„Jeszcze jedno lato” – Magdalena Kordel

Rzeszów, 22 sierpnia 2026 r.

Kochany Pamiętniczku!

Dziś zaczęłam czytać najnowszą powieść Magdaleny Kordel pt. „Jeszcze jedno lato”. Dziś zaczęłam i dziś skończyłam. Pewnie pomyślisz, że to żadna nowina, że czasem mi się to zdarza. Owszem, ale uwierz mi, ja naprawdę bym nie zasnęła, nie znając końca. Ba! Nawet zajrzenie w trakcie lektury na ostatnią stronę niewiele pomogło (tak, wiem, że w kodeksie niektórych książkoholików to największe przęstepstwo, będę się tłumaczyć ewentualnie przed Wysoką Komisją do spraw Ostatniej Strony, trudno). Teraz już wiem, dlaczego nie pomogło. I nie chodzi o to, że poznałam całą historię Lilianny, przynajmniej całą w tym tomie. Musiałam przeczytać książkę, a następnie rozładować zmywarkę, by ułożyć myśli w głowie i dojść do wniosku. W życiu nie chodzi o ostatnią stronę. Nie chodzi o to, by tkwić w zawieszeniu. By czekać. Życie jest do życia. I marzeń. Bo nigdy nie wiemy, czy przyjdzie jeszcze jedno lato.

Lila miała głowę pełną marzeń. Chciała kochać, być zauważona. Proste? Nie, drogi Pamiętniczku. Dla tej dziewczyny to marzenie wcale nie było takie proste do spełnienia. By poczuć bezpieczeństwo, do którego tęskniła jako mała dziewczynka, zawarła układ. Czy dał jej to upragnione bezpieczeństwo? Pozornie, bo zamknął ją w więzieniu. Lila z posłusznej córki stała się kochającą matką. Jedną rolę zamieniła na drugą. Tak, tak trzeba ktoś powie. Ale w tym wszystkim nie było miejsca na najważniejszą rolę. Na bycie po prostu Lilą. Lila musiała zaczekać.

Sześćdziesięcioletnia Lilianna nadal czeka. Na telefon od córki, na wizytę córki, na święta. Czeka. W ukryciu. W ukryciu szarych kolorów, uśpionych marzeń, w czterech ścianach mieszkania, w którym jedyne głosy, jakie słyszy, należą do sąsiadów. Sześćdziesięcioletnia Liliana czeka, bo nikt nie nauczył małej Lilki żyć.

Lilka zamieniła się w czekanie. Owszem, ma przyjaciółki, ale trzy szalone siostry nie były w stanie wypełnić pustki w jej życiu. Tęsknoty. Samotności. Bo czekanie lubi się w nią zamieniać. Kocha wręcz. Czekanie ma wprawę w przegapianiu drobiazgów i drobiażdżków. Czekanie do perfekcji opanowało sztukę ignorowania zachodów słońca. 

A co w sytuacji, gdy samotność staje się nie do zniesienia? Kiedy człowiek słyszy słowa, których nie powinien? Zdania, które przecinają jego serce na pół i przez megafon powtarzają: jesteś nikim? Jak można wtedy mieć nadzieję na jeszcze jedno lato?

Lilka na szczęście ma szansę poznać jego smak. Przypadkowe spotkanie odmienia jej życie. Ale ja Pamiętniczku nie wierzę w przypadki, przecież wiesz. Lilianna musiała poznać ten Przypadek. I Przypadek musiał poznać ją. 

I wiesz, co jeszcze myślę, Pamiętniczku? 

Lilianna w powieści ma sześćdziesiąt parę lat. Ale takich Lilek w Polsce jest wiele. Anna lat czterdzieści, Hanka tuż po pięćdziesiątce. Dorota, która parę lat temu skończyła trzydziestkę. Klara, która dopiero co zdała maturę. Różne imiona, różne początki PESEL-u. Ale jedna przypadłość. Samotność. Brak poczucia, że jest się potrzebnym. Myśl, że dalsze czekanie na jeszcze jedno lato (cokolwiek nim jest) nie ma sensu i po co się katować. W końcu postanowienie, że jeszcze jednego lata nie będzie.

Sam wiesz, Pamiętniczku, że na własnej skórze doświadczyłam, że ludzie wolą mnie ubraną w czekanie. Dopóki byłam Kopciuszkiem, wszystko było w porządku. Ale kiedy poszłam na bal, kiedy moje marzenia zaczęły się spełniać, zamiast czekać na jeszcze jedno lato, to już było za dużo. Nazwano mnie księżniczką. Pamiętasz, wtedy to nie był komplement. Ale dziś myślę, że ta osoba się nie pomyliła. Jestem księżniczką, bo mam skarb. Mam ludzi wokół siebie, którzy są. Na których nie muszę czekać. Nie robią łaski, że odbiorą telefon, odpiszą na wiadomość, wysłuchają, obetrą łzy czy wspólnie będą śmiać się z przesłanej rolki. SĄ! Ależ to bogactwo! 

Po skończeniu czytania książki mojej Drogiej Kordelli opowiedziałam ją Mężowi. Wspomniałam Jagodzie Kwiecień, z którą akurat konwersowałam na Instagramie i nie potrafiłam sklecić porządnego zdania, bo taka byłam w emocjach. Napisałam esemesa do Mamy po 22:00, bo uznałam, że bez wiadomości, że skończyłam czytać, nie zaśnie (ewentualnie nie zaśnie ponownie, jeśli powiadomienie ją obudziło). 

Nie wiem, Pamiętniczku, czy dobrze mnie zrozumiałeś. Jest we mnie tyle emocji i wrażeń, że nawet rozładowanie zmywarki nie pomogło w ich rozładowaniu. Musiałam je przelać na papier. Ale chcę, byś zrozumiał jedno. „Jeszcze jedno lato” to nie jest smutna książka. No dobrze, do pewnego momentu może jest. Ale wiesz, co na końcu zwycięża? 

Nadzieja. Wiara w to, że będzie jeszcze jedno lato. Że można naprawić to, co się zepsuło. W relacjach z drugim człowiekiem. W relacji z samym sobą. Motywacja do tego, by szary sweterek zastąpić niebieskim płaszczem, a wyblakłą spódnicę czerwoną sukienką. Historia Lilki przypomina, że nie wolno się bać kolorów w szafie i w życiu. Nie wolno bać się marzeń, nie wolno bać się miłości. Nie można się chować przed życiem tylko dlatego, że parę osób stwierdziło, że lepiej dla ciebie będzie czekać. Nawet, jeśli to członkowie najbliższej rodziny. 

Magdalena Kordel nie byłaby sobą, gdyby w książce nie było miejsca na humor (momentami czarny), ironię. Na uśmiech. Taki do łez i taki skryty w nieśmiało uniesionym kąciku. Śmiałam się razem z bohaterami. Wzruszałam z nimi i do bólu palców trzymałam kciuki. 

I wiesz co, Pamiętniczku? Cieszę się, że to nie koniec. Że przede mną jeszcze jedno lato z bohaterami (albo zima, nie mam pojęcia, na kiedy przewidziana jest premiera kolejnego tomu). 

Idę spać. Może przyśni mi się Szczawnica? Albo rudy kotek? A może Bieszczady? Wcale bym się nie zdziwiła. W końcu Kordella to taki Bieszczadzki Anioł, prawda?

Idę spać, bo jutro czeka na mnie książka do czytania kolejna książka Kordel. Zuzy Kordel tym razem. 

I mam nadzieję, że przede mną jeszcze jedno lato! Jest we mnie ogromny niedosyt lata. I zamierzam się nim zajadać. Unosić się na nim jak Muminek na różowej chmurce. Nie chcę już nigdy więcej czekać.

Tekst powstał w ramach współpracy reklamowej z Wydawcą.

Magdalena Kordel, Jeszcze jedno lato, Wydawnictwo Znak 2026.

Czy jedno lato może naprawić całe życie?

Młoda Lila miała głowę pełną marzeń. Życie szybko jednak nauczyło ją, że nie zawsze można podążać za głosem serca. Zawarła pewien układ, który miał jej dać bezpieczeństwo.

Dojrzała Lilianna żyje z konsekwencjami tamtej decyzji. Przez lata była posłuszną córką, oddaną żoną i kochającą matką. Teraz jej dni wypełnia czekanie na telefon córki. Kiedy samotność staje się nie do zniesienia, jedno przypadkowe spotkanie sprawia, że Lilianna daje sobie ponownie szansę.

Jeszcze jedno lato to wzruszająca opowieść o cieniach przeszłości, zakładach z losem i nadziei, że nigdy nie jest za późno, by walczyć o własne szczęście.

„Stefcia” – Joanna Adamek

„Stefcia” – Joanna Adamek

Jeśli chcecie przeczytać historię, którą oglądacie w social mediach, rozczarujecie się.

Jeśli myślicie, że to kontynuacja odcinków, jesteście w błędzie.

„Stefcia” to początek. To pierwsze kroki Stefci po pałacowych salonach. To pierwsze kroki dziewczyny, która staje się kobietą.

Muszę przyznać, że internetowy serial prezentowany w mediach społecznościowych Muzeum Zamoyskich w Kozłówce zaczęłam oglądać niedawno. Kiedy zaczął zdobywać nagrody. Kiedy nie tylko widzowie, licznymi komentarzami i polubieniami docenili scenariusz, reżyserię i grę aktorską. Nadrobiłam odcinki i dołączyłam do grona odliczającego do premiery nowych filmików. Utwierdziłam się w przekonaniu, że dobry serial nie potrzebuje pasma wieczornego TVN, bilbordów i reklam rodem z Polsatu. Potrzebuje ciekawego scenariusza, historii, którą chce opowiedzieć, zgranej ekipy i zespołu talentów. Opinie innych widzów, ich dyskusje, niecierpliwe oczekiwanie na dalszy ciąg – na Instagramie poczułam wspólnotę. Znajomych i przyjaciół Stefci oraz jej najbliższych. 

Matka często wzdychała na widok jej roztrzepania i braku porządku w głowie. Ale z drugiej strony lubiła widzieć ją zaczytaną. Mówiła, że jej dzieci więcej od życia dostaną niż ona. Że są do lepszych rzeczy stworzone. Jej się nie udało świata zdobyć, ale dzieciom się uda. Stefcia zawsze się zastanawiała, skąd ta niezachwiana wiara matki w ich życiowe powodzenie. Matka była niepodobna do sąsiadek. Tamte mówiły swoim dzieciom, gdzie ich miejsce: „Siedźta cicho, bądźta pokorne jak ciele”.

Stefcię mogę poznać bliżej dzięki książce, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak. Jak wspomniałam, to wprowadzenie do historii bohaterki. Poznajemy jej drogę do pałacu i pierwsze miesiące na służbie u hrabiostwa. Stefci nie da się nie lubić. To prosta dziewczyna, ale pełna ciepła, serdeczności. Naiwna? Może, ale dzięki temu z czystym sercem. Nie boi się marzyć i nie boi się swoich marzeń. Kocha książki. Jest ufna. Za drugim człowiekiem skoczyłaby w ogień. Jak zatem radzi sobie w kompletnie innym niż wieś świecie? Po swojemu. Z uśmiechem. Ciekawością. Bezpośredniością. 

Mie matka takie historie łopowiadała ło miłości, ło królewiczach… I tam, w tych historiach, to zawsze te chłopy dobre były… I te historie takie piękne były, że aż serce sie rwało. Ja to bym tak chciała, żeby życie takie było jak bajka jaka. Żeby w oczy taki patrzał i całego świata poza mną nie widział…

Jest opiekuńcza – młodszemu rodzeństwu zastępuje mamę. Oprócz wspomnień z ich rozmów, nosi ze sobą jej książki. Są jej źródłem wiedzy o świecie i źródłem marzeń. O lepszym, wręcz bajkowym życiu. Wierzy w opowieści matki dotyczące miłości i mężczyzn, czym budzi zdziwienie wśród swoich koleżanek. Uczy się relacji z płcią przeciwną, gdy poznaje Józka, pochodzącego z okolicy chłopa, i pana Antoniego – stajennego hrabiostwa. Panowie pochodzą z dwóch różnych światów. Który z nich pasuje do świata Stefci?

Powieść jest pisana przepięknym językiem, wypowiedzi głównej bohaterki są stylizowane na wiejską gwarę. To podkreśla kontrast między korzeniami Stefci, a miejscem, w którym pracuje. Między nią, a ludźmi, dla których pracuje. 

Nie mogła się powstrzymać i przesunęła dłonią po grzbietach. Skóra, płótno, złocenia… Przesuwała palce powoli, czując, jakby sunęły po czymś znacznie większym niż tylko papier i oprawa. Jakby tam, pod koniuszkami jej palców, mieścił się klucz do świata, którego jeszcze nie rozumiała, ale którego pragnęła z całego serca. Czuła się w tej chwili maleńka i ogromna zarazem. Maleńka bo nie wiedziała, co znaczą te tytuły, nie znała nazwisk autorów, nie umiała nawet wymówić wielu słów. Ogromna – bo przecież to była ta sama ona, Stefcia z chałupy z klepiskiem, a teraz stała tu, między regałami w pałacowej bibliotece, i mogła dotykać rzeczy, o których kiedyś nie śmiała marzyć.

Źródłem wiedzy dla Autorki, oprócz zbiorów muzealnych oczywiście, były liczne publikacje – dzienniki, książki. Widać w serialu i w książce, że wykonuje tytaniczną pracę. Przybliża realia życia służby w XIX i XX wieku. Realia, które są tłem dla wyrazistych postaci, ale jednocześnie determinują ich wybory i możliwości. 

Książka jest przepięknie wydana. Twarda oprawa, piękna czcionka, graficzne wstawki zapowiadające kolejne rozdziały – zadbano o każdy szczegół. Pięknym dodatkiem są fotosy z serialu – zdjęcia ulubionych postaci, z tytułową Stefcią na czele. Mnie rozczula ostatnia fotografia – umieszczona na okładce. Zdjęcie przedstawiające aktorów wcielających się w postaci Stefci, Józka i Antoniego oraz Joanny Adamek. To twórczyni, matka tych postaci. Jak patrzę na tę fotkę i zamknięte oczy Joanny, widzę szczęście. Radość. I kto wie, może pod przymkniętymi powiekami rozgrywają się sceny do kolejnych odcinków albo kolejnej książki? Joanna jedyna wie, jaki los czeka tę trójkę w przyszłości. 

Ty możesz poznać początek tej historii, sięgając po tę książkę. Jestem pewna, że polubisz Stefcię i w najbliższej wolnej chwili zaczniesz oglądać serial. 

Poniżej kilka zdjęć ze spotkania z ekipą serialu podczas Świątecznych Targów Książki w Rzeszowie: