotykają się na potańcówkach. Karmią się okruchami normalności, by przeżyć.

Doktor Irka podczas Powstania Warszawskiego

Wczoraj obchodziliśmy 76. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.  Powstanie zmieniło Irkę. Wywróciły do góry nogami jej plany, nadzieje i marzenia. Podczas powstania jako studentka medycyny była wręcz niezbędna. Zszywała rany, wyjmowała kule. By ratować życie, amputowała kończyny. Każdego dnia widziała w oczach umierających śmierć i ból. Mimo bezradności, mimo braku podstawowych środków medycznych, starała się nieść pomoc. Ocalała. Choć pod gruzami ukochanego miasta zostały ciała najbliższych jej osób, ona zabrała ze sobą jedno pragnienie – by dokończyć studia i zostać lekarzem. Udało się.

Rozdziały dotyczące Powstania przeczytałam za jednym podejściem. Katarzyna Droga przedstawia w nich bowiem nie tylko losy młodej studentki i (beznadziejną) sytuację służb medycznych w sierpniu i wrześniu 1944 roku. Pochyla się także nad sytuacją powstańców i cywilów. Opisuje walki, dramatyczne wędrówki kanałami. Zagląda do piwnic, w których w strachu przed zemstą Niemców chowają się mieszkańcy domów. Zabiera czytelników na Wolę, a na koniec z oddali każe obserwować konające miasto – Warszawę, która płonie. Warszawę, która krzyczy z bólu, bezsilności. Warszawę, która zmienia się w gruz. Warszawę, która kamieniami osłania ciała swoich mieszkańców. Muszę przyznać, że niektóre fragmenty rozdzierały mi serce, w oczach stawały łzy. O powstaniu słyszałam i czytałam wiele, ale nigdy nie potrafię przejść obojętnie obok opisów walk, postawy Niemców i przede wszystkim heroizmu i entuzjazmu powstańców, które z czasem ustąpiły miejsca bezradności i rozpaczy.  

Doktor Irka zabiera nas w podróż w czasie…

Powieść przeczytałam „na dwa podejścia”. Raz 100 stron, potem reszta. Pochłaniałam rozdział po rozdziale historię, która raz śmieszyła do łez, raz wzruszała, a niekiedy rozdzierała serce. Razem z pielęgniarką Joanną, od której zaczyna się książka, siedziałam w gabinecie pani doktor i słuchałam opowieści. Towarzyszyłam w podróży w czasie. Wreszcie razem z autorką kartkowałam pamiętnik bohaterki.

„Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna” to świetna propozycja lekturowa na sierpniowe dni. Dni, w których bliżej niż zwykle jesteśmy myślami z uczestnikami Powstania. Polecam gorąco – zwłaszcza miłośnikom powieści z tłem historycznym. Czy w mieście, które płonie, może płonąć także miłość? Przekonajcie się i poznajcie doktor Irkę. Ta kobieta, ta bohaterka, żyła naprawdę. Jej pragnieniem było, by potomni poznali losy jej i jej rówieśników. Pozostaje nam, dzięki Autorce, wypełnić jej wolę.

5. urodziny bloga – konkurs z Wydawnictwem Znak

Read More
konkurs Recenzje Dropsa Książkowego

Kochani!

1 lipca blog obchodził 5. urodziny. Z tej okazji mam dla Was 5 książek – 3 z Wydawnictwa Znak i 2 z Wydawnictwa Replika. Zaczynamy pierwszą zabawę!

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak mam dla Was egzemplarze powieści: „W blasku słońca” Magdaleny Kordel, „Jeśli zatęsknię” Anny Ficner-Ogonowskiej oraz „Zaczekaj na mnie” Moniki Michalik. Co trzeba zrobić, by je zdobyć?

Wystarczy w komentarzu poniżej napisać, którą z książek wybieracie i dlaczego powinna trafić akurat do Was. Jeśli chcecie, możecie też napisać, od kiedy śledzicie mój blog lub social media. Napiszcie, na którym portalu mnie obserwujecie. I gotowe!

Będzie mi miło, jeśli dacie znać znajomym o konkursie, ale nie jest to warunek konieczny (dla chętnych grafika do udostępnienia poniżej ;)).

Bawimy się od 4.07.2020 r. do 11.07.2020 r. do godz. 23:59.

Czekam na Wasze odpowiedzi 🙂

Szczegółowe informacje na temat organizatora i fundatora nagrody poniżej.


Garść formalności, czyli regulamin:

  1. Organizatorem konkursu jest Drops Książkowy – Paulina Molicka.
  2. Fundatorem Nagrody jest Wydawnictwo Znak. Za wysyłkę Nagród odpowiada Wydawnictwo,
  3. Facebook.com ani Instagram.com nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek działania związane z organizacją konkursu na łamach serwisu.
  4. Konkurs trwa od 4.07.2020 r. do 11.07.2020 r. do godz. 23:59. Imiona i nazwiska Laureatów wybrane przeze mnie zostaną ogłoszone do 15.07.2020 r. na stronie na Facebooku i na InstaStories na Instagramie. Laureat otrzyma jedną wybraną przez siebie książkę.
  5. By wziąć udział w konkursie, należy posiadać konto na portalu Facebook.com lub Instagram.com, być fanem strony Recenzje Dropsa Książkowego lub obserwatorem konta @Dropsksiazkowy i odpowiedzieć na pytanie konkursowe.
  6. Wszelkie reklamacje i pytania dotyczące organizacji i regulaminu należy wysyłać na adres: dropsksiazkowy@gmail.com.

Biorąc udział w konkursie, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych niezbędnych do wyłonienia zwycięzcy oraz do dostarczania nagrody. Informuję, że adres zostanie użyty tylko w celu przekazania nadawcy przesyłki, a następnie usunięty z wiadomości prywatnej, w której zostanie podany.
Organizator oświadcza, że konkurs nie jest grą losową, loterią fantową, zakładem wzajemnym ani loterią promocyjną, których wynik zależy od przypadku (przeprowadzenia losowania) w rozumieniu Art. 2 ustawy z dnia 29 lipca 1992 r. o grach losowych i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

„W blasku słońca” – Magdalena Kordel (recenzja przedpremierowa)

Read More
kordel w blasku słońca

Magdalena Kordel, W blasku słońca, Wydawnictwo Znak 2020.

Otulona toskańskim słońcem, utkana delikatnie jak koronka opowieść o przyjaźni dwóch kobiet, które tęsknią za miłością. Ta historia powinna zostać sfilmowana!

Ten fragment mojej opinii o najnowszej powieści Magdaleny Kordel „W blasku słońca” znalazł się na okładce. Wydawnictwo prosiło, bym przysłała dwa zdania. Można pomyśleć, że po lekturze ich wymyślenie zajęło mi chwilę. Nic bardziej mylnego. Pióro Magdaleny Kordel świeci jak nigdy dotąd. To najbardziej dojrzała, najbardziej głęboka książka Pisarki. W podróż do najpiękniejszych zakątków Europy i podróż w głąb serca. Podróż, która niejednokrotnie wzrusza i daje nadzieję. I bohaterkom powieści, i Czytelniczkom…

W drodze między Paryżem, Warszawą, Wenecją i Positano wiele może się wydarzyć. Czasem trzeba wybrać boczne, okrężne drogi, by dotrzeć do celu. Los jednak dobrze wie, dokąd nas prowadzi. Dla Leli i Nicoletty tym miejscem okazał się stary dom na skraju winnicy, w sercu malowniczej Toskanii. I choć dotąd się nie znały, mają ze sobą sporo wspólnego. Temperamentna Lela jest wściekła, bo były chłopak zniweczył jej plany. By nie posunęła się w zemście za daleko, przyjaciółki wyprawiają ją do Toskanii. Droga Nicoletty również nie należała do łatwych. Dotąd szczęśliwe i poukładane życie przerwała nagła śmierć jej ukochanego męża. Żeby do reszty nie zwariować, wyrusza w podróż do przeszłości – przez Wenecję z młodości, do toskańskiego domu po przodkach. Ma nadzieję, że w ocienionym cyprysami domu będzie mogła odciąć się od świata i na nowo zaplanować swoją przyszłość. Okazuje się jednak, że towarzystwa jej nie zabraknie…

O czym jest powieść „W blasku słońca”? O kobietach i ich wyjątkowej przyjaźni. Mam wrażenie, że to nie miłość jest tutaj „uczuciem przewodnim”. Magdalena Kordel na pierwszy plan wysuwa właśnie relację dwóch kobiet – przypadkowa znajomość przeradza się w przyjaźń, która staje się fundamentem nowych etapów w życiu bohaterek.

Przyznaję się bez bicia, że nie przeczytałam (jeszcze!) wszystkich książek Magdy. Znam jednak większość tytułów – mam wrażenie, że w tych historiach kobiety, choć dotknięte jakąś tragedią, dość szybko się podnosiły dzięki pomocy swoich ziemskich aniołów i odnajdywały swoje malownicze miejsca na ziemi. Nicoletta – bohaterka „W blasku słońca” ma chyba najtrudniej ze wszystkich „Kordelowych kobiet”. W młodym wieku została wdową. Nagle jej świat się skończył. Zgasło jej (włoskie) słońce. Nie widzi dla siebie ratunku, a zapach ze swetra zmarłego męża, z którym nie rozstaje, ulatnia się niczym jej nadzieja na lepsze jutro…  Nie wierzy, że przytłaczającą pustkę i samotność, które rozrywają jej serce, da się czymś wypełnić. A jednak. Nad jej głową w końcu wschodzi słońce. Powołując do życia na kartach książki postać Nicoletty, Magdalena Kordel daje nadzieję. Mnie też ją dała. Wiem, że życie to nie powieść, ale chyba każdy zasługuje na odrobinę (toskańskiego) słońca. Magdalena Kordel daje nadzieję, że tak właśnie będzie. Tak jak Krzysztof Cugowski zdaje się śpiewać: „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój” – i to toskański…

Napisałam kilka zdań o Włoszce, nie mogę pominąć Polki! Kiedy czytałam tę powieść kilka tygodni temu, czułam, że bliżej mi właśnie do niej – do Leli. Pozytywna, przebojowa, optymistka. Ale… Mam wrażenie, że cechy, które jako pierwsze przychodzą na myśl, gdy trzeba opisać tę bohaterkę, to maska, a właściwie jej fragment. Tak, Lela jest pogodna. Tam, gdzie wchodzi ona, pojawia się słońce. Tylko czasem jej promienie są przykrywką dla ciemnych chmur. Dla tęsknot, dla głosu serca, który dopomina się o swoje. Wreszcie, dla miłości, której nie da się zastąpić „układem”. Czy Lela to kobieta o dwóch twarzach? Nie. Ona ma jedną twarz, ale mam wrażenie, że czasem boi się ją wystawić do prawdziwego słońca. I dla niej pewnego rodzaju terapią będzie pobyt we Włoszech…

Książka jest opowieścią o tym, że czasami trzeba zrezygnować z utartych dróg i poszukać całkiem nowych, może nawet takich, które początkowo wydają się mało przyjazne. O tym, że czasem trzeba wrócić w stare miejsca by odkryć nową siebie, a czasem wręcz odwrotnie – trzeba zdecydować się na całkowicie nieznane i wręcz niechciane – Magdalena Kordel w wywiadzie dla www.dropsksiazkowy.pl.

Jak już wspomniałam, drogi bohaterek krzyżują się właśnie w Toskanii. Ta powieść pachnie wręcz tym regionem Włoch. Zachwyca smakami regionalnej kuchni i typowych przekąsek. Kusi niejednym toastem lokalnego wina. Do tego widoki… Ach, niejednokrotnie się rozmarzyłam!  Widać, że Toskania to „włoskie malownicze” Magdaleny Kordel i Jej bliskich. Autorka dzięki swojemu wyjątkowemu stylowi i umiejętności operowania środkami artystycznymi, przekazuje, moim zdaniem, blask południa Europy. Aż człowiek ma ochotę ruszyć w podróż śladami Nicoletty i Leli. Warto dodać, że oprócz Włoch i Polski, w powieści poznajemy też wybrane punkty na mapie Paryża. Stolicę Francji zwiedziłam rok temu – miło było tam wrócić, mimo że tylko literacko.

„W blasku słońca” już zawsze będzie zajmowało wyjątkowe miejsce – i w moim sercu, i w mojej biblioteczce, nie tylko ze względu na rekomendację. To historia, która pachnie dobrym winem i smacznym jedzeniem. Opowieść pełna burzy i słońca. Losy dwóch wspaniałych kobiet, których drogi krzyżują się na toskańskim szlaku. To wreszcie, a może przede wszystkim – uśmiech i nadzieja. Gwarantowana radość i wzruszenia. Ta książka Was ukoi, doda otuchy, przytuli. Powieść do śmiechu, powieść do płaczu. Magdalena Kordel w najlepszym (włoskim) wydaniu. Na tę premierę (17 czerwca) naprawdę warto czekać.

„Sztuka sięgania gwiazd” – Chiara Parenti (refleksje)

Read More
sztuka sięgania gwiazd

Chiara Parenti, Sztuka sięgania gwiazd, Wydawnictwo Znak 2020.

Dziewczyna, która niczego się nie bała, została zabita przez Terror. Ja natomiast, sterroryzowana życiowym strachem, wciąż tu jestem.

To nie będzie typowa recenzja. To w ogóle nie będzie recenzja. Nie jestem bowiem w stanie spojrzeć krytycznym okiem na tę książkę, wyliczyć nie tylko zalety. „Sztuka sięgania gwiazd”, która kilka tygodni temu ukazała się na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Znak, zbyt wiele dla mnie znaczy. Zbyt wiele zamkniętych furtek w moim sercu, w mojej głowie, otworzyła. Bawiła i wzruszała. Czytając, na przemian śmiałam się i płakałam. I jednocześnie zastanawiałam się nad sobą. Ta książka, może to zabrzmi patetycznie, ale coś we mnie zmieniła. Otworzyła mnie na moje własne marzenia i pragnienia.

Dlatego nie rozsiadaj się wygodnie w swoim bezpiecznym kąciku, weź życie we własne ręce. Wstań i biegnij po to, czego pragniesz, porzucając strach. Żyj, dopóki jesteś żywa! I świeć, Sole, świeć najjaśniej, jak możesz!

Zanim przejdę do refleksji po lekturze tej powieści – poradnika, pozwólcie, że przybliżę Wam krótko fabułę:

Potrzebujesz jednej małej chwili bez strachu. To wtedy robi się najbardziej niesamowite rzeczy. Rozpaczliwy haust powietrza, Sole traci grunt pod nogami i… leci. Skok ze spadochronem to pierwsza pozycja na jej liście.
Delikatna i wrażliwsza od innych Sole unika w życiu wszelkich niebezpieczeństw. Tak bardzo boi się lecieć samolotem, że nie przyjmuje zaproszenia do Paryża od swojej jedynej przyjaciółki Stelli. Nagle przychodzi cios. Stella ginie w dramatycznych okolicznościach, a Sole ze łzami w oczach czyta jej ostatni list:
„Musisz wybiec życiu naprzeciw! Zdziwisz się, co jesteś w stanie zrobić! Żyj, dopóki jesteś żywa!”.
Postanawia zrobić listę stu rzeczy, których najbardziej się boi, ale których od zawsze pragnie. Czuje, że musi spróbować żyć tak jak Stella – z uśmiechem na ustach i otwartym sercem.
Czy Sole będzie umiała żyć pełną piersią? I czy odważy się na miłość, której boi się bardziej niż skoku na bungee?

Narracja w powieści prowadzona jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Dzięki temu chyba jeszcze bardziej wczułam się w historie Sole, głównej bohaterki. W dodatku widziałam w niej… siebie.

Bo są dwie główne rzeczy, które przeszkadzają w nabywaniu doświadczenia: nieśmiałość, która jakby przyćmiewa umysł, i strach, który malując możliwe niebezpieczeństwa, odradza od brania się do czegoś.

Na strach Sole, jej problemy z odwagą, akceptacją, wiarą we własne siły miało wpływ wychowanie i tragiczna przeszłość matki. Co przez lata budowało mój strach? Charakter, problemy zdrowotne? Pewnie wszystko po trochu. Rodzice (czemu absolutnie się nie dziwię!) bali i wciąż boją się o mnie chyba trochę inaczej niż o mojego starszego brata. Choć wydawać by się mogło, że nigdy nie patrzyli na mnie przez pryzmat niepełnosprawności, na pewno tak patrzyli. Nie dziwię się. Nigdy nie chciałabym przeżyć tego, co oni, kiedy się urodziłam, walczyłam o życie, a potem o pierwsze kroki. Zmierzam do tego, że ich strach – jak najbardziej uzasadniony – udzielił się mi w sposób kompletnie niewłaściwy. Bałam, wciąż się boję zmian, samotności, opinii innych. Wolę chować głowę w piasek, coś przemilczeć, niż powiedzieć, że się nie zgadzam. Zacisnąć zęby i robić coś, co wcale nie jest moje. Skupiam się na opinii, marzeniach innych, nie na własnych. Ta książka uświadomiła mi, że nie potrafię być gadułą wtedy, kiedy trzeba. Nie potrafię wyrazić własnego zdania, kiedy pytam o nie sama siebie. Upycham po kieszeniach własne pragnienia, realizując cudze. Boję się powiedzieć to, co czuję, w strachu przed reakcją danej osoby. Niby jestem uśmiechnięta, rozgadana, hej do przodu!, a czasem zdarza mi się hobbystycznie gryźć poduszkę.

Może to banalne, ale „Sztuka sięgania gwiazd” uświadomiła mi, że nie wolno bać się… strachu. Lęk przed zmianą, przed czymś nowym jest zupełnie naturalny. Sztuką jest pójść dalej, wyprzedzić go o krok i – zgodnie z tytułem – sięgnąć gwiazd.

A więc odważnym oznacza żyć z sercem.

Nauczyłam się, że nigdy nie ma właściwego momentu. Jeśli będziemy czekać, aż poczujemy się gotowi, to w końcu będziemy czekać zbyt długo, nawet całe życie i nigdy nie dotrzemy na drugi brzeg, do naszych pragnień.

„Przeczytaj, zrób własną listę i zacznij żyć odważnie każdego dnia!” – radzi Wydawnictwo Znak. Listy nie zrobiłam, przynajmniej na papierze. Ale zrobiłam pierwszy krok do spełnienia marzenia. Od najmłodszych lat wyobrażam sobie, jakby to było wydać książkę. Najpierw oczywiście ją napisać, a potem zachęcić do czytania innych. To długa i trudna droga, ale… wszystko zaczyna się od pierwszego kroku. Nie czekając dalej na właściwy moment, postanowiłam podzielić się swoją twórczością i kilka stron zapisanych w edytorze tekstu wrzuciłam do sieci: https://www.wattpad.com/myworks/223118761-kartki-zapisane-nad-morzem . Co z tego wyjdzie? Nie wiem. Wierzę, że fakt, że podzieliłam się tym tekstem z szerszym gronem, będzie mnie mobilizował i dokończę to, co zaczęłam. Jeżeli choć jedna osoba uśmiechnie się, wzruszy, rozbawi czytając moje teksty, będę szczęśliwa.

Uprzedzając pytania – nie, charakter bloga się nie zmienił. DropsKsiazkowy.pl nadal będzie stroną o literaturze, z elementami teatru i telewizji. Pozwoliłam sobie na inny tekst, na bardzo osobisty tekst, nie po to, żeby się wyżalić. Nie po to, że pokazać – och, patrzcie, zmieniłam swoje życie. Nie jestem już Drops. Jestem Dropsą, który będzie podbijał świat – patrzcie na mnie. Nie, nie to miałam na celu. Co zatem autorka miała na myśli? Ano to, że „zwykła recenzja” – analiza bohaterek, stylu, narracji, nie oddałaby tej całej gamy emocji, która wręcz mną telepnęła podczas lektury. Zwykłe: „gorąco polecam” czy „musicie to przeczytać” to za mało w tym przypadku. „Sztuka sięgania gwiazd” to książka, obok której chyba ciężko przejść bez żadnych refleksji, rachunku sumienia. To książka, która zmienia, a właściwie zachęca do tej zmiany, bo literki na papierze same nic nie mogą. Dopiero w połączeniu z sercem, wylaną łzą potrafią działać cuda… Wiecie, tak obserwuję Was czasem – drogie Czytelniczki mojego bloga – i mam wrażenie, że przynajmniej kilka z Was znajdzie wiele cech Sole. Czytając kolejne rozdziały, krzyknie w duchu (albo na głos): „To przecież o mnie!”. Mam nadzieję, że ta moja garść refleksji skłoni Was do sięgnięcia po ten tytuł. Może po lekturze stworzycie własną listę, przynajmniej w głowie? Zaczniecie choć ociupinkę bardziej wierzyć w siebie, we własne siły? Życzę Wam tego. Życzę i Wam, i sobie odwagi bo sztuka sięgania gwiazd jest dla każdego. To od nas zależy, czy staniemy na palcach, czy będziemy czekać, aż drabina sama się zmaterializuje.

„Jeśli zatęsknię” – Anna Ficner-Ogonowska

Read More
jeśli zatęsknię

Anna Ficner-Ogonowska, Jeśli zatęsknię, Wydawnictwo Znak 2020.

„Alibi na szczęście”debiutancka powieść Anny Ficner-Ogonowskiej, od lat należy do grona moich ulubionych historii o miłości. Z zapartym tchem śledziłam losy Hani i Mikołaja oraz ich przyjaciół. Rozpoczynając lekturę „Jeśli zatęsknię”, miałam wrażenie, że bestsellerowa autorka zaserwowała mi coś podobnego. Kobieta po przejściach, ze złamanym sercem nie potrafi zaufać zakochanemu w niej po uszy mężczyźnie… Ach, jak ja się pomyliłam! Moja ocena została wystawiona zdecydowanie za szybko. „Jeśli zatęsknię” kompletnie różni się od opowieści o losach Hanki. Jakże to piękna, wzruszająca i poruszająca każdą strunę serca historia! Napawa nadzieją, że po każdej burzy wychodzi słońce, a to jest teraz nam wszystkim tak bardzo potrzebne…

Świat Anki runął. Mężczyzna, którego kochała, dla którego się poświęcała, oświadczył, że… wraca do żony. Żony, która spodziewa się ich dziecka. Cios samo w serce znokautował cenioną psychoterapeutkę. Na szczęście za namową przyjaciół z lat szkolnych – z Mańką na czele – daje się namówić na coroczny rejs po wodach Chorwacji. W tym roku ma do nich dołączyć kumpel kapitana, Filip. Rejs po ciepłych wodach staje się początkiem nowego życia Ani – życia bez Artura z Filipem na horyzoncie. Krok po kroku, bez pośpiechu otwiera swoje serce na miłość. Gdy wydaje się, że nic nie jest w stanie zakłócić ich szczęścia, kilka sekund zmienia na zawsze ich życie. Czarne chmury na długo wydają się zasłaniać ich widok na wspólne szczęście. Ale czy na zawsze…?

Jeśli zatęsknię – o czym jest?

Nie chcę Wam tu opisywać całej fabuły, poszczególnych wydarzeń czy wątków. Nie chcę bowiem za dużo zdradzać. Ale jak w kilku słowach opisałabym „Jeśli zatęsknię”? To wszystkie barwy życia – szczęścia i nieszczęścia, jakie się z nim wiążą. To wschody słońca po najbardziej mrocznych zachodach. To drugie i kolejne szanse – na miłość, na życie… To wiatr, który rozgania ciemne chmury. To słońce, które oświetla ludzkie drogi. To blask, który przebija się przez mrok – ludzkich dusz, serc i losów. To tęsknoty za uczuciami – tymi oczywistymi i tymi najbardziej skrywanymi. To wiara, nadzieja i miłość. Prawdziwa przyjaźń i prawdziwa miłość utkane z najwyższą starannością. Żadnej wystającej nitki. Łzy wzruszenia i łzy śmiechu podczas lektury gwarantowane!

Przyjaciele są jak ciche anioły. Lub głośne – jak Mańka

„Jeśli zatęsknię” to powieść przede wszystkim o miłości i jej różnych odcieniach. Jednak niemniej ważna w życiu bohaterów jest przyjaźń. To ona jest motorem napędowym dla poszczególnych postaci. Najsilniejsza więź łączy Anię i Manię. Znają się od lat, są dla siebie jak siostry. Są też jak ogień i woda – Anka cicha, zamknięta w sobie; Mańka – co w sercu, to na języku. A nawet szybciej. Kobieta petarda. Kobieta wulkan. Pełna energii, wiary w człowieka, nie boi się mówić tego, co myśli. Obdarzona ogromnym poczuciem humoru i dystansu do siebie potrafi żartować nawet z własnej tuszy. Jest dla Anki przyjaciółką, siostrą, aniołem stróżem, który w odpowiednich momentach popycha ją do przodu lub trzyma, by nie spadła w przepaść. Dobra, szczera, wrażliwa. Wraz z nią do pokoju, do domu wchodzi radość i optymizm. Dla Mańki, rozwódki, matki trzech córek, nie ma rzeczy niemożliwych. Przewodniczka stada – i domowego, i przyjaciół. Chciałabym ją poznać i wypić z nią butelkę wina. I zjeść danie jej roboty – w końcu jest właścicielką restauracji! Mania jest po prostu kochana. To bohaterka, za którą bez wątpienia czytelnik zatęskni.

Hortensja i Stasinek – małżeństwo z okienka

Ania ma w zwyczaju podglądać sąsiadów z kamienicy naprzeciwko. Pani i Pan. Państwo Starsi. On z ograniczoną sprawnością, ona z nieograniczoną cierpliwością. Dla Ani wzór małżeństwa. Czytając fragmenty poświęcone ich relacji, wspominałam panią Irenkę, jedną z bohaterek „Alibi na szczęście”. Starsze kobiety – tam Irenka, tu Hortensja, są uosobieniem dobra, pokory i wrażliwości. Dla głównych postaci pełną funkcję pewnego rodzaju przystani. Brzegu, do którego zawsze mogą wrócić. Ramion, w których znajdą pocieszenie. Ust, z których popłynie ukojenie i dobra rada. Dłoni, która nakryje wszystkie smutki i troski.

Im jestem starsza, tym bardziej odczuwam brak babci i dziadka w swoim życiu. Dość wcześnie ich straciłam. Braki rekompensuje nie tylko relacją z powstańcami warszawskimi, ale i lekturą. Pani Aniu, dziękuję za Hortensję, za przepiękny kwiat.

„Jeśli zatęsknię” – ja już tęsknię!

Życie. Miłość. Przyjaźń. Niejednoznaczni bohaterowie. Postaci pełne zalet i wad. Tęskniący za miłością, bliskimi ludźmi, poczuciem bezpieczeństwa… Ile bohaterów, tyle tęsknot. Ja też odczuwam tęsknotę – za tą historią. Czuję niedosyt. Bo przecież ich podróże, rejsy po wodach świata i życia wciąż trwają… Tyle znaków zapytania… Tęsknię.

Autorce serdecznie dziękuję za podróże po chorwackich perełkach, zakamarkach ludzkich serc. Dziękuję za namalowanie obrazów miłości i przyjaźni. Moje serce jest poruszone do głębi, a jednocześnie pełne nadziei i wiary w lepsze jutro. Spokojniejsze jutro, do którego tak bardzo tęsknię…