„W blasku słońca” – Magdalena Kordel (recenzja przedpremierowa)

Read More
kordel w blasku słońca

Magdalena Kordel, W blasku słońca, Wydawnictwo Znak 2020.

Otulona toskańskim słońcem, utkana delikatnie jak koronka opowieść o przyjaźni dwóch kobiet, które tęsknią za miłością. Ta historia powinna zostać sfilmowana!

Ten fragment mojej opinii o najnowszej powieści Magdaleny Kordel „W blasku słońca” znalazł się na okładce. Wydawnictwo prosiło, bym przysłała dwa zdania. Można pomyśleć, że po lekturze ich wymyślenie zajęło mi chwilę. Nic bardziej mylnego. Pióro Magdaleny Kordel świeci jak nigdy dotąd. To najbardziej dojrzała, najbardziej głęboka książka Pisarki. W podróż do najpiękniejszych zakątków Europy i podróż w głąb serca. Podróż, która niejednokrotnie wzrusza i daje nadzieję. I bohaterkom powieści, i Czytelniczkom…

W drodze między Paryżem, Warszawą, Wenecją i Positano wiele może się wydarzyć. Czasem trzeba wybrać boczne, okrężne drogi, by dotrzeć do celu. Los jednak dobrze wie, dokąd nas prowadzi. Dla Leli i Nicoletty tym miejscem okazał się stary dom na skraju winnicy, w sercu malowniczej Toskanii. I choć dotąd się nie znały, mają ze sobą sporo wspólnego. Temperamentna Lela jest wściekła, bo były chłopak zniweczył jej plany. By nie posunęła się w zemście za daleko, przyjaciółki wyprawiają ją do Toskanii. Droga Nicoletty również nie należała do łatwych. Dotąd szczęśliwe i poukładane życie przerwała nagła śmierć jej ukochanego męża. Żeby do reszty nie zwariować, wyrusza w podróż do przeszłości – przez Wenecję z młodości, do toskańskiego domu po przodkach. Ma nadzieję, że w ocienionym cyprysami domu będzie mogła odciąć się od świata i na nowo zaplanować swoją przyszłość. Okazuje się jednak, że towarzystwa jej nie zabraknie…

O czym jest powieść „W blasku słońca”? O kobietach i ich wyjątkowej przyjaźni. Mam wrażenie, że to nie miłość jest tutaj „uczuciem przewodnim”. Magdalena Kordel na pierwszy plan wysuwa właśnie relację dwóch kobiet – przypadkowa znajomość przeradza się w przyjaźń, która staje się fundamentem nowych etapów w życiu bohaterek.

Przyznaję się bez bicia, że nie przeczytałam (jeszcze!) wszystkich książek Magdy. Znam jednak większość tytułów – mam wrażenie, że w tych historiach kobiety, choć dotknięte jakąś tragedią, dość szybko się podnosiły dzięki pomocy swoich ziemskich aniołów i odnajdywały swoje malownicze miejsca na ziemi. Nicoletta – bohaterka „W blasku słońca” ma chyba najtrudniej ze wszystkich „Kordelowych kobiet”. W młodym wieku została wdową. Nagle jej świat się skończył. Zgasło jej (włoskie) słońce. Nie widzi dla siebie ratunku, a zapach ze swetra zmarłego męża, z którym nie rozstaje, ulatnia się niczym jej nadzieja na lepsze jutro…  Nie wierzy, że przytłaczającą pustkę i samotność, które rozrywają jej serce, da się czymś wypełnić. A jednak. Nad jej głową w końcu wschodzi słońce. Powołując do życia na kartach książki postać Nicoletty, Magdalena Kordel daje nadzieję. Mnie też ją dała. Wiem, że życie to nie powieść, ale chyba każdy zasługuje na odrobinę (toskańskiego) słońca. Magdalena Kordel daje nadzieję, że tak właśnie będzie. Tak jak Krzysztof Cugowski zdaje się śpiewać: „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój” – i to toskański…

Napisałam kilka zdań o Włoszce, nie mogę pominąć Polki! Kiedy czytałam tę powieść kilka tygodni temu, czułam, że bliżej mi właśnie do niej – do Leli. Pozytywna, przebojowa, optymistka. Ale… Mam wrażenie, że cechy, które jako pierwsze przychodzą na myśl, gdy trzeba opisać tę bohaterkę, to maska, a właściwie jej fragment. Tak, Lela jest pogodna. Tam, gdzie wchodzi ona, pojawia się słońce. Tylko czasem jej promienie są przykrywką dla ciemnych chmur. Dla tęsknot, dla głosu serca, który dopomina się o swoje. Wreszcie, dla miłości, której nie da się zastąpić „układem”. Czy Lela to kobieta o dwóch twarzach? Nie. Ona ma jedną twarz, ale mam wrażenie, że czasem boi się ją wystawić do prawdziwego słońca. I dla niej pewnego rodzaju terapią będzie pobyt we Włoszech…

Książka jest opowieścią o tym, że czasami trzeba zrezygnować z utartych dróg i poszukać całkiem nowych, może nawet takich, które początkowo wydają się mało przyjazne. O tym, że czasem trzeba wrócić w stare miejsca by odkryć nową siebie, a czasem wręcz odwrotnie – trzeba zdecydować się na całkowicie nieznane i wręcz niechciane – Magdalena Kordel w wywiadzie dla www.dropsksiazkowy.pl.

Jak już wspomniałam, drogi bohaterek krzyżują się właśnie w Toskanii. Ta powieść pachnie wręcz tym regionem Włoch. Zachwyca smakami regionalnej kuchni i typowych przekąsek. Kusi niejednym toastem lokalnego wina. Do tego widoki… Ach, niejednokrotnie się rozmarzyłam!  Widać, że Toskania to „włoskie malownicze” Magdaleny Kordel i Jej bliskich. Autorka dzięki swojemu wyjątkowemu stylowi i umiejętności operowania środkami artystycznymi, przekazuje, moim zdaniem, blask południa Europy. Aż człowiek ma ochotę ruszyć w podróż śladami Nicoletty i Leli. Warto dodać, że oprócz Włoch i Polski, w powieści poznajemy też wybrane punkty na mapie Paryża. Stolicę Francji zwiedziłam rok temu – miło było tam wrócić, mimo że tylko literacko.

„W blasku słońca” już zawsze będzie zajmowało wyjątkowe miejsce – i w moim sercu, i w mojej biblioteczce, nie tylko ze względu na rekomendację. To historia, która pachnie dobrym winem i smacznym jedzeniem. Opowieść pełna burzy i słońca. Losy dwóch wspaniałych kobiet, których drogi krzyżują się na toskańskim szlaku. To wreszcie, a może przede wszystkim – uśmiech i nadzieja. Gwarantowana radość i wzruszenia. Ta książka Was ukoi, doda otuchy, przytuli. Powieść do śmiechu, powieść do płaczu. Magdalena Kordel w najlepszym (włoskim) wydaniu. Na tę premierę (17 czerwca) naprawdę warto czekać.

„Sztuka sięgania gwiazd” – Chiara Parenti (refleksje)

Read More
sztuka sięgania gwiazd

Chiara Parenti, Sztuka sięgania gwiazd, Wydawnictwo Znak 2020.

Dziewczyna, która niczego się nie bała, została zabita przez Terror. Ja natomiast, sterroryzowana życiowym strachem, wciąż tu jestem.

To nie będzie typowa recenzja. To w ogóle nie będzie recenzja. Nie jestem bowiem w stanie spojrzeć krytycznym okiem na tę książkę, wyliczyć nie tylko zalety. „Sztuka sięgania gwiazd”, która kilka tygodni temu ukazała się na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Znak, zbyt wiele dla mnie znaczy. Zbyt wiele zamkniętych furtek w moim sercu, w mojej głowie, otworzyła. Bawiła i wzruszała. Czytając, na przemian śmiałam się i płakałam. I jednocześnie zastanawiałam się nad sobą. Ta książka, może to zabrzmi patetycznie, ale coś we mnie zmieniła. Otworzyła mnie na moje własne marzenia i pragnienia.

Dlatego nie rozsiadaj się wygodnie w swoim bezpiecznym kąciku, weź życie we własne ręce. Wstań i biegnij po to, czego pragniesz, porzucając strach. Żyj, dopóki jesteś żywa! I świeć, Sole, świeć najjaśniej, jak możesz!

Zanim przejdę do refleksji po lekturze tej powieści – poradnika, pozwólcie, że przybliżę Wam krótko fabułę:

Potrzebujesz jednej małej chwili bez strachu. To wtedy robi się najbardziej niesamowite rzeczy. Rozpaczliwy haust powietrza, Sole traci grunt pod nogami i… leci. Skok ze spadochronem to pierwsza pozycja na jej liście.
Delikatna i wrażliwsza od innych Sole unika w życiu wszelkich niebezpieczeństw. Tak bardzo boi się lecieć samolotem, że nie przyjmuje zaproszenia do Paryża od swojej jedynej przyjaciółki Stelli. Nagle przychodzi cios. Stella ginie w dramatycznych okolicznościach, a Sole ze łzami w oczach czyta jej ostatni list:
„Musisz wybiec życiu naprzeciw! Zdziwisz się, co jesteś w stanie zrobić! Żyj, dopóki jesteś żywa!”.
Postanawia zrobić listę stu rzeczy, których najbardziej się boi, ale których od zawsze pragnie. Czuje, że musi spróbować żyć tak jak Stella – z uśmiechem na ustach i otwartym sercem.
Czy Sole będzie umiała żyć pełną piersią? I czy odważy się na miłość, której boi się bardziej niż skoku na bungee?

Narracja w powieści prowadzona jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Dzięki temu chyba jeszcze bardziej wczułam się w historie Sole, głównej bohaterki. W dodatku widziałam w niej… siebie.

Bo są dwie główne rzeczy, które przeszkadzają w nabywaniu doświadczenia: nieśmiałość, która jakby przyćmiewa umysł, i strach, który malując możliwe niebezpieczeństwa, odradza od brania się do czegoś.

Na strach Sole, jej problemy z odwagą, akceptacją, wiarą we własne siły miało wpływ wychowanie i tragiczna przeszłość matki. Co przez lata budowało mój strach? Charakter, problemy zdrowotne? Pewnie wszystko po trochu. Rodzice (czemu absolutnie się nie dziwię!) bali i wciąż boją się o mnie chyba trochę inaczej niż o mojego starszego brata. Choć wydawać by się mogło, że nigdy nie patrzyli na mnie przez pryzmat niepełnosprawności, na pewno tak patrzyli. Nie dziwię się. Nigdy nie chciałabym przeżyć tego, co oni, kiedy się urodziłam, walczyłam o życie, a potem o pierwsze kroki. Zmierzam do tego, że ich strach – jak najbardziej uzasadniony – udzielił się mi w sposób kompletnie niewłaściwy. Bałam, wciąż się boję zmian, samotności, opinii innych. Wolę chować głowę w piasek, coś przemilczeć, niż powiedzieć, że się nie zgadzam. Zacisnąć zęby i robić coś, co wcale nie jest moje. Skupiam się na opinii, marzeniach innych, nie na własnych. Ta książka uświadomiła mi, że nie potrafię być gadułą wtedy, kiedy trzeba. Nie potrafię wyrazić własnego zdania, kiedy pytam o nie sama siebie. Upycham po kieszeniach własne pragnienia, realizując cudze. Boję się powiedzieć to, co czuję, w strachu przed reakcją danej osoby. Niby jestem uśmiechnięta, rozgadana, hej do przodu!, a czasem zdarza mi się hobbystycznie gryźć poduszkę.

Może to banalne, ale „Sztuka sięgania gwiazd” uświadomiła mi, że nie wolno bać się… strachu. Lęk przed zmianą, przed czymś nowym jest zupełnie naturalny. Sztuką jest pójść dalej, wyprzedzić go o krok i – zgodnie z tytułem – sięgnąć gwiazd.

A więc odważnym oznacza żyć z sercem.

Nauczyłam się, że nigdy nie ma właściwego momentu. Jeśli będziemy czekać, aż poczujemy się gotowi, to w końcu będziemy czekać zbyt długo, nawet całe życie i nigdy nie dotrzemy na drugi brzeg, do naszych pragnień.

„Przeczytaj, zrób własną listę i zacznij żyć odważnie każdego dnia!” – radzi Wydawnictwo Znak. Listy nie zrobiłam, przynajmniej na papierze. Ale zrobiłam pierwszy krok do spełnienia marzenia. Od najmłodszych lat wyobrażam sobie, jakby to było wydać książkę. Najpierw oczywiście ją napisać, a potem zachęcić do czytania innych. To długa i trudna droga, ale… wszystko zaczyna się od pierwszego kroku. Nie czekając dalej na właściwy moment, postanowiłam podzielić się swoją twórczością i kilka stron zapisanych w edytorze tekstu wrzuciłam do sieci: https://www.wattpad.com/myworks/223118761-kartki-zapisane-nad-morzem . Co z tego wyjdzie? Nie wiem. Wierzę, że fakt, że podzieliłam się tym tekstem z szerszym gronem, będzie mnie mobilizował i dokończę to, co zaczęłam. Jeżeli choć jedna osoba uśmiechnie się, wzruszy, rozbawi czytając moje teksty, będę szczęśliwa.

Uprzedzając pytania – nie, charakter bloga się nie zmienił. DropsKsiazkowy.pl nadal będzie stroną o literaturze, z elementami teatru i telewizji. Pozwoliłam sobie na inny tekst, na bardzo osobisty tekst, nie po to, żeby się wyżalić. Nie po to, że pokazać – och, patrzcie, zmieniłam swoje życie. Nie jestem już Drops. Jestem Dropsą, który będzie podbijał świat – patrzcie na mnie. Nie, nie to miałam na celu. Co zatem autorka miała na myśli? Ano to, że „zwykła recenzja” – analiza bohaterek, stylu, narracji, nie oddałaby tej całej gamy emocji, która wręcz mną telepnęła podczas lektury. Zwykłe: „gorąco polecam” czy „musicie to przeczytać” to za mało w tym przypadku. „Sztuka sięgania gwiazd” to książka, obok której chyba ciężko przejść bez żadnych refleksji, rachunku sumienia. To książka, która zmienia, a właściwie zachęca do tej zmiany, bo literki na papierze same nic nie mogą. Dopiero w połączeniu z sercem, wylaną łzą potrafią działać cuda… Wiecie, tak obserwuję Was czasem – drogie Czytelniczki mojego bloga – i mam wrażenie, że przynajmniej kilka z Was znajdzie wiele cech Sole. Czytając kolejne rozdziały, krzyknie w duchu (albo na głos): „To przecież o mnie!”. Mam nadzieję, że ta moja garść refleksji skłoni Was do sięgnięcia po ten tytuł. Może po lekturze stworzycie własną listę, przynajmniej w głowie? Zaczniecie choć ociupinkę bardziej wierzyć w siebie, we własne siły? Życzę Wam tego. Życzę i Wam, i sobie odwagi bo sztuka sięgania gwiazd jest dla każdego. To od nas zależy, czy staniemy na palcach, czy będziemy czekać, aż drabina sama się zmaterializuje.

„Jeśli zatęsknię” – Anna Ficner-Ogonowska

Read More
jeśli zatęsknię

Anna Ficner-Ogonowska, Jeśli zatęsknię, Wydawnictwo Znak 2020.

„Alibi na szczęście”debiutancka powieść Anny Ficner-Ogonowskiej, od lat należy do grona moich ulubionych historii o miłości. Z zapartym tchem śledziłam losy Hani i Mikołaja oraz ich przyjaciół. Rozpoczynając lekturę „Jeśli zatęsknię”, miałam wrażenie, że bestsellerowa autorka zaserwowała mi coś podobnego. Kobieta po przejściach, ze złamanym sercem nie potrafi zaufać zakochanemu w niej po uszy mężczyźnie… Ach, jak ja się pomyliłam! Moja ocena została wystawiona zdecydowanie za szybko. „Jeśli zatęsknię” kompletnie różni się od opowieści o losach Hanki. Jakże to piękna, wzruszająca i poruszająca każdą strunę serca historia! Napawa nadzieją, że po każdej burzy wychodzi słońce, a to jest teraz nam wszystkim tak bardzo potrzebne…

Świat Anki runął. Mężczyzna, którego kochała, dla którego się poświęcała, oświadczył, że… wraca do żony. Żony, która spodziewa się ich dziecka. Cios samo w serce znokautował cenioną psychoterapeutkę. Na szczęście za namową przyjaciół z lat szkolnych – z Mańką na czele – daje się namówić na coroczny rejs po wodach Chorwacji. W tym roku ma do nich dołączyć kumpel kapitana, Filip. Rejs po ciepłych wodach staje się początkiem nowego życia Ani – życia bez Artura z Filipem na horyzoncie. Krok po kroku, bez pośpiechu otwiera swoje serce na miłość. Gdy wydaje się, że nic nie jest w stanie zakłócić ich szczęścia, kilka sekund zmienia na zawsze ich życie. Czarne chmury na długo wydają się zasłaniać ich widok na wspólne szczęście. Ale czy na zawsze…?

Jeśli zatęsknię – o czym jest?

Nie chcę Wam tu opisywać całej fabuły, poszczególnych wydarzeń czy wątków. Nie chcę bowiem za dużo zdradzać. Ale jak w kilku słowach opisałabym „Jeśli zatęsknię”? To wszystkie barwy życia – szczęścia i nieszczęścia, jakie się z nim wiążą. To wschody słońca po najbardziej mrocznych zachodach. To drugie i kolejne szanse – na miłość, na życie… To wiatr, który rozgania ciemne chmury. To słońce, które oświetla ludzkie drogi. To blask, który przebija się przez mrok – ludzkich dusz, serc i losów. To tęsknoty za uczuciami – tymi oczywistymi i tymi najbardziej skrywanymi. To wiara, nadzieja i miłość. Prawdziwa przyjaźń i prawdziwa miłość utkane z najwyższą starannością. Żadnej wystającej nitki. Łzy wzruszenia i łzy śmiechu podczas lektury gwarantowane!

Przyjaciele są jak ciche anioły. Lub głośne – jak Mańka

„Jeśli zatęsknię” to powieść przede wszystkim o miłości i jej różnych odcieniach. Jednak niemniej ważna w życiu bohaterów jest przyjaźń. To ona jest motorem napędowym dla poszczególnych postaci. Najsilniejsza więź łączy Anię i Manię. Znają się od lat, są dla siebie jak siostry. Są też jak ogień i woda – Anka cicha, zamknięta w sobie; Mańka – co w sercu, to na języku. A nawet szybciej. Kobieta petarda. Kobieta wulkan. Pełna energii, wiary w człowieka, nie boi się mówić tego, co myśli. Obdarzona ogromnym poczuciem humoru i dystansu do siebie potrafi żartować nawet z własnej tuszy. Jest dla Anki przyjaciółką, siostrą, aniołem stróżem, który w odpowiednich momentach popycha ją do przodu lub trzyma, by nie spadła w przepaść. Dobra, szczera, wrażliwa. Wraz z nią do pokoju, do domu wchodzi radość i optymizm. Dla Mańki, rozwódki, matki trzech córek, nie ma rzeczy niemożliwych. Przewodniczka stada – i domowego, i przyjaciół. Chciałabym ją poznać i wypić z nią butelkę wina. I zjeść danie jej roboty – w końcu jest właścicielką restauracji! Mania jest po prostu kochana. To bohaterka, za którą bez wątpienia czytelnik zatęskni.

Hortensja i Stasinek – małżeństwo z okienka

Ania ma w zwyczaju podglądać sąsiadów z kamienicy naprzeciwko. Pani i Pan. Państwo Starsi. On z ograniczoną sprawnością, ona z nieograniczoną cierpliwością. Dla Ani wzór małżeństwa. Czytając fragmenty poświęcone ich relacji, wspominałam panią Irenkę, jedną z bohaterek „Alibi na szczęście”. Starsze kobiety – tam Irenka, tu Hortensja, są uosobieniem dobra, pokory i wrażliwości. Dla głównych postaci pełną funkcję pewnego rodzaju przystani. Brzegu, do którego zawsze mogą wrócić. Ramion, w których znajdą pocieszenie. Ust, z których popłynie ukojenie i dobra rada. Dłoni, która nakryje wszystkie smutki i troski.

Im jestem starsza, tym bardziej odczuwam brak babci i dziadka w swoim życiu. Dość wcześnie ich straciłam. Braki rekompensuje nie tylko relacją z powstańcami warszawskimi, ale i lekturą. Pani Aniu, dziękuję za Hortensję, za przepiękny kwiat.

„Jeśli zatęsknię” – ja już tęsknię!

Życie. Miłość. Przyjaźń. Niejednoznaczni bohaterowie. Postaci pełne zalet i wad. Tęskniący za miłością, bliskimi ludźmi, poczuciem bezpieczeństwa… Ile bohaterów, tyle tęsknot. Ja też odczuwam tęsknotę – za tą historią. Czuję niedosyt. Bo przecież ich podróże, rejsy po wodach świata i życia wciąż trwają… Tyle znaków zapytania… Tęsknię.

Autorce serdecznie dziękuję za podróże po chorwackich perełkach, zakamarkach ludzkich serc. Dziękuję za namalowanie obrazów miłości i przyjaźni. Moje serce jest poruszone do głębi, a jednocześnie pełne nadziei i wiary w lepsze jutro. Spokojniejsze jutro, do którego tak bardzo tęsknię…

„Motyl i skrzypce” – Kristy Cambron

Read More
motyl i skrzypce

Kristy Cambron, Motyl i skrzypce, Wydawnictwo Znak 2020.

Po kilku pierwszych rozdziałach, byłam pewna, co napiszę w recenzji. Po kilku kolejnych zmieniłam zdanie o 180 stopni. Teraz, kiedy jestem już po lekturze całości, właściwie nie wiem, co mam napisać. Bez wątpienia Motyl i skrzypce to książka, którą część z Was pokocha całym sercem, a część nie pozostawi suchej nitki, a pozostali… Tak jak ja, będą stali na rozdrożu.

Kiedy najbliższa osoba skazuje cię na śmierć w Auschwitz. Dramatyczna historia o sile kobiet i miłości.
Adele von Bron, utalentowana skrzypaczka, poświęciła wszystko, żeby ratować ostatnich wiedeńskich Żydów. Kiedy na polecenie własnego ojca, wysokiego rangą generała Trzeciej Rzeszy, trafiła do obozu w Auschwitz, jej piękny świat legł w gruzach. Przerażającą codziennością stały się głód, strach i cierpienie. Kilkadziesiąt lat późnej Sera James, właścicielka galerii sztuki na Manhattanie, angażuje się w poszukiwania portretu młodej skrzypaczki, który pierwszy raz ujrzała, będąc jeszcze dzieckiem. Podczas próby odnalezienia zaginionego arcydzieła los stawia na jej drodze Williama Hanovera, którego dziadek może być kluczem do rozwiązania zagadki dziewczyny z obrazu.
„Motyl i skrzypce” to poruszająca opowieść o odkrywaniu piękna w najstraszniejszych miejscach: mrocznych zakątkach Auschwitz i zakamarkach poranionych serc. To również historia o tym, jak nie stracić wiary w Boga nawet w samym środku piekła.

Nie chcę Wam streszczać fabuły ani jakoś obszernie charakteryzować bohaterek. To, co najważniejsze, przeczytacie w powyższym opisie wydawcy i przede wszystkim w książce. Pozwólcie, że od razu przejdę do refleksji nad powieścią.

Głupio to zabrzmi, ale mam wrażenie, że obecnie w literaturze występuje zjawisko, które określam „moda na Auschwitz”. Niemal w każdym miesiącu kolejni pisarze proponują nam kolejne tytuły – bardziej lub mniej – oparte na faktach. Po okresie, w którym wydawano wspomnienia ocalałych czy publikacje opracowane na temat dokumentów czy zdjęć, przyszedł moment, w którym po tematy związane z obozem koncentracyjnym sięgnąć może właściwie każdy i, co bardzo boli, mieszać go z różnymi gatunkami.

Przyznam szczerze, że do niedawna książki, w których choć marginalnie pojawiał się wątek obozów koncentracyjnych, omijałam szerokim łukiem. Po prostu się ich bałam. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nigdy. Dlatego stroniłam od książek poruszających tę tematykę – bałam się obrazów, które będą pojawiać się w mojej głowie. To nie tak, że uciekam od historii, wręcz przeciwnie. Interesuję się okresem II wojny światowej, jednak to, co działo się w Auschwitz… Nie jestem w stanie udźwignąć ciężaru okrucieństwa, obdarcia z godności, śmierci, która nie miała sensu… W obozach koncentracyjnych zginęły miliony. Muszę jednak napisać, że czytając Motyl i skrzypce, tego ciężaru nie czułam…

Kristy Cambron dość umiejętnie omija fakty, które były codziennością dla więźniów obozu – masowe egzekucje, głód, paraliżujący strach. W książce skupia się przede wszystkim na losach członków orkiestry. To, co dzieje się poza ich barakiem, pozostaje tłem. Czytając, miałam wrażenie, że Adele i jej koleżanki nie do końca znalazły się w środku tego piekła. Raczej w przedsionku. Fakt ten jest zapewne zaletą dla osób, które lubią sięgać po literaturę z wątkami wojennymi, jednak boją się brutalnych opisów.

To, co mi się w tej książce nie podobało, to zestawienie wątków. Narracja prowadzona jest dwutorowo. Fabuła dotyczy zarówno wydarzeń z Auschwitz w okresie II wojny światowej, jak i losów właścicielki nowojorskiej galerii sztuki w czasach współczesnych. Właśnie ten drugi wątek nie do końca mi pasował. Myślę, że autorka powinna się skupić na jednym, a nie mieszać dwa. Albo czytamy o losach skrzypaczki Adele uwięzionej w obozie od początku do końca, albo Sera – zakochana w swoim „tymczasowym pracodawcy” kobieta, wysłuchuje opowieści o losie członkiń orkiestry przy okazji wizyty w Paryżu. Myślę, że przy dobrym researchu i wsparciu historyków Kristy Cambron doskonale by sobie poradziła z napisaniem powieści tylko o Adele. O jej życiu w Austrii, miłości do muzyki i Vladimira, o wywózce do Auschwitz i konieczności gry w obozowej orkiestrze… Żadnych wątków współczesnych i historii rodem ze współczesnych amerykańskich komedii romantycznych! Uważam, że dzięki temu książka byłaby jeszcze bardziej wartościowa, a zdania czytelniczek nie byłyby aż tak podzielone.

motyl i skrzypce

Pamiętajmy jednak, że Motyl i skrzypce to nie literatura faktu. To fabuła z elementami historii, a jej celem jest nie tyle nauka, co zachęcenie czytelnika do poszerzenia wiedzy i sięgnięcia po bardziej fachowe publikacje. W tym przypadku Autorka się spisała – zaciekawiona, jeszcze w trakcie lektury, poszukiwałam informacji o obozowej orkiestrze oraz o dziełach sztuki, które znaleziono po wyzwoleniu Auschwitz.

Poruszająca historia? Tak! Były łzy? Tak! Powieść o sile kobiet? Tak. Miłość w Auschwitz? Nie do końca. Mam wrażenie, że obóz koncentracyjny jest tu tylko tłem, niestety. Wiem, że życie toczy się dalej, mam świadomość, że żyjemy w innych czasach. Ale po co zestawiać przeszłość i teraźniejszość w taki sposób? Naprawdę można było to napisać inaczej. Złośliwi mogą teraz mruczeć pod nosem: „Jak jesteś taka mądra, to sama napisz”. Nie. Nie śmiem dotykać się tematu Auschwitz. To dla mnie sacrum, które, oczywiście nie we wszystkich wydanych w Polsce książkach, powoli zaczyna być ze swojej świętości obdzierane…

Kto powinien przeczytać książkę „Motyl i skrzypce”?

Podsumowując: czy polecam powieść Motyl i skrzypce? Tak, jeśli nie lubicie dominacji wątku historycznego w książce; jeśli lektura, mimo nawiązań do tragicznych wydarzeń, ma przebiegać lekko; jeśli lubicie mieszanki historii XX wieku i współczesnego romansu; jeśli brakuje Wam w powieściach wątków religijnych i opisu relacji człowieka i Boga. O tym, dlaczego jestem na „nie”, chyba dość wyraźnie napisałam powyżej. Pozostając na rozdrożu, zachęcam Was do dyskusji – jeśli jesteście już po lekturze książki, chętnie przeczytam Wasze refleksje.

„Okno z widokiem” – Magdalena Kordel (#MamaDropsaCzyta)

Read More
okno z widokiem

Magdalena Kordel, Okno z widokiem, Wydawnictwo Znak 2020.
Seria: „Uroczysko”
#MamaDropsaCzyta

W jednym z wywiadów z Magdaleną Kordel znalazłam takie definicje „Malowniczego”:

„Malownicze jest tam, gdzie mogę oddychać pełną piersią, gdzie czuję, że życie cudownie smakuje, a dni, które upływają, nie są stracone , a zyskane”.

Prywatne „Malownicze” Magdaleny Kordel znajduje się w górach, w Dukli, miejsce zapamiętane z dzieciństwa, mające w sobie magię, spokój, wewnętrzny czar. Drugie „Malownicze” jest w Sudetach – na szlakach i w Kłodzku, gdzie z rodziną znajdą swój wymarzony dom. Trochę dalszym „Malowniczem” jest Toskania pachnąca ziołami, pomidorami, kawą, oliwkami. Seria „Uroczysko” zaczęła powstawać w momencie, w którym cały świat Magdaleny i męża zawalił się im na głowę. Rzeczywistość ich dopadła. Postanowiła więc napisać książkę – zaklęcie, która sprawi, że do jej rodziny znowu zawita szczęście a los się odwróci. I święcie w to uwierzyła, ponieważ wydawca zaproponował współpracę. Zaklęcie więc zadziałało.

„Okno z widokiem” powraca!

Powieść „Okno z widokiem” ukazała się drukiem po raz pierwszy w 2011 roku, a została wznowiona 27 stycznia 2020 roku. Przenosi nas do Malowniczego – miasteczka położonego wśród sudeckich gór. Tu przeszłość miesza się z teraźniejszością, a skrywane od lat sekrety rodzinne wychodzą na jaw. Dla głównej bohaterki Róży Malownicze było od zawsze ostoją, bowiem zawsze czekała tu na nią jej ukochana Babcia Matylda, która była jej opoką. Wnuczka zbudowała z babcią lepsze więzi niż z matką. Tu po babci odziedziczyła znajomości z diabłem, który stał się jej obsesją. Na szczęście szybko została z niej wyleczona. Wpadła jednak w drugą, bowiem diabła wymieniła na św. Antoniego, którego figurka stała w kapliczce na rozstajnych drogach. I zaczęła ubijać interesy ze świętym. Lubiła siedzieć pod kapliczką i rozmyślać pod czujnym okiem Antoniego o różnych sprawach. A w rodzinie aż huczało z powodu skandali, za które była odpowiedzialna oczywiście babcia. Po latach pojawił się i zamieszkał z Matyldą narzeczony Julek, wyczekiwany zakazany owoc, którego Róża bardzo polubiła. Okazał się najwspanialszym dziadkiem na świecie. Jego niezwykłą historię poznajemy w powieści. Po latach dorosła Róża, archeolog na uniwersytecie, w związku ze skandalem, pewną aferą na uczelni uciekła do Malowniczego, które w dzieciństwie było jej ostoją. Jak zawsze czekała na nią babcia Matylda ze swoim niemężem, która wyczuła od razu, że stało się coś naprawdę poważnego. I tu czekała na nią wstrząsająca wiadomość – pewien inwestor chce zrównać z ziemią teren, na którym stoi uwielbiana przez różę kapliczka św. Antoniego. Oczywiście wiązało się to z usunięciem zabytkowej kapliczki. Miałoby już nie być Antoniego na rozstajnych drogach? Ani samych rozstajnych dróg, po których, jak wiadomo, błąkają się licha i czarty? Czułam się tak, jakby ktoś miał mi wyrwać kawałek serca. Róża postanowiła więc zawalczyć o ten piękny sentymentalny zakątek – jej raj na ziemi. Jako pracownik naukowy, archeolog, wreszcie jako osoba twardo stąpająca po ziemi poczyniła szybko pewne plany i postanowiła zaangażować niemal każdego, kto stanął jej na drodze. Zaczęła od rozmowy z księdzem proboszczem, który również upodobał sobie to miejsce. I to on przypominając historię tego miejsca, podsunął Róży pomysł, co konkretnie zrobić. Pod kapliczką mogły spoczywać średniowieczne szczątki zapomnianej karczmy. Do pomocy włączył się archeolog z prawdziwego zdarzenia, wyjątkowy człowiek, profesor Rajtczak z uczelni, który z grupą studentów podczas wakacji prowadził prace badawcze. Przyjazd do Malowniczego byłby dla dociekliwej i pełnej energii do działania grupy czymś frapującym. Miejscowy historyk pasjonat również włączył się do działania. Burmistrz przyrzekł również pomoc. Chodziło o to, żeby zaskoczyć kapliczkowego agresora. Profesor z proboszczem dopuścili się nawet „oszustwa w imię nauki”. Ale to tajemnica! Czy plan Róży i jej przyjaciół się powiódł? Czy udało się im ocalić ukochaną ostoję? A jak potoczy się życie prywatne bohaterki?

Powieść jest pełna ciepła, bo pokazuje nam, jak ważne w naszym życiu są relacje, więzi międzyludzkie, przyjaźń, miłość. Prawdą też okazało się stwierdzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a tych ostatnich garstka, bo garstka, ale się jednak ostała. To dawało nadzieję, a jak wiadomo, kiedy tli się nadzieja, chce się dalej żyć. Babcię Matyldę i Różę łączy wspaniała miłość. Bohaterki świetnie się dogadują, chociaż nie brakuje między nimi utarczek słownych. Także Julek okazał się najlepszym dziadkiem na świecie. I to on opowiedział Róży historię św. Antoniego, któremu też wiele zawdzięczał. Poznajemy tez wzruszającą historię miłości Matyldy i Juliusza. Różę odwiedziła przyjaciółka Patrycja, która znalazła się w trudnej sytuacji wyrolowana przez nieformalnego wspólnika. Pokochała Malownicze, w którym znalazła swoje miejsce i sposób na życie. Rozmowa przyjaciółek sprawiała, że nie było dla nich rzeczy niemożliwych, wszystko można załatwić i że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Rysiek, przyjaciel z dzieciństwa również pokochał malownicze i wrócił tu z żoną, rezygnując z posady naukowca. Każdy z nas powinien odnaleźć właściwe miejsce w życiu – swoje „Malownicze”. Magdalena Kordel uświadamia nam też, że w życiu najważniejsze jest robić to, co się kocha.  Jak mówią mędrcy, to podobno jest gwarancją szczęścia. A że ja zamierzałam być szczęśliwa, nie miałam innego wyboru niż nadal podążać wyboistą, krętą ścieżką pracownika naukowego.

Pisarka nadała lekki, zabawny ton swojej powieści, aż skrzy się tu od śmiesznych sytuacji, dobrego humoru czasem zabarwionego nutką ironii. Powieść się wręcz pochłania, ciekawa fabuła, wartka akcja, pełna nagłych zwrotów, wyraziści bohaterowie. Poruszyła też poważne tematy, jak potrzeba przyjaźni, prawo do szczęścia, tęsknota za miłością, potrzeba odnalezienia swojego miejsca na ziemi – „Malowniczego”, domu lub pokoju, lub okna z widokiem na…

Życie to jedno wielkie pasmo niespodzianek, dzięki którym właśnie chce nam się krok za krokiem cały czas iść do przodu. I najważniejsze, by wciąż mieć do dyspozycji pokój z widokiem. Taki, który jeśli nawet czasami niknąłby w deszczu, to potem znów by się ukazywał w całej okazałości.

Polecam książkę do czytania na tę aurę wiosenno-jesienną, jaką mamy za oknem tej zimy. Wystarczy milutki koc, kubek ulubionej herbaty, jakieś zwierzę do głaskania i przenosimy się do Malowniczego.

„Światło w środku nocy” – Jojo Moyes (recenzja przedpremierowa!)

Read More
światło w środku nocy

Jojo Moyes, Światło w środku nocy, Wydawnictwo Znak 2020.

My, kobiety, stajemy przed rozlicznymi niespodziewanymi wyzwaniami, gdy postanawiamy przekroczyć to, co uważa się za obowiązujące nas zwyczajowe granice.

Ten cytat to najlepsze podsumowanie tej książki. Właściwie tylko ono powinno się znaleźć w recenzji. Bo o tym jest ta powieść. To nie kolejna pozycja o miłości, która wyciska łzy. Tak, miłość jest ważna. Ale Światło w środku nocy to historia kobiet. Odważnych i niepokornych. Kobiet, które łamią tabu. Burzą mury. Przekraczają granice. Mimo przeciwności. Mimo wrogów. W świecie zakazów wybierają wolność. W środku nocy stają się światłem. Dla siebie, dla innych, dla kolejnych pokoleń.

Alice czuje się jak wybrakowana wersja samej siebie. Szybki ślub z przystojnym Amerykaninem okazuje się pomyłką. W domu rządzi teść, który książki inne niż Biblia uznaje za stratę czasu. Na dodatek plotkuje o niej całe Baileyville, tylko dlatego że przybyła z dalekiej i równie nudnej Anglii.bOtwarcie konnej biblioteki prowadzonej przez kobiety burzy spokój miasteczka. Na jej czele staje Margery, która brzydzi się hipokryzją i, o zgrozo, ma własne zdanie na każdy temat. Alice rusza na dzikie górskie szlaki z lekturami wzbudzającymi kontrowersje. Oliwy do ognia dolewa fakt, iż wśród kobiet zaczyna krążyć zakazana książeczka, która – jak twierdzą niektórzy – mąci im w głowach i budzi grzeszne myśli… Choć od Margery różni ją prawie wszystko, Alice odważy się iść za głosem wolności w świecie pełnym zakazów. A dzięki przyjaźni z Fredem zrozumie, że nigdy wcześniej naprawdę nie kochała.

Konne biblioteki, czyli WPA w Stanach Zjednoczonych

Szczerze mówiąc, to dzięki tej powieści dowiedziałam się, że na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych działały konne biblioteki. W latach 1935-1943 realizowano program WPA, który w szczytowym momencie dostarczał książki ponad stu tysiącom czytelników na obszarach wiejskich.

Miłość niejedno ma imię

Przyzwyczailiśmy się, że wątkiem miłosnym, który dominuje w powieściach obyczajowych, jest ten skupiony wokół relacji kobiety i mężczyzny. Przyznam, że moje dotychczasowe literackie spotkania z Jojo Moyes ograniczyły się do serii o Lou, którą możecie znać z bestsellerowego Zanim się pojawiłeś. Lektura Światła w środku nocy zmieniła moje zdanie o twórczości Autorki. W jutrzejszej premierze udowadnia bowiem, że miłość niejedno ma imię. Może bowiem nie tylko dotyczyć relacji międzyludzkich, ale i… książek, co my, książkoholicy, rozumiemy doskonale. To właśnie miłość do literatury, chęć szerzenia jej we wszystkich warstwach społecznych – niezależnie od płci i wykształcenia, przyczyniła się do powstania konnej biblioteki. Alice i jej przyjaciółki to prawdziwe pasjonatki. Choć angażują się w działalność z różnych przyczyn, łączy je fakt, że dostarczanie książek pod dany adres traktują jako misję. Przełamują niechęć sceptyków. Niechęć do książek i do siebie. Europejka, niepełnosprawna, czarnoskóra, singielka, przeciwniczka małżeństwa – wszystkie mają ważną rolę do odegrania – w swoim regionie, w bibliotece i wzajemnie w swoim życiu. Bohaterki łączy bowiem prawdziwa przyjaźń, która, dosłownie, przetrwa nawet największy potop. I deszczu, i ludzkich oskarżeń oraz obelg. Ta przyjaźń potrafi przenosić góry. A na pewno, co pokazuje niejeden rozdział powieści, dosłownie je pokonywać.

W „Świetle w środku nocy” siła jest kobietą

Motto miesięcznika „Pani” idealnie pasuje do bohaterek powieści. Walka o równe prawa kobiet w zakresie edukacji i funkcjonowania na rynku pracy, walka o dostęp czarnoskórych do pełni swobód obywatelskich, dyskusja o znaczeniu seksu dla związku i płynącej z niego przyjemności… Jak zaznaczyłam we wstępie, bibliotekarki łamią niejedno tabu i burzą wiele murów. Wyrzucane drzwiami, wchodzą oknem, a nawet kominem. Nie boją się mówić głośno tego, co czują. Nie boją się walczyć o swoją godność – nawet pod groźbą więzienia czy społecznego ostracyzmu. Dziś trudno nam uwierzyć, że jeszcze sto lat temu nie wszystkie kobiety mogły się kształcić czy głosować, a te o innym niż biały kolorze skóry były niesprawiedliwie traktowane. W świecie, w którym kobiety walczą o urząd prezydenta, robią kariery w biznesie czy są profesorami wyższych uczelni, ciężko to sobie wyobrazić. Jestem wdzięczna Jojo Moyes, że zabiera czytelniczki w trudną, lecz potrzebną kobiecą podróż.

Małżeński trójkąt i inne miłosne „szaleństwa”

Angielka i Amerykanin. Teoretycznie to małżeństwo miało prawo się udać. Ale tylko w teorii. W związku Alice i Bennetta zabrakło bowiem czułości, szczerości i przede wszystkim miłości oraz swobody. Z wtrącającym się w życie młodych małżonków teściem – wpływowym miejscowym przedsiębiorcą, trudno budować silną relację. Mieszkanie ze wścibskim, przemądrzałym i władczym mężczyzną to niejedyny problem Alice. W małżeństwie brakuje nie tylko „porozumienia dusz”, ale i bliskości fizycznej. Do tego tanga potrzeba dwojga. Niezrozumiały opór męża, odciska piętno na kobiecości Alice. A książka, która ma im pomóc, okazuje się gwoździem to małżeńskiej trumny… Chociaż… Może tak naprawdę okazała się bramą, która pozwoliła Angielce opuścić zimny, pusty dom…?

Światło w środku nocy lśni mocnym blaskiem

Światło w środku nocy to wyjątkowa powieść. Wielowątkowość; łamanie XX-wiecznego tabu związanego z seksualnością, niepełnosprawnością, kolorem skóry – ogólnie rzecz pisząc – prawami kobiet; przybliżanie historii konnych bibliotek… Jojo Moyes losy niepokornych jak na tamte czasy dam ubiera w piękne zdania i dialogi, które zapadają w pamięć. Wielkie ukłony dla tłumaczki, Anny Gralak. Czytając książkę, miałam wrażenie, że każde słowo jest dopieszczone, każdy, nawet najkrótszy wyraz, ma znaczenie. Delektowałam się kolejnymi rozdziałami, chłonąc tę historię. Warto dodać, że poszczególne części rozpoczyna cytat – z prasy lub książki (m.in. Małych kobietek, o których, za sprawą filmu, znów jest głośno).

Gorąco polecam powieść Jojo Moyes. Jej górski, książkowy i kobiecy świat pochłonie Was bez reszty, a światło płynące z kart tej książki rozświetli Waszą codzienność.

„Gorączka świątecznej Nocy” – Caroline Hulse

Read More
Gorączka świątecznej nocy

Caroline Hulse, Gorączka świątecznej Nocy, Wydawnictwo Znak 2019.

Macie ochotę na słodko-gorzką powieść, której akcja rozgrywa się w czasie Bożego Narodzenia? W takim razie to tytuł dla Was! Gorączka świątecznej Nocy jest bowiem bardziej gorzka niż słodka. Z elementami komediowymi, choć pozornie ma bawić, zmusza czytelnika do refleksji – nie nad świętami, a nad życiem po… rozwodzie. Caroline Hulse zaprasza czytelników za miasto z doborowym towarzystwem – córką, jej królikiem, mamą i tatą oraz ich nowymi partnerami. Wspólny wyjazd okaże się niezapomniany. Ale czy tak, jakby pragnęli tego dorośli bohaterowie i przede wszystkim siedmioletnia, spragniona uwagi i miłości dziewczynka?

Claire i Matt to totalne przeciwieństwa. Ona – odpowiedzialna prawniczka; on zaś wieczny Piotruś Pan. Łączy ich jedno, a właściwie jedna – Scarlett. Siedmioletnia dziewczynka stanowi centrum ich świata i to dla niej, mimo rozstania i faktu, że są już związani z kimś innym, postanawiają spędzić wspólne Boże Narodzenie. Szczęśliwy Las oferuje wiele atrakcji i wydaje się być odpowiednim miejscem na rodzinne wyjazdy. W podróż wyrusza czworo dorosłych (Claire z Patrickiem, zapalonym sportowcem; oraz Matt z Alex – inteligentną badaczkę cukrzycy), jedno dziecko i… jeden królik. Posey, fioletowy zwierzak, to wymyślony przyjaciel dziewczynki, którego mała traktuje bardzo poważnie. Rozmawia z nim, zwierza się mu – traktuje jak powiernika. Gdy docierają na miejsce szybko, jeszcze przy recepcji okazuje się, że Las nie do końca okaże się szczęśliwy. Niewyjaśniona przeszłość, tajemnice, wyskakujące z każdego zakamarku preteksty do kłótni i alkohol sprawiają, że magia świąt szybko się ulatnia, a finał historii rozgrywa się w asyście policji.

Listy do M. na papierze? Nie do końca…

Proponując ten tytuł do recenzji, przedstawiciel Wydawnictwa Znak twierdził, że ta książka jest idealna dla fanów Listów do M. Oglądałam ten film kilkadziesiąt razy, więc od razu się zgodziłam. Teraz, będąc już po lekturze, nie do końca zgadzam się z teorią wydawcy. Owszem – akcja rozgrywa się w Boże Narodzenie; mamy rodzinę, dziecko, bajowy ośrodek, ale… No nie wiem, po prostu klimat wydaje mi się inny niż w mojej ulubionej świątecznej produkcji.  W Gorączce świątecznej Nocy nie brakuje też negatywny akcentów. Niby w filmie też tak było, ale tu wydaje mi się, że jest tego zdecydowanie więcej. Ta książka nie ocieka słodyczą niczym pierniczek lukrem. Jest dużo nieprzepracowanych emocji, problemów. Przeszłość depcze bohaterom po piętach, utrudniając budowanie teraźniejszości. Zamiast refleksji i szczerości, są kłamstwa, ucieczka w alkohol. Chwilami dorośli zachowują się dużo mniej odpowiedzialnie niż kilkulatka rozmawiająca z nieistniejącym królikiem. Domek wynajęty przez byłych małżonków przypomina bombę, która tyka – z każdą minutą pobytu coraz głośniej. Wybuchnie, to pewne. Ale jak, kiedy? W obecności dziecka, które marzy tylko (albo aż) o tym, by mama i tata znowu byli razem? Czy na skraju Lasu, a tajemnica na zawsze zwiąże postaci ze sobą…?

Powieść czyta się naprawdę bardzo szybko. Poszczególne rozdziały, choć pisane w trzeciej osobie, mają głównego bohatera. Każda część przybliża czytelnikowi perspektywę jednej z postaci. Warto podkreślić, że partię rozdzielają protokoły z przesłuchań świadków i uczestników pewnego zdarzenia, a także fragmenty ulotki ośrodka Szczęśliwy Las. Opisane w nich atrakcje i wynikające z nich doznania kontrastują wyraźnie z tym, czego doświadczają postaci.

Gorączka świątecznej Nocy to lektura nie tylko na grudzień. W końcu patchworkowe rodziny są wśród nas. Komediowe elementy – poczucie humoru, ironia, zabawne sytuacje, to tylko przykrywka. To powieść o tęsknocie, miłości, pustce w sercu, której nie wypełni nawet najszlachetniejszy trunek; o tym, że święta nie zawsze są idealne i zgodne z oczekiwaniami, bo przecież my – ludzie – nie jesteśmy idealni. Jeśli jeszcze nie dopadła Was (przed)świąteczna gorączka, zajrzyjcie do Empiku i kupcie tę książkę. Łzy wzruszenia, ale i rozbawienia gwarantowane!

„Dziennik Noel” – Richard Paul Evans

Read More
dziennik noel

Richard Paul Evans, Dziennik Noel, Wydawnictwo Znak 2019.
„Seria z Noel”

Za tydzień będziemy celebrować Boże Narodzenie. Czas narodzenia w nas miłości, wiary, nadziei i pokoju. Dla wielu Święta to czas nadrabiania zaległości lekturowych. Mam dziś dla Was pewną propozycję…

Święta w wydawnictwach niczym w supermarketach rozpoczynają się już w listopadzie. Recenzenci po Rocznicy Odzyskania Niepodległości podobnie jak święty Mikołaj są zasypywani przesyłkami. Okładki „krzyczą” wręcz zimowymi i wigilijnymi kadrami, a skomplikowane losy postaci pozwalają na nowo uwierzyć w magię grudniowych dni i oczywiście miłość. Boże Narodzenie zaś obowiązkowo zyskuje miano bohatera powieści. Wydawać się mogło, że wydana ostatnio w Polsce książka Richarda Paula Evansa pt. „Dziennik Noel” świetnie się wpisuje w ten schemat – klimatyczna okładka (przytulona para na tle zimowej scenerii; zielone kolory, śnieżynki); pojawiające się w tytułach tomu i serii słowo Noel (łac. narodzić się)… A tu guzik. Święta Bożego Narodzenia to tylko jedno z wydarzeń, a znaczenie dla fabuły mają nie tylko narodziny, ale i śmierć…

Miłość. Nie ma potężniejszej siły we wszechświecie.

To śmierć matki, a nie zbliżające się Boże Narodzenie, staje się dla popularnego, a tak naprawdę samotnego pisarza przyczyną wizyty w rodzinnych stronach. Jacob Churcher wraca do domu, z którego uciekał. Wraca do przeszłości, od której uciekał. Musi się zmierzyć z tym, co boli najbardziej. Czy w zagraconych czterech ścianach znajdzie prawdę o sobie i rodzinie? Na zawsze pożegna demony? I przede wszystkim – czy pozna tożsamość kobiety, która nawiedza go w snach?

Śmierć matki staje się dla Jacoba początkiem. Szansą na narodziny nowego życia. Nadziei, wiary i miłości, za którą mężczyzna tak tęskni… Jestem ciekawa, czy kolejne części „Serii z Noel” będą związane z jego postacią. Mam wrażenie, że tak. Bo Jacob to człowiek naszych czasów. Wydaje się, że ma wszystko, a tak naprawdę nie ma nic, bo nie ma miłości. W jego pozornie idealnym życiu brakuje prawdy. Czy Boże Narodzenie, które spędzi inaczej niż dotychczas, okaże się też dniem narodzin nowego etapu w życiu?

Kto zna twórczość Richarda Paula Evansa, ten wie, że pisarz ma swój styl, dzięki czemu powieści czyta się wręcz ekspresowo. Nie ma miejsca na rozbudowane opisy czy „rozwleczone” dialogi. Czytelnik dostaje konkret. Każde zdanie wnosi jakąś wartość – i do życia czytającego, i dla bohaterów.

To idealna propozycja na świąteczny wieczór i nie tylko – w końcu każdy dzień jest dobry na to, by znowu uwierzyć w miłość.

„Uśmiech losu” – Katarzyna Michalak

Read More
uśmiech losu

Katarzyna Michalak, Uśmiech losu, Wydawnictwo Znak 2019.
#MamaDropsaCzyta

Zgodnie z życzeniem w opisie wydawniczym i ja dałam się otulić atmosferą świątecznej powieści Katarzyny Michalak „Uśmiech losu”. Jest to piąty tom Sagi Mazurskiej a dziewiąta książka Autorki, którą w tym roku przeczytałam. Niezły wynik, prawda? Cóż poradzę – po prostu lubię jej książki. Historie bohaterów są pełne różnorodnych wydarzeń i emocji, całego wachlarza emocji. Zapraszam serdecznie do zapoznania się z moją opinią na temat świątecznej powieści autorki.

Weź kubek z dobrą herbatą z plastrem pomarańczy i goździkami w dłoń, zapal pachnącą świeczkę, usiądź wygodnie w fotelu, otul się mięciutkim kocem i oddaj się magii książki. Może los i do ciebie się uśmiechnie…

Gdy tracisz wiarę, że już wszystko będzie dobrze, ona pojawia się jak… Uśmiech losu

Akcja powieści rozgrywa się we dworze Marcinki na Mazurach, niedaleko Ełku. Właścicielka ciocia Jadwinia, cudowna kobieta o złotym sercu, pełna ciepła i miłości już od jesieni przygotowywała się do Wigilii i świąt Bożego Narodzenia, gromadząc domowe smakołyki, planując potrawy, prezenty zastawę, obrusy. Dwór Marcinki, jak wynika z poprzednich tomów serii, stał się bezpieczną przystanią dla życiowych rozbitków, którzy mogli liczyć zawsze na koło ratunkowe, czyli miłość. W tej opowieści autorka skupiła uwagę na wątku Natalii i Damiana, bohaterów z przeszłością, którzy byli podopiecznymi Jadwini i od trzech lat szczęśliwym małżeństwem. Z czasem między nimi zaczęło się źle dziać i akurat teraz przechodzili kryzys małżeński, atmosfera między nimi psuła nastrój świąteczny. Do szczęścia brakowało im dziecka, a ostatnia diagnoza lekarska odebrała nadzieję na własne upragnione maleństwo. Leczenie w klinice pochłonęło sporo pieniędzy, Damian zaczął mieć problem z alkoholem, stał się wybuchowy a serce Natalii przepełniała pustka i chłód. Na czas świąteczny mieli się pojawić we dworze ich przyjaciele: Nataniel i Zosia Domaradzcy z trzema córeczkami; Magda i Siergiej Sodarowie z trojaczkami i czwartym dzieckiem – synkiem w drodze; Mateusz Joźwik i Marianna, mama Zosi. Zazdrosna i zrozpaczona Natalia podjęła decyzję o ucieczce z domu, który zaraz wypełni się gwarem i śmiechem dzieci i ich szczęśliwych rodziców. Gdy tak brnęła zaśnieżoną leśną drogą, zobaczyła poruszający się pagórek śniegu – prawie zamarzającego pięknego, białego psa. Postanowiła sprowadzić ze dworu pomoc i go uratować.

Stary dwór był niczym żywa istota, która kocha gości, oczekuje ich, wygląda niecierpliwie, a gdy już przyjadą, zagarnia w swe rozłożyste ramiona, otula dobrą aurą niczym ciepłym kocem. Dało się wyczuć, że pod tym dachem panuje miłość, a „przyjaźń” nie jest pustym słowem.

Piesek okazał się szczenną sunią. Wielki pirenejczyk, pies rzadkiej rasy w Polsce, Bella z Koralowej Doliny, jak odczytano czipa w bazie danych. Gwiazdkowy prezent Natalii od losu! Kto i dlaczego pozbył się tak cennego psa? W wigilijną magiczną noc na świat przyszło pięcioro żywych szczeniąt, ale Bella nie przeżyła, ku rozpaczy Natalii. Bo przecież ona zawdzięczała jej życie, zawróciła ją z „drogi donikąd”.

Muszę też dodać, że przy stole wigilijnym pojawił się nowy bohater, kolejny rozbitek życiowy, Bartosz Gazda, przyjaciel Nataniela. Rok wcześniej w Wigilię stracił w pożarze żonę i synka. Potrzebował pomocy i ją otrzymał, bo sam kiedyś uratował życie Natanielowi. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że trafił do dworu pełnego dobra i życzliwości. Wszyscy darzyli się tu przyjaźnią – prawdziwą, bezinteresowną, na dobre i na złe oraz szacunkiem. A szczeniaczki stały się dla Natalii namiastką dziecka, przez osiem tygodni dzielnie się nimi opiekowała.

Do grona bohaterów dołączyła jeszcze jedna postać Zuzanna – odnaleziona właścicielka Belli, która w śpiączce przebywała w szpitalu. Poznajemy jej historię. Czy właścicielka Belli upomni się o szczenięta? Jaki los spotka urocze pieski? Światło dzienne ujrzy wreszcie ciążąca na sercu Jadwini już od dłuższego czasu niewygodna tajemnica związana z Damianem. Jak zareagowała na nią Natalia? Jakie jeszcze wydarzenia zesłał los na mieszkańców dworu? Czy przyjaciele jak zwykle okazali się niezawodni? Czy los okaże się wreszcie łaskawszy dla bohaterów i się do nich uśmiechnie?

Pisarka świetnie oddała, opisała aurę świąteczną. Historia każdej z rodzin, które łączył stół wigilijny, obfitowała w wiele wydarzeń złych i dobrych, ale nadzieja i miłość  oraz wiara w drugiego człowieka uczyniły je szczęśliwymi. To mocne koła ratunkowe. Ta piękna i poruszająca opowieść uświadomiła mi, jak  potężną moc mają miłość i przyjaźń. Jakże cenne jest życie człowieka. Katarzyna Michalak stworzyła tu całą galerię świetnie skonstruowanych postaci, takich prawdziwych z krwi i kości. Nie są idealni, popełniają błędy, mają słabości, ale potrafią kochać i z popełnionych błędów wyciągają lekcje. Książkę czyta się szybko, a zwroty akcji zaskakują czytelnika. Pisarka porusza też trudne problemy, takie jak: bezpłodność, choroba alkoholowa, zdrada, przemoc psychiczna i fizyczna w rodzinie. Warto dodać, że wigilia rozpoczyna i kończy powieść – mamy więc do czynienia z kompozycją klamrową. Czy zdarzy się cud podczas magicznego świątecznego wieczoru? Zachęcam gorąco do sięgnięcia po powieść Pisarki, to idealna lektura na świąteczne wieczory.    

„Niedokończona baśń” – Dorota Gąsiorowska (recenzja przedpremierowa!)

Read More

Dorota Gąsiorowska, Niedokończona baśń, Wydawnictwo Znak 2019.

Jak wiecie (albo i nie), w moich social mediach październik jest miesiącem poświęconym twórczości Doroty Gąsiorowskiej. Ogromie cenię tę pisarkę za oryginalne pomysły – historie z tajemnicą i nieoczywistym zakończeniem, a także za szacunek do naszego ojczystego języka i operowanie przepiękną polszczyzną zarówno w dialogach, jak i opisach. Cieszę się więc, że to właśnie na ten miesiąc przypada premiera jej najnowszej książki – Niedokończona baśń trafi na półki w księgarniach w najbliższym tygodniu.
Praca spełnieniem (francuskich) marzeń
Główną bohaterką powieści jest Julia. To absolwentka romanistyki. Przeprowadza się z Krakowa do Poznania. Po śmierci ukochanego samotnie wychowuje pięcioletnią córeczkę, Basię. Nie może liczyć na wsparcie rodziny. Jej relacje z siostrą są dalekie od ideału, a matka częściej ją denerwuje niż pomaga, narzucając swój (zakłamany) styl życia. Po zmianie miejsca zamieszkanie los uśmiecha się do niej – i to szeroko! Zostaje asystentką popularnej i zarazem swojej ulubionej francuskiej pisarki, Suzanne Bonit. W żyłach starszej pani płynie polska i francuska krew. Julia od lat jest jej fanką. Praca marzeń? Niby tak, ale…  Pierwsze dni na nowym stanowisku nie są łatwe. Autorka potrafi pokazać humorki, przez co każdy dzień wydaje się dla Julii niewiadomą. Kolejna sprzeczka sprawia, że kobieta podejmuje decyzję o porzuceniu pracy. Ostatnim obowiązkiem służbowym ma być wspólna podróż do Francji. I Julia, i Suzanne nie mają pojęcia, ile wyprawa do krainy akwitańskich zamków zmieni w ich życiu…
Po co Julii Romeo? Wystarczy… Basia!
Bo Emil mówi, że ma w sobie takie światełko, które go ogrzewa i rozwesela. I nawet jak jest mu smutno, to tylko na chwilę, bo zaraz robi mu się wesoło.
Basia, str. 22.
Po śmierci Miłosza Julia została samotną matką. Basia stała się jej całym światem. Każdą wolną chwilę poświęca córeczce. Basia to niezwykle rezolutna kilkulatka – mądra, ciekawska i, w moim odczuciu, bardzo dojrzała jak na swój wiek. Zadaje mnóstwo pytań. Jest dzieckiem, więc nie ma w sobie hamulców przed szczerymi reakcjami. Bezpośredniość to drugie imię Basi. Dziewczynka trafnie ocenia otaczającą ją rzeczywistość i w swoich ocenach nie ma litości dla podejmujących niezrozumiałe decyzje dorosłych. Z mojego króciutkiego opisu może wynikać, że córka Julii to poważna kilkulatka. Nic bardziej mylnego! Dziecięca beztroska, kreatywność, wyobraźnia bez granic czy ufność – tłumaczka zadbała, by dzieciństwu Basi nic nie brakowało. Czytając powieść, widziałam w małej… siebie. Też byłam taką gadułą (no dobra, dalej jestem), uwielbiałam ludzi (do dziś bywam zbyt ufna), a wyobraźnia pozwalała mi się przenosić w najdalsze zakątki globu – oczywiście bez wychylania noska z pokoju 😉 Basia jest takim słoneczkiem w pochmurne dni – zarówno dla mamy, jak i dla Suzanne. Kilkulatka bowiem wyrusza we francuską podróż z Julią i jej pracodawczynią. Dziewczynka szybko – zresztą z wzajemnością – zjednuje sobie starszą panią, budząc w niej uśpione uczucia. Jej dziecięca bezpośredniość i ciekawość świata stają się słodkim lekarstwem na gorzkie problemy francuskiej pisarki związane z tragiczną wręcz przeszłością.
A może jednak ten Romeo jest potrzebny…?
W Niedokończonej baśni Dorota Gąsiorowska podjęła bardzo trudny i zarazem ważny oraz niezwykle aktualny w dzisiejszych czasach wątek – samotnego macierzyństwa. Julia, niczym tysiące polskich kobiet, łączy życie z zawodowe z wychowywaniem córeczki. Mała nie ma babć czy sztabu niań. Ma tylko mamę… Myślę, że każdy z nas ma w otoczeniu taką dzielną superbohaterkę – samotną matkę. Dorota Gąsiorowska przypomina jednak, że na macierzyństwie świat kobiety się nie kończy. No właśnie, przecież jest jeszcze kobiecość… Przez wiele pań uśpiona, zepchnięta na bok, pozornie niepotrzebna. Jak pisarka przedstawiła ten wątek w powieści? Przechodzę do konkretów! Jak już wspomniałam, to Basi Julka podporządkowała całe życie. Ojciec dziewczynki obdarował ją niezwykłą miłością, a pustka, którą po sobie zostawił, w żaden sposób i przez nikogo nie może zostać zapełniona. Julia jest zdana na siebie. Zmienia się to nieco po przeprowadzce. W sąsiadce i równocześnie mamie najlepszego kolegi Basi zyskuje powiernicę i przyjaciółkę. Sama, ze względu na małżeńskie problemy Majki, może odwdzięczyć się dobrą radą, wsparciem czy służyć ramieniem. Czy w tym babskim i uporządkowanym życiu Julki jest miejsce dla mężczyzny? Ona uważa, że nie. Do momentu, aż poznaje Maćka. To architekt i krewny Suzanne. Jego pracownia sąsiaduje z mieszkaniem pisarki. Przypadkowe, ale częste spotkania; dobre rady czy niezobowiązujące rozmowy stają się początkiem wzajemnej fascynacji. W Julii – odpowiedzialnej, nieco zaborczej matce i sumiennej pracownicy, budzi się… kobieta. Brzmi jak zapowiedź romansu? Cóż, jest jeden problem, i to dość poważny. Maciej ma bowiem… narzeczoną. Partnerki nie ma za to francuski adorator Julki, Thibault. Mężczyzna, który w oczach wielu pań osiągałby miano ideału, nie jest ideałem Julki, co zdecydowanie utrudnia rozwój ich relacji. Którego Romea wybierze? A może ostatecznie postanowi poświęcić się tylko wychowywaniu dziecka i karierze zawodowej? I pobyt we Francji, i jesień w Poznaniu będą dla Julii czasem poważnych życiowych decyzji – także tych sercowych.
(Nie)dokończona baśń
Nigdy z tego nie rezygnuj, wyobraźnia to jeden z najcenniejszych darów, jakie otrzymał człowiek, ma pettite – odpowiedziała Suzanne z powagą. – Tylko dzięki niej można odkryć obszary, których nikt jeszcze nie odwiedził. Można stworzyć coś nowego, a nie podążać ślepo za tym, co narzuca świat.
Suzanne do Basi, str. 281.
Dorota Gąsiorowska dba o to, by zabierać swoje czytelniczki w dalekie podróże – do najpiękniejszych zakątków naszego kraju lub świata. Tym razem wraz z bohaterkami powieści trafiamy do Francji, do magicznej Akwitanii. Zamki z tajemniczą przeszłością, rodzinne sekrety, niewyjaśnione konflikty czy… tytułowa niedokończona baśń – pobyt we Francji jest bardzo intensywny. Postaci, a wraz z nimi oczywiście czytelniczki, odkrywają kolejne tajemnice – dotyczące rodziny i przeszłości Suzanne, a także te związane ze średniowieczną księgą. Pisarka, wspierana przez swoją asystentkę, próbuje rozwikłać zagadkę zapierającej dech w piersiach baśni o niespełnionej miłości, która od stuleci czeka na szczęśliwe zakończenie. Kto dopisze jej finał?
Baśń, zwana życiem, opisana pięknym językiem
Tajemnice ukryte w księgach i murach francuskich zamków, a także poznańska jesień – wszystkie wydarzenia w powieści są opisane cudnym językiem. Wyszukane metafory i porównania nie przytłaczają narracji – wręcz przeciwnie, wprowadzają w klimat literatury i sekretów. Dorota Gąsiorowska z najwyższą starannością dopieszcza każde zdanie, wypowiedź, myśl. Lektura Niedokończonej baśni to niekończąca się uczta.
Niedokończona baśń – weź nie pytaj, weź ją dokończ!
Nie pytajcie, jak mogę w jednym zdaniu polecić tę powieść. By zanurzyć się w jej klimacie, nie wystarczy kilka cytatów czy ta (przydługa) opinia. Trzeba poznać Julię, Basię, Suzanne i pozostałe postaci. Trzeba udać się w podróż do Francji i… w głąb własnego serca. Tak, uparcie będę powtarzać, że Dorota Gąsiorowska zabiera czytelniczki (a może i panów sięgających po literaturę obyczajową) także w taką drogę. Opisując często niełatwe, momentami wręcz tragiczne życie bohaterów, zmusza czytających do refleksji, do odpowiedzi na niekiedy fundamentalne pytania – o miłość, tęsknotę, wiarę… Tym razem zachęca też do kreowania szczęśliwych zakończeń. W końcu życie każdego z nas to niedokończona baśń. Jej finał? Zależy tylko od nas!
Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!